Kolejna porcja mini-recenzji wyciągnięta z dna folderu ze zdjęciami :) Mam nadzieję, że kiedyś uda mi się tam zrobić porządek i pokażę Wam wszystko, co do tej pory zostało pominięte. Zapraszam na krótki post o rosyjsko-polskiej kooperacji w pielęgnacji, czyli glicerynowym mydełku Organique, szamponie stymulującym wzrost włosów oraz masce z efektem laminowania Love2MIX Organic. Zapraszam. 


Organique, glicerynowe mydełko poprawiające nastrój nie tylko kształtem.
Nie jestem miłośniczką mydeł, a w zasadzie mogę powiedzieć, że nie byłam. Mydełko z Organique było naprawdę przyjemną odmianą od codziennych żeli pod prysznic. Dobrze się pieniło na gąbce, pięknie pachniało (nie wiem do czego ten zapach porównać, ale kojarzy mi się z soczystymi cukierkami owocowymi - nie jest to jednak zapach przesłodzony). Kostka nie wysuszała tak mocno skóry, jak się tego obawiałam. Po zmyciu wodą czułam lekkie ściągnięcie, ale było ono spowodowane porządnym oczyszczeniem, a nie wysuszeniem. Lekki balsam doprowadził skórę do ładu :) Chętnie wrócę do Organique po jakieś mydełko, bo wybór mają ogromny! Cenowo ciężko mi powiedzieć, ale wydaje mi się, że w granicach 15zł za kostkę (mydła są na wagę). 

Love2MIX Organic, intensywny szampon stymulujący wzrost włosów.
Według producenta szampon ma zapobiegać wypadaniu włosów oraz stymulować ich wzrost. Dodatkowo posiada właściwości regenerujące i odżywcze. Olejek pomarańczowy ma za zadanie oczyszczać włosy oraz skórę głowy, jak i wzmacniać cebulki włosowe, stymulować ich wzrost. Drugim składnikiem aktywnym jest ekstrakt z papryczki chili, który poprawia krążenie krwi w skórze głowy, wpływając tym samym na zmniejszenie wypadania. Takie zapewnienia podziałały i spodziewałam się efektów, których niestety nie było... Szampon oczyszczał włosy na wysokim poziomie - dobrze domywał oleje i wszelkie zanieczyszczenia, chwilami aż za mocno, Nie polecałabym go do codziennego mycia delikatnej skóry głowy. Tak agresywne działanie nie podziałało na moje włosy motywująco do wzrostu, raczej do obronnego wydzielania zwiększonej ilości sebum... No cóż, kolejny średniak. Konsystencja typowo żelowa, dość lejąca, nieźle się pienił. Sprawdźcie jednak zapach przed kupnem, bo nie każdemu się spodoba :) Za swoją butlę w grudziądzkim Sekrecie Urody na Toruńskiej zapłaciłam niecałe 14zł/360ml.

Love2MIX Organic, regenerująca maska do włosów uszkodzonych z efektem laminowania.
Składnikiem aktywnym jest organiczny olejek awokado i ekstrakt z mango, mające działanie odżywcze i regenerujace. Maska ma za zadanie przede wszystkim wygładzić zniszczoną powierzchnię włosa, przywracając jej blask. Włos pokryty warstwą dającą efekt laminowania, łatwiej się rozczesuje i wygląda zdrowiej. Efektem jaki dała maska chwaliłam się Wam na Instagramie (włosy miały piękny, naturalny skręt i wyglądały jak nowo-narodzone), ale niestety te efekty szybko minęły. Tylko pierwsze 2-3 użycia były dla moich włosów udane, później maska obciążała włosy, nie wspominając o skórze głowy. Na 'stanie' mam jeszcze jedną maskę, którą zużyję, ale to będzie koniec mojej przygody z bardziej skoncentrowanymi kosmetykami. Wydaje mi się, że moje włosy takich dobroci nie potrzebują, więc nie będę ich więcej testować, Zwykła odżywka do spłukiwania przy każdym myciu wystarcza ;) Cena maski to ok. 20zł/200ml. 

Do powyższej trójki na pewno nie wrócę, ale chętnie sprawdzę działanie, 
a przede wszystkim zapachy innych mydełek Organique :) 
Macie z nimi jakieś doświadczenie? Coś szczególnie polecacie?

pozdrawiam, A



Z marką Seboradin mijałam się skutecznie do dnia, w którym to Blondregeneracja obdarowała mnie zestawem jasne włosy :) Zestaw składa się z lotionu, szamponu i balsamu do włosów łamliwych, osłabionych i normalnych (zdrowych). Głównym składnikiem tej serii jest rumianek oraz nafta kosmetyczna w towarzystwie naturalnych ekstraktów roślinnych. Pierwszym zarzutem, z jakim spotyka się linia jest zapach - mocno mydlany, trochę roślinny, ogólnie mówiąc trudny. Może porządnie zniechęcić do używania, chociaż mi akurat nie przeszkadzał. Opakowania kosmetyków są wygodne, nie ma problemów z ich porcjowaniem. Ceny - jak na Seboradin całkiem niezłe. Tyle w kwestii technicznej, a poszczególne kosmetyki sprawdziły się u mnie bardzo różnie, więc zapraszam do czytania :)


Lotion Seboradin Jasne Włosy
Efektypierwsze widoczne po 2-3 tygodniach, wzmocnienie cebulek włosów, zapobieganie wypadaniu włosów, włosy zregenerowane, nawilżone, odżywione i lśniące, wzmocnienie koloru jasnych włosów i utrzymanie ich blasku, działanie łagodzące.

Niestety nie byłam w stanie sprawdzić jakie efekty przyniesie stosowanie lotionu, bo już przy pierwszym użyciu podrażnił mi skórę głowy. Pieczenie trwało dobrych kilka minut, co było bardzo nieprzyjemne. Włosy po wyschnięciu nie były obciążone, ale skóra mocno się wysuszyła. Używanie codzienne nie wchodziło w grę, więc ograniczałam się do aplikacji kosmetyku tylko po myciu włosów. Pieczenie jednak nie ustawało, więc po kilku aplikacjach odstawiłam. To już nie pierwsza wcierka na alkoholu, która mi nie pasuje. Najwidoczniej nie jest to typ kosmetyku dla mnie Więcej o lotionie przeczytacie tutaj. Aktualna cena na stronie producenta - 18,50zł/200ml. 

Szampon Seboradin Jasne Włosy
Efektypierwsze widoczne po 2-3 tygodniach, włosy zregenerowane, nawilżone, odżywione i lśniące, zapobieganie wypadaniu włosów i rozdwajaniu się końcówek, wzmocnienie koloru jasnych włosów i utrzymanie ich barwy, ochrona przed szkodliwym oddziaływaniem czynników zewnętrznych, hamowanie rozwoju wolnych rodników.

Szampon wspominam o wiele lepiej niż lotion. Dobrze oczyszczał włosy, nieźle się pienił i był wydajny. Włosy po umyciu nie były obciążone, niestety dość splątane, więc bez odżywki/balsamu się nie obejdzie. Stosowany co mycie (w moim przypadku co drugi dzień) miał skłonności do wysuszania skóry głowy, więc od czasu do czasu myłam włosy szamponem z mocznikiem Isana. Z działania byłam mimo wszystko zadowolona - włosy nie wypadały mocniej podczas mycia, co często jest u mnie zauważalne przy szamponach ziołowych. Jeśli miałabym ocenić działanie zapobiegające wypadaniu, to faktycznie zauważyłam poprawę :) Nie jest to na pewno zahamowanie wypadania, bo nadal tracę sporo włosów, ale po ok. 3 tygodniach używania, jak i w trakcie kuracji szamponem i balsamem, ilość włosów na dnie wanny i na szczotce zmalała. Problemu z końcówkami nie mam. Więcej o szamponie przeczytacie tutaj. Aktualna cena na stronie producenta - 18,50zł/200ml. 

Balsam Seboradin Jasne Włosy
Efektypierwsze widoczne po 2-3 tygodniach, włosy zregenerowane, nawilżone, odżywione i lśniące, łatwe rozczesywanie, blask i naturalna sprężystość, włosy są gładkie i miękkie, zapobieganie wypadaniu włosów i rozdwajaniu się końcówek, wzmocnienie koloru jasnych włosów i utrzymanie ich barwy, ochrona przed szkodliwym oddziaływaniem czynników zewnętrznych, odbudowa zniszczonej struktury włosów.

Ciężko mi ocenić ten balsam, bo z jednej strony ładnie nabłyszczał włosy, ułatwiał rozczesywanie i wygładzał - włosy były miękkie i przyjemne w dotyku. Z drugiej strony był to efekt krótkotrwały. Po pierwszym dniu 'marniały' - stawały się matowe i mocno się puszyły, niezależnie czy stosowałam kosmetyk na długości włosów, czy od samej skóry głowy. Balsam nie robi szkód, ale jego pozytywne działanie jest bardzo przeciętne. Biorąc pod uwagę cenę, można znaleźć coś innego.  Więcej o balsamie przeczytacie tutaj. Aktualna cena na stronie producenta - 18,50zł/200ml.

Podsumowując: działanie całej serii oceniam na mocną trójkę, bez cudów na głowie. Plusem jest na pewno ograniczone wypadanie włosów, ale może mieć na to również wpływ suplementacja. Powrotów nie planuję, bo do mojej kosmetyczki właśnie zawitała inna seria tej firmy, tym razem FitoCell z komórkami macierzystymi. Dzięki wygranej u Kasi mam okazję przetestować maskę oraz szampon o działaniu stymulującym odrost włosów. O efektach oczywiście Was poinformuję, a Kasi raz jeszcze dziękuję :) 

Używacie kosmetyków Seboradin? Znajdujecie wśród nich swoich włosowych ulubieńców?

pozdrawiam, A



Gdybym była uwodzicielskim wampirem, codziennie nosiłabym ten lakier na paznokciach :D Niestety patrząc w lustro widzę raczej niegroźnego pączka, który od czasu do czasu lubi nosić fajny pazur. Dlatego Orly w kolorze Smolder jest dla mnie lakierem, w którym czuję się dość wyjątkowo. A Wy, macie taki lakier?


Smolder to ciemna, burgundowa czerwień z drobinkami zatopionymi w ciemniejszej bazie, które pięknie wzbogacają efekt na paznokciach :) Można malować jedną warstwą, ale to druga dodaje lakierowi prawdziwej mocy i głębi, której nie widziałam w żadnym innym lakierze. Długo szukałam takiego własnie odcienia i w przeciągu dwóch lat przez moje lakierowego pudełko przewinęło się ok. 20 buteleczek. Z czasem została jedna, jedyna i nie żałuję. Orly wygląda cudownie zarówno na co dzień, jak i na większe wyjścia. Nie jest to według mnie kolor letni, raczej jesienno-zimowy, ale do odważnych świat należy! Nakłada się dobrze, nie rozlewa po skórkach, nie odbarwia ich przy zmywaniu. Pięknie błyszczy zarówno z topem, jak i samodzielnie. Świetnie wygląda ze złotymi i srebrnymi dodatkami w świątecznych stylizacjach, na które serdecznie go Wam polecam :)

Lubicie takie winne odcienie czerwieni? Podzielcie się swoim ulubieńcem.

pozdrawiam, A



Kiedyś w końcu mi się uda i na pewno Was o tym fakcie powiadomię. A będzie to dzień, a w sumie miesiąc, w którym zużyję dużo więcej kosmetyków, niż kupię! :D Niestety, to jeszcze nie dziś, spokojnie. Serdecznie zapraszam na post, w którym dowiecie się m.in., że jesień to dla mnie czas, kiedy poprostu 'wciągam nosem' wszelkie pomadki ochronne do ust... Oprócz 3 kosmetyków z tej kategorii, udało mi się umieścić w koszu jeszcze kilka innych butli, z czego bardzo się cieszę. No to hop!

*kosmetyki, które przybyły - 15
*kosmetyki, które zużyłam - 16
*kosmetyki, które z jakiegoś powodu poszły w świat - 1




1. WŁOSY
a) oczyszczanie
- Planeta Organica, szampon turecki hammam
- Planeta Organica, szampon fiński
- Babuszka Agafia, szampon rewitalizujący 
- Isana, szampon do włosów z mocznikiem 5%
Biały Jeleń, hipoalergiczny szampon do włosów z octem jabłkowym 
b) pielęgnacja
- Planeta Organica, marokański balsam do wszystkich rodzajów włosów
- Planeta Organica, ajuwerdyjska złota maska 'gęstość i wzrost włosów'
c) kosmetyki dodatkowe
- Marion, olejek orientalny - odżywianie macadamia & ylang-ylang
- Khadi, olejek stymulujący wzrost włosów

2. TWARZ
a) oczyszczanie 
La Roche Posay, żel do twarzy Effaclar, oczyszczający żel do skóry tłustej i wrażliwej 400ml
La Roche Posay, żel do twarzy Effaclar, oczyszczający żel do skóry tłustej i wrażliwej 200ml
- Mydło z Aleppo 12% oleju laurowego
- Pharmaceris T, bakteriostatyczny płyn oczyszczający
Garnier, płyn micelarny 3w1
b) pielęgnacja podstawowa
- La Roche Posay, Effaclar Duo +, krem zwalczający niedoskonałości
- Baikal Herbals, oczyszczający krem na noc do cery tłustej i mieszanej
- Merz Special, kremowy mus do twarzy z kwasem hialuronowym
c) pielęgnacja dodatkowa
Korund
- Perfecta, peeling enzymatyczny minerały morskie i enzym z papai
- Uriage, woda termalna 
- Fitomed, płyn oczarowy do twarzy z kwiatem pomarańczy
- Organique, maseczka algowa z dynią
- Fitokosmetik, marokańska czerwona glinka wulkaniczna
- Fitokosmetik, kamczacka czarna glinka wulkaniczna - wygładzająca
Olej ze słodkich migdałów
- Mincer, olejek marula
- Purederm, plastry na nos z węglem drzewnym

3. CIAŁO
a) oczyszczanie
- Organique, pianka cukrowa mrożona herbata
- Balea, żel pod prysznic pomarańcza i wanilia
- Balea, żel pod prysznic białe kwiaty i jagody acai
- Balea, olejek pod prysznic 
Green Pharmacy, żel pod prysznic oliwki i mleko ryżowe
- Ziaja, liście zielonej oliwki, oliwkowy peeling drobnoziarnisty  
b) pielęgnacja 
- Tołpa, antycellulitowy eliksir wyszczuplający
- Alverde, masło do ciała olejek makadamia i masło shea
- Balea, krem do ciała z masłem shea
- Bielenda, intensywne serum modelujące biust 

4. DŁONIE I STOPY
a) pielęgnacja 
BeBeauty, krem oliwkowy do stóp i paznokci
- Regenerum, regenerujące serum do rąk
BeBeauty, złuszczający gruboziarnisty peeling do stóp
- Body Club, musujące tabletki do kąpieli rąk z mocznikiem 
b) manicure
- lakiery kolorowe 30 sztuk
- Delia, odżywka do paznokci
- Sally Hansen Insta Dri
- Sally Hansen, cuticle remover
- Burt's Bees, lemon butter cuticle cream

5. MAKIJAŻ
a) twarz
- Revlon, podkład Nearly Naked w kolorze 110 ivory
- Bourjois, CC cream z 3 pigmentami
- Rimmel, Stay Matte 003 peach glow
- Catrice, róż Defining Blush w kolorze 020 rose royce
- Bourjois, róż/bronzer w kolorze 85 sienne
b) oczy
- Gosh, tusz do rzęs 'kocie oczy'
- Regenerum, regeneracyjne serum do rzęs
- L'Oreal Lumi Magique korektor rozświetlający w kolorze 001 light
- Maybelline, color tattoo w kolorze permanent taupe
- Inglot, paleta cieni (9/10)
- My Secret, satin touch kohl, kredka do oczu w kolorze nude nr 19
- Essence, baza po cienie I love stage
c) usta
- L'Oreal, Color Riche Extraordinaire w kolorze 500 molto mauve
L'Oreal Balm, 318 heavenly berry
- L'Oreal Caresse, 102 mauve cherie
- Revlon, Colorburst Balm Stain, 001 honey duce
- MAC, cremesheen w kolorze hot gossip
- MAC, lustre w kolorze syroup
- Bourjois, Levres Contour 15 rose precieux
- Blistex, balsam do ust classic
Blistex, balsam do ust w słoiczku
Nivea, masełko do ust borówka
Himalaya, balsam do ust z masłam kakaowym


Poznałyście moje zakupowe grzeszki nieco wcześniej, w tym poście, więc mam nadzieję, że żużycia trochę zrównoważyły małe odstępstwa od reguły. Nie mam wyraźnych braków kosmetycznych, więc wszelkie zakupy postaram się zrobić na samym poczatku miesiąca, żeby później niczym nie rozpraszać mojego napiętego budżetu świątecznego. Ale kilka pozycji na liście 'do kupienia' się znalazło, więc może pokazanie zmobilizuje mnie do trzymania się w ryzach ;)


A jakie Wy macie plany zakupowe na grudzień? 
Zmieniacie swoją pielęgnację wraz z nadchodzącym mrozem?

pozdrawiam, A

PS. Post pisałam jeszcze przed przyjściem Mikołaja, więc płyn micelarny i balsam do ust z listy mogę skreślić! 



Tak jak w tytule posta. Szukam następcy tego cudaka...


I nie chodzi tu wcale o to, że mi się znudził. Zwyczajnie, ten lakier jest już baaaardzo stary. Kupiłam go jakieś 3 lata temu, a był to zakup z drugiej ręki. Biorąc pod uwagę, że pochodzi z limitowanej serii Retro Diva z roku 2009, ma prawo odmawiać posłuszeństwa. Ale same przyznajcie - czyż nie jest cudowny? Cudownie ciemny, głęboki fiolet, który daje na paznokciach taflę połysku dzięki wykończeniu typu shimmer (swój udział ma również Sally hansen Insta Dri, ale pod każdym topem zachowuje się podobnie). Uwielbiam nosić ten kolor szczególnie jesienią i zimą, Nakłada się idealnie, jeśli lubicie lakiery China Glaze - nie za rzadkie, nie za gęste, z dość długim, klasycznym pędzelkiem. O trwałości ciężko mi mówić, bo moje paznokcie nie kapryszą, nie odpryskują i wszelkie uszczerbki są mechaniczne. Nawet w tak zaawansowanym wieku lakier nie jest problematyczny - ma jedynie problem z całkowitym wyschnięciem i strasznie intensywnie śmierdzi. Widziałam, że podobny lakier ma w swojej ofercie Zoya (kolor Yasmeen), ale to dla mnie trochę za duży wydatek... Może znacie coś tańszego? Może jakiegoś Essiaka? Czekam na wszelkie podpowiedzi :)

Macie swoje ulubione lakiery, po których wykończeniu będziecie tęsknić? :)

pozdrawiam, A



Czy macie czasami tak, że jakaś myśl, idea Was oczaruje? Utkwi głęboko w głowie i wewnętrzny głos mówi do Was - tak! Ty też tak możesz! A potem patrzycie na swój miesięczny przypływ kosmetyczny i... no właśnie. I z modnego ostatnio minimalizmu zostaje jedynie obietnica poprawy w przyszłym miesiącu :) Więc i ja obiecuję - jeszcze będzie przepięknie. A teraz zapraszam na pogrążający nieco moje 'przekonania' zakupowo-podarunkowy przegląd listopadowy :)

Włosy i twarz.


Wypadanie włosów mogę uznać za opanowane, choć nie przestaję szukać szamponu, który delikatnie i naturalnie umyje moje włosy. Tym razem postawiłam na rewitalizujący szampon do włosów suchych i zniszczonych Babuszki Agafii i muszę przyznać, że jeszcze żaden z rosyjskich szamponów nie dawał tak po nosie kostką wc... Mam nadzieję, że działanie będzie mniej zapierające dech w piersiach (Sekret Urody, ok. 12zł). Idealnym balansem dla przesuszonej i podrażnionej skóry głowy, był za to szampon Isana z 5% mocznikiem (Rossmann, ok. 5zł?). Nie używałam go ciągle, bo jest nieco za ciężki dla moich 3 włosów na krzyż, ale co 2-3 mycie sięgam z przyjemnością. Oczyszczający żel do cery tłustej i wrażliwej Effaclar to poprostu kolejna butelka, którą przelałam do 400ml (zużytego właśnie) opakowania z pompką (Super Pharm, 20zł z kodami LifeStyle). Doceniłam stosunkowo niedawno, ale to idealny żel do oczyszczania mojej skóry. W ostatnich zużyciach, na liście zakupowem zapisałam krem nawilżający do twarzy, a że nie miałam nic konkretnego na oku, to w zestawie z drażetkami Merz Spezial kupiłam krem, a właściwie kremowy mus/piankę do twarzy o potrójnym działaniu (Apteki DOZ, 37zł za zestaw). Krem ma odbudować nawilżenie skóry, wzmocnić równowagę wodno-lipidową oraz chronić przed utratą nawilżenia. Brzmi świetnie, zobaczymy jak przyjmie go moja skóra - pierwsze użycia były obiecujące :) 

Ciało.


Tutaj niespodzianka od taty, czyli kilka nowych (przynajmniej dla mnie) kosmetyków z DMu. Limitowane żele pod prysznic Balea o zapachu białych kwiatów i jagód acai właśnie znalazły swoje miejsce pod prysznicem, i to mój ulubieniec tej limitowanej serii :) Wanilia z pomarańczą była przyjemna, ale to nie mój zapach - znajdzie się w denku listopadowym. Na użycie czeka za to olejek pod prysznic Balea, z którym tata trafił idealnie - o ile z wypadaniem włosów jest lepiej, tak z przesuszeniem skóry walczę nadal. Sama do tej małej, niemieckiej rodzinki, dorzuciłam peeling Ziaja liście zielonej oliwki (stoisko firmowe, 9,90zł). Kolejny skok w bok i powrót do ostrej gąbki z podkulonym ogonem. Niezły, ale za słaby... Zapach dużo ciekawszy w opakowaniu niż na skórze. Mogę też wspomnieć przy okazji, że całkiem 'świeże' w ofercie Ziaji żelowe mydło do rąk tamaryndowiec z zieloną pomarańczą (ok. 6zł) to kicha. O ile zapach był świetny, tak działanie już mniej. Mydło wysuszało ręce mocniej niż Isana, która jest u mnie praktycznie cały czas. Na pewno nie kupię ponownie.



Ciała ciąg dalszy, czyli dwa nawilżacza z DMu od taty. Masło Alverde z masłem shea i olejem makadamia już miałam (tutaj kilka słów o nim), za to nowością dla mnie jest krem do ciała Balea z masłem shea. Dobrze wspominam wersję z kokosem, więc chętnie przetestuję i ten wariant. Na liście zakupowej na listopad znalazł się rónież krem do biustu i wybrałam modelujące serum z efektem powiększenia i podnoszenia biustu (sratatata) marki Bielenda (Rossman, ok 20zł). Ładnie napina skórę i dobrze ją nawilża. Jesień jak widać należy do cielesnych przyjemności :)

Makijaż.


Oklepana już chyba przez wszystkich promocja rossmannowa przyniosła mi w tym roku trzy kosmetyki. Pierwszym jest krem CC Bourjois z 3 pigmentami  w kolorze 31 ivory (Rossmann, cena regularna 45zł). Używam i lubię nawet bardziej niż kupiony niedawno podkład Nearly Naked z Revlonu. Kolejnym kosmetykiem, nad którym zastanawiałam się naprawde długo był balm stain z Revlonu, czyli sławna kredka Just Bitten Kissable (Rossmann, cena regularna ok. 50zł), w kolorze 001 honey douce. Jest to bardzo naturalny, dzienny odcień moich ust, który po czasie nieco ciemnieje. Dodatkowo zapach miętowych czekoladek tylko zachęca do używania. Trzecim promocyjnym zakupem był równie długo 'przemyśliwany' korektor rozświetlający pod oczy L'Oreal Lumi Magique w kolorze 1 light (Rossmann, cena regularna 55zł). Na pewno nie kupiłabym go w cenie regularnej, bo do korektorów chyba nigdy się nie przekonam. Używam, ale jeszcze się zastanowię, czy ze mną zostanie. 

Na zdjęciu widzicie również szminkę MAC w kolorze Syrup, którą dostałam w prezencie od mojej przyjaciółki Natalii :* Cieszę się bardzo, bardzo, bardzo mocno, bo ten kolor jest poprostu idealny! Kolor, wykończenie i jakość, oraz niewysuszająca formuła. Wkrótce Wam ją pokażę, ale dajcie mi się nią nacieszyć ;)

Jak widzicie, z powyższą gromadką do minimalizmu mi naprawdę daleko... 
Powiedzcie mi, że Wam zakazy zakupowe idą lepiej - łaknę motywacji! :D

pozdrawiam, A



Nie wiem co się stało, ale chyba mi się coś w głowie pomieszało. Jeszcze 2-3 lata temu mogłam o sobie powiedzieć śmiało - żadnemu lakierowi nie popuszczę, wszystkich potrzebuję! A teraz? Z początkowej liczby ok. 300 buteleczek zeszłam powoli do 30 sztuk... I sama jeszcze w to nie wierzę :) Czy mi z tym dobrze? Zaskakująco. Ale ciekawszym wydaje się być fakt, że w tej, powiedzmy trzydziestce, znajdują się lakiery które lubię, których używam z przyjemnością i które są (w większości) dobrej jakości. IDEALNIE. 

Z tego ociekającego słodyczą wstępu chciałabym płynnie przejść do tematu, który poruszyć miałam już jakiś czas temu, ale zebranie się zajęło mi trochę czasu. Mam jednak nadzieję, że moja jesienno-zimowa kolekcja lakierów jeszcze Wam się spodoba. Zapraszam.

Granat i fiolet.


Na samym początku musicie wiedzieć, że uwielbiam ciemne lakiery. W swoim pudełku zdecydowana większość buteleczek nie ma nic wspólnego z pastelami, podobnie z resztą jak powyższa dwójka. Granat Essie w kolorze school boy blazer to idealnie wyważona granica między czernią, a kolorem właściwym. Świetnie się nakłada, przy dwóch warstwach kryje idealnie, a efekt jaki zostawia na paznokciach możecie zobaczyć tutaj (ps. już zapomniałam jak to jest mieć tak długie paznokcie i oglądany obrazek wcale mi się nie podoba...). Poniżej granatu znajdziecie lakier, który niestety nie pojawił się na blogu i naprawię to w najbliższym czasie. Nie wiem jak to się stało, wybaczcie, kajam się. China Glaze w kolorze let's groove to przepiękny, głęboki, figlujący fiolet w bardzo jesiennym wydaniu. Dlaczego figlujący? Bo w zależności od światła daje się poznać raz z ciemniejszej, raz z jaśniejszej strony. Ta wielowymiarowość pociąga mnie przy każdym malowaniu. Niestety, lakier jest już dość stary i szukam godnego zastępcy. Macie jakieś typy?

Czerwień.


Szeroko rozumiana czerwień. W ciemniejszym wydaniu zdecydowanie wygrywa vampowy burgund Orly w kolorze smolder. Cudwony, głęboki i połyskujący milionem drobinek lakier, który wygląda na paznokciach jak milion dolarów. Milion, który pokażę Wam za jakiś czas, bo z niezrozumiałych zupełnie powodów jeszcze tu nie zagościł :) Dlatego więcej ochów i achów na jego temat przeczytacie za czas jakiś. 
Kolejny lakier już po bożemu pokazałam i jest to najmłodsze dziecko mojej lakierowej gromadki, które znajdziecie tutaj. Essie w kolorze fishnet stockings to jesienna, kremowa czerwień, której nie mogłam się oprzeć. Nie zawiodła mnie i z miejsca zapisała się na listę ulubieńców. 

Szarość, aż po czerń.


Jesienią szarość dopada nas z każdej strony - wygląda z szafy, wita za oknem, spogląda z buteleczek lakierów... Z moich spogląda w cieplejszym wydaniu pod postacią lakieru Ados nr 02 z serii Texture (tutaj w towarzystwie zieleni) oraz zimnego, drobinkowego Essie w kolorze cashmere bathrobe (i znowu długi pazur). Z szarością jest tak, że albo się ją lubi, albo nie, więc jeśli ją lubicie macie wielkie szczęście. Obecnie gama tego koloru jest tak szeroka, że z pewnością każdy w niej znajdzie coś dla siebie :) Wystarczy dobrze poszukać. Ja już znalazłam i taki zestaw w pełni mnie zadowala. 
Lakierem zamykającym stawkę jest oczywiście czerń. Kolor według mnie idealny w każdym wymiarze - cudowny, łączący w sobie wszystko. Orly black out ustąpi już niedługo miejsca Essie w kolorze licorice, ale póki jeszcze jest czym malować - maluję z wielką przyjemnością (m.in. tutaj).

Tymi kolorami maluję paznokcie chętnie, ale nie czuję się w żaden sposób ograniczona. Jeśli w środku zimy pojawi się ochota na pastelowy fiolet - pewnie zastanowię się dwa razy i po niego sięgnę :) Ale póki co królują u mnie ciemne lakiery. A jak jest u Was?

W najbliższych lakierowych postach postaram się pokazać Orly i China Glaze, o których pisałam wyżej. 
Mam nadzieję, że Was nie rozczarują :)

pozdrawiam, A



Już prawie zapomniałam o tej serii postów, ale po ostatnim denku należy się powrót na blogowe salony :) Formuła jest bardzo prosta - z minionych zużyć wybieram 3 kosmetyki, które w szkolnej skali oceniania (1-6) zasługują na soczystą tróję. Ani nie są dobre, ani fatalne, krótko mówiąc przecietniaki. Mam do takich w ostatnim czasie niemałe szczęście niestety... Zapraszam na post!



Anida, odżywczy krem do rąk z woskiem pszczelim i olejem makadamia 
Gdybym miała wrócić do któregoś z produktów, byłby to ten krem. Przyjemnie pachniał, nieźle się wchłaniał i dawał suchym dłoniom uczucie ulgi. Co w takim razie było z nim nie tak? A no intensywność tego uczucia... Wraz z niższymi temperaturami skóra moich dłoni zaczęła się mocniej przesuszać, a krem działał coraz słabiej. Wniosek jest prosty - na niewymagające warunku atmosferyczne krem jest w sam raz, jesienią i zimą trzeba szukać czegoś lepszego :) Cena ok. 3-4zł.

Perfecta Slim Fit, modelujące serum do biustu
Miałam już kilka drogeryjnych kremów do biustu i z większości byłam zadowolona. Nie dawały one w większości cudownego efektu push-up opisywanego na opakowaniu, ale ujędrniały skórę biustu i idealnie ją nawilżały. Przy regularnym stosowaniu biust wyglądał bez porównania lepiej, niż przy używaniu zwykłego balsamu - można nawet się pokusić o stwierdzenie, że wydawał się pełniejszy (ale przypisuję to przede wszystkim poprawie elastyczności). Co w takim razie robiło serum Perfecty? A NO NIC! Pachniało przecietnie, wchłaniało się całkiem nieźle i słabo nawilżało skórę, dodatkowo przy regularnym stosowaniu ją zapychając. W promocji SuperPharm zapłaciłam 9zł i kolejny raz przekonałam się, że kosmetyki do ciała tej firmy nie są dla mnie.

Eva Natura z serii Herbal Garden, czyki krem pod oczy i na powieki z ekstraktem z ziela świetlika (dzień i noc)
Próbowałam przekonać moje oczy do ziela świetlika, niestety bezskutecznie. Kolejny raz zareagowały podrażnieniem i wysuszeniem skóry pod oczami, oraz podrażnieniem samych oczu. Poddaję się. Cena to ok. 3-5zł w zależności od sklepu. 

Żeby zakończenie było trochę bardziej optymistyczne powiem tylko, że wszystkie marniaki mają już swoich zastępców, którzy spisują się o niebo lepiej. Jestem w pełni świadoma, że kosmetyki które się u mnie nie sprawdziły, mogą być Waszymi ulubieńcami, więc... Nie skreślajcie ich od razu :)

Miałyście okazję spotkać się z moją trójką klasową? 

pozdrawiam, A



Oczyszczanie skóry twarzy przy każdym typie cery jest bardzo ważne. Codzienny makijaż, zanieczyszczenia środowikowe, resztki kosmetyków - trzeba się tego skutecznie pozbyć :) Wieczorną pielęgnację wspieram więc maseczkami oczyszczającymi, w których małe zamieszanie wprowadziła ostatnio maska głąboko oczyszczająca na wodzie bławatkowej Łaźnia Agafii. Działa? Działa! Jeśli chcecie wiedzieć jak, zapraszam na post.


Maskę oczyszczającą z Łaźni Agafii otrzymujemy w miękkim opakowaniu z zakręcanym dziubkiem (fachowość opisu najważniejsza). Wygodne? Moim zdaniem nie do końca, jeśli kosmetyk ma nam służyć jedynie do użytku domowego (w podróży za to jest niezastąpiona). Dlatego maska trafiła do słoiczkowego opakowania, w którym swobodnie mogłam gmerać pędzlem. W konsystencji jest gęsta - typowo glinkowa, świetnie trzyma się skóry i z niej nie spływa. Nie ma problemu z rozprowadzaniem na twarzy. Nie zasycha tak mocno jak maski glinkowe, szczególnie przy nałożeniu grubszej warstwy, co sama uskuteczniam Jeśli używacie glinek, zapach powinien być Wam znaną nutą bagienka i świeżości. Nie jest to jednak zapach uciążliwy czy dominujący. Maska najlepiej sprawdza się w czasie kąpieli - ciepłe powietrze i para dodatkowo rozszerza pory, w które maska może wniknąć i je oczyścić (tak sobie to tłumaczę, jeśli jest inaczej - śmiało, wyprowadźcie mnie z błędu). Maskę trzymam na skórze ok. 15 minut, następnie bez większych problemów zmywam ciepłą wodą. 


Działanie, które można przypisać błękitnej glince, bardzo mi odpowiada :) Skóra po zmyciu maski jest czysta, pory zwężone, a podrażnienia wyciszone. Pierwsze użycia powodowały lekkie szczypanie, ale nie miało to wpływu na podrażnienie skóry. Przypomnę Wam tylko, że mam skórę tłustą/mieszaną, którą niby nic nie jest w stanie podrażnić, ale ma swoje newralgiczne miejsca jak np. skóra wokół oczu. Maska nie wysuszyła skóry w tych okolicach, ani na delikatnych policzkach. Mogę nawet uznać, że skóra po użyciu jest w stanie harmonijnego nawilżenia i oczyszczenia - nie świeci się, ale też nie jest matowa z powodu zaburzenia naturalnej warstwy ochronnej. Nie miałam też problemów z wysypem niespodzianek na twarzy, co czasami zdarza mi się po oczyszczających maskach. To wszystko składa się na nowego, maseczkowego ulubieńca :)


Skład dla ciekawskich. Moim laickim okiem jest naprawdę dobrze :) 


Jeśli nie macie bardzo wrażliwej skóry, maskę mogę śmiało polecić. Biorąc pod uwagę niewielką cenę w sklepach stacjonarnych jak i internetowych (ok. 6-7zł/100ml) i działanie - warto wyprówbować. Ja chętnie jeszcze do niej wrócę, mając na uwadze również inne maski z Łaźni Agafii. 


Jaki maski oczyszczające sprawdzają się najlepiej u Was? 

pozdrawiam, A



Szaro, buro, więc przyszedł czas na Essie. I to nie byle jaki kolor, bo dość popularną miss fancy pants :)  Nie wiem czy idę dobrą, kolorystyczną drogą, ale to chyba taupe? Jeśli nie, śmiało mnie poprawcie - zapraszam na krótki post.


Na pierwszy rzut oka to zwykła szarość, ale ciepła nuta skutecznie mnie do tego lakieru przekonała. Tak 'niekonkretny' kolor nieco rozmywa dłonie, ale od czasu do czasu z przyjemnością sobie na to pozwalam. Ciężko mi pisać o trwałości lakierów Essie czy tego konkretnego koloru, bo zależy to od tylu małych-wielkich spraw (stanu paznokci, użytej bazy i topu, odtłuszczenia płytki), że można to uznać za kwestię indywidualną. Aplikacja do najłatwiejszych nie należy, bo lakier jest dość rzadki i robi prześwity - ale taki urok jasnych lakierów najwidoczniej. Przy dwóch warstwach, pierwszej cieńszej i drugiej grubszej, efekt jest może nie do końca idealny, ale zadowalający :) Będę jeszcze ćwiczyć! Lakiery Essie dostępne są przede wszystkim online w cenach od 15zł, aż po 36zł w SuperPharm. Także każdy znajdzie coś dla siebie :)
Zastanawiam się nad postem z lakierami na jesień, chociaż patrząc na moje aktualne zbiory, takie kolory stanowią ponad połowę inwentarza... Więc chyba sensowniej byłoby pokazać ulubioną piątkę :)

A jak u Was jest z szarościami? Lubicie je nosić na co dzień?

pozdrawiam, A



Z lekkim poślizgiem ogłaszam, że zwyciężczynią mojego urodzinowego rozdania zostaje : 


Dziękuję za tak liczny udział w rozdaniu, a Alicjimagdalenie serdecznie gratuluję. Mam nadzieję, że zostaniecie ze mną na dłużej, a czytanie rogatego bloga sprawi Wam przyjemność :) 

Szczęśliwca proszę o kontakt e-mail i podanie adresu wysyłki na rogaczki.kosmetyczne@gmail.com

pozdrawiam, Adrianna
Rogaczki Kosmetyczne 



Myślałam, myślałam i wymyśliłam :) Bez udziwnień i zbędnych zawiłości uprościłam swoją listę do 5 głównych kategorii, czyli włosów, twarzy, ciała, dłoni i stóp oraz makijażu. Myślę, że bez problemu odnajdziecie się w tej nowej rozpisce, bo mi podoba się ona o wiele bardziej - jest konkretna i widać ile czego używam. Kilka kosmetyków opuściło moje zestawienie, m.in. kosmetyki do depilacji. Ciągłe dopisywanie tych samych produktów, które ewentualnie różniły się 'zapachem' było naprawdę stratą Waszego i mojego czasu. Jeśli trafię na coś nowego, co mnie zachwyci, albo wręcz przeciwnie - dam znać :) Podobny los spotkał antyperspiranty. Cała reszta zostaje, w nieco zmienionej formie. 

Zapraszam na październikowe denko!

*kosmetyki, które przybyły - 14 sztuk
*kosmetyki, które zużyłam - 14 sztuk
*kosmetyki, które z jakiegoś powodu poszły w świat - 1 sztuka

1. WŁOSY
a) oczyszczanie
- Planeta Organica, szampon turecki hammam
- Planeta Organica, szampon fiński
Seboradin, szampon do włosów jasnych
- Biały Jeleń, hipoalergiczny szampon do włosów z octem jabłkowym 
b) pielęgnacja
- Planeta Organica, marokański balsam do wszystkich rodzajów włosów
- Planeta Organica, ajuwerdyjska złota maska 'gęstość i wzrost włosów'
Love2Mix Organic, maska do włosów z efektem laminowania
Seboradin, balsam do włosów jasnych
c) kosmetyki dodatkowe
- Marion, olejek orientalny - odżywianie macadamia & ylang-ylang
- Khadi, olejek stymulujący wzrost włosów
Seboradin, lotion do włosów jasnych

2. TWARZ
a) oczyszczanie 
- La Roche Posay, żel do twarzy Effaclar, oczyszczający żel do skóry tłustej i wrażliwej
- Mydło z Aleppo 12% oleju laurowego
- Pharmaceris T, bakteriostatyczny płyn oczyszczający
- Garnier, płyn micelarny 3w1
b) pielęgnacja podstawowa
Dermedic, Hydrain Hialuro, serum nawadniające twarz, szyję i dekolt
- La Roche Posay, Effaclar Duo +, krem zwalczający niedoskonałości
- Baikal Herbals, oczyszczający krem na noc do cery tłustej i mieszanej
- Eva Natura, Herbal Garden, krem pod oczy i na powieki z ziela świetlika
c) pielęgnacja dodatkowa
- Korund
- Perfecta, peeling enzymatyczny minerały morskie i enzym z papai
- Uriage, woda termalna 
- Fitomed, płyn oczarowy do twarzy z kwiatem pomarańczy
- Organique, maseczka algowa z dynią
Łaźnia Agafii, maska do twarzy głęboko oczyszczająca na wodzie bławatkowej
- Fitokosmetik, marokańska czerwona glinka wulkaniczna
- Fitokosmetik, kamczacka czarna glinka wulkaniczna - wygładzająca
- Olej ze słodkich migdałów
- Mincer, olejek marula
- Purederm, plastry na nos z węglem drzewnym

3. CIAŁO
a) oczyszczanie
- Organique, pianka cukrowa mrożona herbata
Organique, mydełko glicerynowe
Balea, żel pod prysznic carambola lambada
Balea, żel pod prysznic mandarynka
Green Pharmacy, żel pod prysznic oliwki i mleko ryżowe
b) pielęgnacja 
Balea, kokosowy krem do ciała
- Tołpa, antycellulitowy eliksir wyszczuplający
- Perfecta Slim Fit, modelujące serum do biustu

4. DŁONIE I STOPY
a) pielęgnacja 
- BeBeauty, krem oliwkowy do stóp i paznokci
- Regenerum, regenerujące serum do rąk
Anida, krem do rąk i paznokci, wosk pszczeli i olej makadamia
- BeBeauty, złuszczający gruboziarnisty peeling do stóp
- Body Club, musujące tabletki do kąpieli rąk z mocznikiem 
b) manicure
- lakiery kolorowe 42 sztuki (w tym 2 nowe!)
- Delia, odżywka do paznokci
- Sally Hansen Insta Dri
- Sally Hansen, cuticle remover
- Burt's Bees, lemon butter cuticle cream

5. MAKIJAŻ
a) twarz
- Revlon, podkład Nearly Naked w kolorze 110 ivory
Lily Lolo, mineralny podkład z SPF15 w kolorze blondie, 0,75g
- Rimmel, Stay Matte 003 peach glow
- Catrice, róż Defining Blush w kolorze 020 rose royce
- Bourjois, róż/bronzer w kolorze 85 sienne
b) oczy
- Gosh, tusz do rzęs 'kocie oczy'
- Regenerum, regeneracyjne serum do rzęs
- Maybelline, color tattoo w kolorze permanent taupe
- Inglot, paleta 5 cieni 
My Secret, satin touch kohl, kredka do oczu w kolorze nude nr 19
- Essence, baza pod cienie I love stage
c) usta
- L'Oreal, Color Riche Extraordinaire w kolorze 500 molto mauve
- L'Oreal Balm, 318 heavenky berry
- L'Oreal Caresse, 102 mauve cherie
- MAC, cremesheen w kolorze hot gossip
- Bourjois, Levres Contour 15 rose precieux
- Blistex, balsam do ust classic
- Blistex, balsam do ust w słoiczku
- Nivea, masełko do ust borówka
- Himalaya, balsam do ust z masłam kakaowym
Delia, odżywczy balsam do ust z naturalnym miodem 

Mamy październikowy remis! Chociaż ciągle nie wychodzę na plus, to przynajmniej zużywam kosmetyki i coraz mniejsze są moje zapasy. Największym sukcesem jest to, że mam tylko 1 żel pod prysznic! Przybyło mi trochę produktów do ust, ale winę ponosi za to mały atak zapalenia czerwieni wargowej (na szczęście w miarę delikatny) i potrzeba porządnego nawilżenia. Wszystko zużyję w przeciagu kolejnych miesięcy, bo z balsamem do ust się nie rozstaję nawet na krok. A jakie plany zakupowe mam w listopadzie?


Mam nadzieję, że obędzie się bez szaleństw. Nic mi się specjalnie nie kończy, więc i powodów do biegania po drogeriach za bardzo nie mam. Oby do kolejnego denka! :)
Chciałam również podziękować za udział w rozdaniu - jutro postaram się podać wyniki, więc bądźcie czujni.

A jak u Was minął październik? Jesteście zadowolone ze swoich zużyć? :)

pozdrawiam, A



Czerwień na paznokciach to jeden z tych kolorów, do których trzeba dojrzeć :) Ja chyba dojrzewam nieco później, bo w wieku 24 lat nadal nie czuję się z nią zaprzyjaźniona. Ale próbuję znaleźć dla siebie odpowiedni kolor i tak jak trafiłam w dziesiątkę z letnią wersją w postaci Essie - lacquered up. Teraz stawiam na jesienną odsłonę czerwieni. Na paznokcie wkroczył ponownie lakier Essie, tym razem w kolorze fishnet stockings. Zapraszam na post :)


Głęboka, dość ciemna i kremowa czerwień, która przy odrobinie skupienia kryje już przy jednej, grubszej warstwie. Ja na paznokciach mam dwie cieńsze i kolor prezentuje się pięknie :) Nie smuży, dobrze się rozprowadza i ma na tyle dobrą konsystencję, że nie rozlewa się po skórkach. Co ważne, nie farbuje skórek przy zmywaniu, ani płytki w czasie noszenia. Jedno co można lakierowi 'zarzucić', to niewielki połysk bez topu (u mnie Sally Hansen Insta Dri). Koloru fishnet stockings nie znajdziecie niestety w regularnych szafach Essie, przynajmniej tych w drogeriach Super Pharm, więc pozostaje polowanie w sieci :) 
Po kilku noszeniach mogę śmiało powiedzieć, że do koloru wrócę nie raz - jest na tyle przyjemny w noszeniu, że idealnie sprawdza się zarówno na dzień, jak i na wieczór. 

A Wy jaką czerwień wybieracie jesienią? A może stawiacie na zupełnie inne kolory?

pozdrawiam, A



Październik zbliża się do końca, więc mogę Wam już pokazać co nowego w tym miesiącu pojawiło się w mojej kosmetyczce :) Udało mi się zrealizować trzy pozycje z jesiennej listy chciejstw i wszystkie bardzo przypadły mi do gustu. Ale o tym w dalszej części posta. Zakupy uznaję za spokojne i dość przemyślane, więc nie muszę się specjalnie kajać - chociaż raz! Zapraszam :)


Na pierwszy ogień w realizacji moich kosmetycznych kaprysów poszedł lakier Essie w kolorze fishnet stockings. Piękna, głęboka czerwień z odrobiną różu? Nie umiem opisywać kolorów, więc musicie poczekać aż lakier pojawi się na blogu :) Do równego rachunku dobrałam bardzo jesienny odcień miss fancy pants. Połączenie szarości i beżu w ciepłym wydaniu na paznokciach wygląda schludnie, klasycznie i idealnie komponuje się z aurą za oknem. Za paczkę wraz z przesyłką zapłaciłam ok. 45zł na allegro. Do tego udało mi się znaleźć podkład Revlon Nearky Naked w najjaśniejszym odcieniu 110 ivory. Używam go z przyjemnością i całe szczęście, że nie pokusiłam się o odcień ciemniejszy. Podkłady Revlon dostępne są już w większości drogerii Rossmann za ok. 45zł lub taniej, oczywiście w sieci. Trzecim spełnionym chciejstwem jest prezent od mojej przyjaciółki czyli kompaktowa szczotka Tangle Teezer. Nie załapała się ona niestety do zdjęcia, ale pokazywałam ją Wam na Instagramie. Baranek Shaun od pierwszego użycie stał się moim ulubieńcem :)


Niedawna promocja w drogerii Natura zmotywowała mnie do zakupu pudru matującego Stay Matte Rimmel (15zł?). Jestem z niego naprawdę zadowolona! Miałam pewne obawy, bo już raz się spotkaliśmy i było to bardzo nieudane pierwsze wrażenie, a teraz jest wręcz idealnie :) Szkoda tylko, że opakowanie średnio nadaje się do noszenia w kosmetyczce. Drugim naturowym zakupem była baza pod cienie Essence I love stage (10,99zł). Chyba pierwszy raz widziałam różniące się od siebie odcienie... Nie wiem czy to 'wina' świeżości" kosmetyku, czy faktycznie kolory są dwa. Wzięłam naturalnie ten jaśniejszy :) Po długim marudzeniu nad ceną kredki MaxFactor, postawiłam na tanią kredeczkę My Secret Satin Touch Kohl w odcieniu cielistym nr 19 (nie pamiętam ile kosztowała, ale z pewnością poniżej 10zł). Jest w porządku, ale MF i tak kiedyś będzie moja. No i od dawna wymarudzone Ingloty! Jak widzicie w paletce jest jeszcze jedna dziura, której wypełnienia nie jestem do końca pewna, ale... efekt końcowy z pewnością Wam bliżej przedstawię :) Koszt paletki to jak dobrze pamiętam 16zł, wkłady kwadratowe kosztuję 13zł za sztukę. Wydaje mi się, że piątka cieni mi starczy w zupełności, ale wiadomo - apetyt rośnie w miarę jedzenia.


Wypad do Reala i przemarsz między kosmetycznymi działami zaowocował zakupem szamponu z octem jabłkowym Biały Jeleń (ok. 7zł, w kiosku obok 3zł... oszzz!). Używałam go częściej do mycia jajeczka BB, ale i na włosach wkrótce wyląduje. I uwaga... zużyłam wszystkie zapasowe żele pod prysznic! Jesteście w szoku? Ja też :D Więc z czystym sumieniem kupiłam sobie żel pod prysznic oliwki i mleko ryżowe Green Pharmacy (ok. 6zł/Natura). Nie jest to może nic wow i ekstra, w sumie ciężko o nim coś konkretnego powiedzieć - jest średni. Ale na konkretną opinię jeszcze za wcześnie. 


Temperatura idzie w dół, a ja zaczynam poszukiwania idealnej pomadki do ust. Co roku to samo, więc można się już przyzwyczaić :) Intensywnie nawilżający balsam Himalaya Herbals towarzyszył mi już w zeszłym sezonie, ale tym razem wzięłam wersję z masłem kakaowym (ok, 6zł/Real). Nie do końca mi podpasował, ale poużywam i wtedy ewentualnie coś o nim napiszę. Lżejszą opcją, którą kupiłam na początku miesiąca i... zużyłam... był odżywczy balsam do ust z naturalnym miodem Delia Cosmetics (ok 5zł/Rossmann). Całkiem przyzwoicie nawilżała, ale było to niestety za delikatne działanie. W mniej wymagającym czasie chętnie do niego wrócę. Trzecim nawilżaczem jest Blistex Conditioner, pielęgnująco-odżywczy balsam do ust w słoiczku (niecałe 6zł/Rossmann - cena na do widzenia!). Mam klasyczny sztyft i bardzo mi odpowiada, więc z przyjemnością spróbuję również tej formy. Wybór Carmexu w tym roku okazał się fatalny w skutkach - nie wiem czy to zbieg okoliczności, ale właśnie po nim moje usta przeszły przez fazę botoksową, aż do totalnego wysuszenia... Póki co nie zaryzykuję :) Plastry Purederm na nos z Biedronki kusiły i skusiły wersją z węglem drzewnym (7,99zł). Mam nadzieję, że się sprawdzą. 


Stawkę zamyka regeneracyjne serum do rąk Regenerum, które udało mi się kupić w Super Pharm za 9zł. Działa naprawdę dobrze, zobaczymy jak będzie dalej. Chwaliłam się Wam również, że zrobiłam swój pierwszy peeling do ust. Przyda się moim suchym wargom, a pogoda zupełnie ich nie rozpieszcza ostatnio... Mam na szczęscie sporo pomocników, więc liczę na wyrównany pojedynek :)

A jak Wam minął zakupowo październik? Spełniłyście swoje chciejstwa? :)

pozdrawiam, A



Długo zastanawiałam się czy spróbować minerałów. W końcu się przekonałam do zakupu zestawu startowego Lily Lolo, w którego skład wchodzi podkład mineralny w 3 wariantach kolorystycznych: blondie, barely buff i china doll oraz puder mineralny flawless silk. Do zestawu dołączony jest również pędzel baby buki. Pojemności miniaturek podkładów to 0,75g. Zestaw w eleganckim, idealnym na prezent opakowaniu kosztuje na stronie Costasy 88,50zł. Jeśli tak jak ja nie jesteście w stanie określić koloru podkładu idealnego dla siebie, propozycja marki Lily Lolo powinna Was zainteresować. Zapraszam na kilka słów o tym, jak minerały sprawowały się u mnie :)


Czego spodziewałam się po mineralnym podkładzie? Przede wszystkim tego, żeby wyglądał naturalnie na twarzy i żeby nie obciążał cery. Moja skóra potrafi wyciągnąć z podkładu wszystko to, co może ją zapchać i reaguje wypryskami. Z podkładami Lily Lolo nie miałam takich problemów :) Nakładany cienką warstwą podkład ładnie wyrównał cerę i chociaż nie zasłonił większych niedoskonałości - efekt mi odpowiadał. Krycie można oczywiście budować kolejnymi warstwami i nadal twarz wygląda naturalnie. Całość scalałam wodą termalną, bo po użyciu pudru moja skóra wyglądała na mega suchą. Woda Uriage po kilku chwilach odparowała, zostawiając skórę wyglądającą zdrowo - ani grama sztucznego matu czy ciasteczka na twarzy :)

Technicznie podkład nakładał się bardzo dobrze - wiadomo, trochę pylił, ale dobrze trzymał się twarzy i na niej rozprowadzał. Duże znaczenie ma tu pędzel i dołączony do zestawu maluszek daje radę, chociaż Hakuro H50 jest lepszy na większej powierzchni (przy skrzydełkach nosa trzeba się pogimnastykować). Mimo mojego braku umiejętności, podkład nakładał się bez plam, równomiernie. Minusem jak dla mnie jest to, że podkład podkreślał suche skórki (to również widać na zdjęciach) szczególnie przy niedoskonałościach - potrzebne było dodatkowe nawilżenie przed aplikacją, co przy wypryskach jest średnim rozwiązaniem. Wydajność oceniam wysoko, spodziewałam się, że tak mała pojemność starczy mi na dwa razy, a zdążyłam sobie spokojnie sprawdzić każdy kolor w różnych warunkach. Schodził dość równomiernie w ciągu dnia, ale na mojej tłustej skórze nie wytrzymywał do wieczora - schodził praktycznie w całości, zostawiając gdzieniegdzie trochę koloru. Biorąc pod uwagę wcześniejsze doświadczenia, to i tak sukces :)


Jeśli jesteśmy już przy kolorach, 'moim' jest najjaśniejszy z powyższych china doll. Wygląda naturalnie, podobnie jak nieco ciemniejszy blondie - na zimę jednak byłby dla mnie za ciemny. Za to barely buff był lekko pomarańczowy, co wyglądało komicznie i powędrował dalej. Puder flawsless silk był świetnym dopełnieniem obu podkładów. Zarówno w kwestii matu, jak i utrwalenia efektu przy czym zaznaczam - woda termalna była konieczna. Puder samodzielnie również sobie radził, chociaż nie utrzymywał matu tak, jak na podkładzie. Jego wydajność również oceniam wysoko. 

Na zdjęciu poniżej mała próbka tego, jak podkład wygląda - tak wiem, nie jest to perfekcyjny look, ale mi odpowiada. Korektor by się przydał, może za jakiś czas sobie sprawię. Możecie zobaczyć również jak wypada porównanie pędzla baby buki LL z Hakuro H50. Jakość wykonania jest naprawdę wysoka i po kilku-kilkunastu praniach zupełnie nie stracił swoich właściwości. Idealnie nadaje się do torebki :)


Zestaw pożegnałam już jakiś czas temu i chętnie kiedyś wrócę do podkładu, może i do pudru :) Nie jest to podkład idealny, ale... Nic lepszego do tej pory niestety nie miałam. Teraz próbuję się przekonać do pokładu Revlon Nearly Naked i po pierwszych testach jestem zadowolona. Moja skóra nieco szaleje, ale mam nadzieję, że to tylko chwilowe. 

Jakie macie podejście do podkładów mineralnych? Znacie Lily Lolo? 

pozdrawiam, A



Dwa lata - kiedy to minęło? Wydaje się jakbym wczoraj snuła z M. plany podboju blogosfery, a tu już tyle czasu za nami :) Nasze drogi co prawda się rozeszły, ale Rogaczki Kosmetyczne zostały, a z nimi 305 napisanych postów i ponad 117 tysięcy wyświetleń - D Z I Ę K U J Ę !!! Chociaż blog ma swoje lepsze i gorsze chwile, tak samo z resztą jak ja, jesteście. Czytacie, piszecie i za to wszystko mam dla Was małe w porównaniu z radością jaką mi przynosicie, rozdanie :) 


Jestem beznadziejna jeśli chodzi o wybieranie nagród, ale mam nadzieję, że przypadną one komuś do gustu tym razem :) W pudełku Organique znajdziecie:

- masło do ciała oraz żel pod prysznic z regenerującej serii anti-age, przeznaczonej do skóry suchej (wybrane z myślą o nadchodzącej zimie)
-  cukrową piankę peelingującą o zapachu mrożonej herbaty (uwielbiam!)
- wosk refreshing tea, dopełniający aromatem cały zestaw.


Zasady rozdania nie są skomplikowane. Rozdanie trwa od dnia dzisiejszego tj. 15 października do 5 listopada włącznie. W ciągu 3-5 dni po tej dacie wyłonię zwycięzcę. Nagrody wysyłam na terenie Polski, ze względu na koszt (ale zawsze można znaleźć rozwiązanie). Warunkiem obowiązkowym jest zostawienie pod tym postem komentarza z adresem mailowym oraz zaznaczonym sposobem obserwowania wraz z nickiem (blog, facebook, bloglovin, instagram - do wyboru). Dodatkową szansę dostaną osoby, które są aktywne oraz te, które udostępnią infomację o rozdaniu. 

wzór komentarza
email:
obserwuję przez:
jako:
udostępnione info: TAK/ NIE (link)

skorzystajcie proszę z tej miniatury:

Pozostaje mi życzyć Wam powodzenia i raz jeszcze podziękować za to, 
że blog obchodzi swoje drugie urodziny :)

pozdrawiam, A



Myślę błyszczyk i widzę rozlany poza kontur ust kosmetyk, przyklejające się do niego włosy i mało przyjemne uczucie na ustach. O smaku i zapachu nawet nie wspominam, bo czasami mam wrażenie, że producenci motywują nas do diety... I wiem, że pewnie narażam się miłośniczkom tej formy makijażu - wybaczcie Dziewczyny - to zwyczajna zazdrość ;) Poddaję się i nie próbuję już nawet przekonać do błyszczyków do ust, bo mi to nie wychodzi. Ostatnim punktem w tej nierównej walce był błyszczyk Maybelline ColorSensational w odcieniu 150 pink shock.


Kosmetyk koncernu Maybelline zamknięty jest w ładnym, porządnie wykonanym plastikowym opakowaniu. Widać dokładnie kolor, jak i poziom zużycia. Zamknięta w środku standardowa pacynka dobrze nakłada kosmetyk na usta i pozwala na precyzyjne ich podkreślenie. Konsystencja jest lekka, choć wyczuwalna podczas noszenia, nie klei się i mimo półtransparentnej natury zostawia równomierną taflę koloru (przynajmniej na początku). Zapach kosmetyku jak i smak są naprawdę subtelne, za co ogromny plus! Z powyższych kwestii do błyszczydła naprawdę nie mogę się przyczepić.

Z natury jestem osobą wygodną - jeśli coś uprzykrza mi życie, staram się to z niego usunąć lub zamienić. Dlatego też błyszczyki zamieniłam już dawno na szminki :) O ile efekt jaki daje ColorSensational na ustach mi się podoba, tak wychodzenie poza kontur ust, szybkie ścieranie i przebijanie naturalnego koloru już nie. Ja rozumiem, to błyszczyk, ale najwidoczniej nie jest to błyszczyk dla mnie. Przy częstym używaniu zauważyłam delikatne przesuszenie, ale ratunkiem było użycie na noc grubszej warstwy pomadki ochronnej. Podczas noszenia część pigmentu wżerała się w wargi i zostawała pomimo gasnącego połysku, co uważam za plus przy reaplikacji. Ale to i tak nie skłoniło mnie do dłuższego trwania u jego boku :)

Cena błyszczyków zaczyna się od około 17zł w promocji, do nawet 25zł jeśli źle traficie. Warto więc szukać okazji :) Kolor 150 pink shock to w opakowaniu krzykliwy barbie-róż, który nieco traci intensywność na ustach i dzięki zimnemu odcieniowi delikatnie wybiela zęby. Jeśli jesteście zahartowanymi miłośniczkami tej formy makijażu - polecam. Ja jednak zostaję przy sprawdzonych i bardziej trwałych szminkach :)

Miałyście okazję używać kosmetyków do ust Maybelline? Macie swoich ulubieńców? 

pozdrawiam, A



Ciężko znaleźć dobry kosmetyk nawilżający w formie maski. Przynajmniej ja miałam z tym problem do czasu, kiedy nie odkryłam maski-kompresu nawilżająco-odprężającego na twarz i pod oczy z Tołpy. Maskę z serii dermo face, hydrativ miałam już jakiś czas temu i ilość zdjęć jest żenująca, ale chciałabym Wam coś o tej masce powiedzieć właśnie teraz, kiedy skóra powoli przestawia się na niższe temperatury i często reguje na to przesuszeniem. Zapraszam na post :)


Głównym zadaniem maski jest zatrzymanie wody w organizmie - zbawienne dla skóry odwodnionej. Kosmetyk według producenta tworzy na skórze delikatny kompres, który silnie nawilża oraz łagodzi podrażnienia i zaczerwienienia. Przywraca uczucie komfortu, eliminuje oznaki stresu i zmęczenia. Regeneruje mikrouszkodzenia i wspomaga odbudowę bariery ochronnej. Wygładza i uelastycznia skórę. Dobroczynnymi składnikami są tutaj: torf, kompleks kiełków pszennicy, droższe i hialuronian sodu, nawilżający kompleks naturalnych węglowodanów, fucogel, olej macadamia, olej jojoba, masło shea. Brzmi nieźle, prawda? Dodając do tego brak sztucznych barwników, PEG-ów, silikonów, oleju parafinowego, parabenów i donorów formaldehydu, maska wydaje się być kosmetykiem idealnym :) Ale czy naprawdę tak jest? TAK! 

Maska nałożona na skórę daje cudowne uczucie odprężenia, ściągnięcie skóry ustępuje, a uczucie ulgi jest naprawdę błogie - jeśli miałyście maski hydrożelowe, ta maska mimo swojej kremowej konsystencji daje podobne wrażenie. Nakłada się bezproblemowo, nie spływa z twarzy, całkiem nieźle jak na swoją konsystencję zmywa. Jedynym minusem może być zapach maski, który jest trochę kremowy, trochę błotnisty. Po zmyciu skóra jest miękka, delikatna i gładka - znikają wszystkie suche skórki. Podam Wam przykład, który najbardziej przekonał mnie do tej maski. Mam ostatnio spory problem z przesuszoną okolicą oczu i krem nie daje sobie z tym rady. Nakładając maskę pod oczy i na powieki nie spodziewałam sie cudów, ale efekty pozytywnie mnie zaskoczyły :) Zniknęły wszystkie objawy podrażnienia i suchości. I najważniejsze - efekt ten nie jest chwilowy, utrzymywał się kilka kolejnych dni (oczywiście w tym czasie zwyczajnie pielęgnowałam skórę). Myślę, że używanie maski raz czy dwa razy w tygodniu byłoby idealnym sposobem na przywrócenie równowagi skórze odwodnionej :) 

skład dla ciekawskich:

Ja z pewnością do tej maski jeszcze wrócę, bo szkoda czasu na szukanie innych nawilżaczy :) Za cenę ok. 7zł dostajemy dwie porządne porcje maseczki. Nie jest to może najniższa cena, ale za taką jakość i działanie jestem w stanie tyle zapłacić. 

Miałyście okazję jej używać? A może macie swojego maseczkowego ulubieńca?

pozdrawiam, A





Naoglądałam się chciejlist na Waszych blogach i w końcu zrobiłam swoją :) Kosmetyczne ochoty staram się ostatnio trzymać na wodzy, ale coś tam się znalazło, co siedzi w głowie od krótszego lub dłuższego czasu. Z pewnością kosmetyki te są Wam dobrze znane, ale postaram się po krótce napisać, co mnie w nich kusi. 
Zapraszam na post!



Cała kolorowa ósemka przed nami, więc pozostaje zacząć z przytupem :) Jeśli wydaje się Wam, że balsam do ust Nuxe Reve de Miel wyskoczy zaraz z szafy - macie rację. Po cichu na to czekam, a wtedy buch do kosmetyczki! Cena waha się od 30 do 40zł, więc same rozumiecie. Drugim, bardziej kosztownym wydatkiem z mojej listy jest serum z witaminą C Auriga. Czytałam już o nim dużo i ochota rośnie z każdą kolejną opinią. Zimą przyda mi się taka porządna dawka witamin (ok. 70-80zł za 15ml). Właśnie uświadomiłam sobie, że bardzo u mnie twarzowo :) Dlatego kolejnym chciejstwem jest krem pod oczy Tołpa z białym hibiskusem (ok. 40zł). Miałam już lżejszą wersję z amarantusem, ale coraz bardziej przeszkadzają mi zmarszki wokół oczu, więc czas się wspomóc. 

Nie samą pielęgnacją człowiek żyje, więc i makijażowo kilka rzeczy mi się śni po nocach. Jedną z nich jest podkład Revlon Nearly Naked (45zł). Nie jest typowo przystosowany do potrzeb mojej skóry, ale naczytałam się tyle sprzecznych recenzji, że czas spróbować na sobie :) W razie porażki w kwestii matu przyda się puder bambusowy Paese (cena ok. 30zł). Ostatnim kolorowych chciejstwem jest lakier w kolorze fishnet stockings od Essie. Piękny, jesienny, klasyczny kolor. Nie kupujcie, bo dla mnie zabraknie! :D 

Na koniec dwa akcesoria. Pierwszym jest kompaktowa wersja szczotki Tangle Teezer, która jest idealnym rozwiązaniem na wyjazdy. Klasyczna wersja może wtedy bezpiecznie zostać w domu. Jako, że powoli staram się zapełnić cieniami moją inglotową paletkę-szóstkę, przyda mi się pędzelek do blendowania - Hakuro H79 wydaje się być w sam raz :)

I to by było na tyle. Pewnie znalałoby się jeszcze kilka... kilkanaście rzeczy, ale staram się patrzeć realnie na swoje potrzeby i ochoty. Czasami zostawiam zdrowy rozsądek w domu i na zakupach zapominam o wszystkich założeniach :P Ale słabości ma przecież każdy! 

Co znajduje się na Waszych listach? Znacie powyższe kosmetyki? :)

pozdrawiam, A



Chyba nigdy nie miałam swojego ulubieńca w kwestii pielęgnacji twarzy :) Ale od kiedy u Iwetto podpatrzyłam serum nawadniające twarz, szyję i dekolt Dermedic, po pierwszych użyciach zaktualizowałam swoją listę ulubieńców. Zapraszam na post!

Używając kremów matujących czy walczących z niedoskonałościami musimy pamiętać o porządnym nawilżeniu skóry twarzy. Bez tego nasza cera będzie się przesuszać, wypluwając z siebie obronne porcje łoju. Efekt będzie odwrotny do zamierzonego, a najlepiej wiem to z własnego doświadczenia. Niestety dość późno zrozumiałam, że oprócz oczyszczenia, moja tłusta i problematyczna cera potrzebuje nawilżenia. Serum Dermedic zapewnia mi jego odpowiedni poziom - nie mam już problemu z suchymi skórkami czy wręcz przesuszonymi plackami. Używam solidną porcję na noc i rano moja skóra mimo lekkiego świecenia jest w naprawdę świetnej formie :) Napięta (w pozytywnym tego slowa znaczeniu), gładka i nawilżona dużo lepiej przyjmuje poranną pielęgnację i makijaż. Czego chcieć więcej? Nie wiem, czy mogę coś powiedzieć o działaniu przeciwstarzeniowym - mam względnie młodą, 24-letnią skórę, na której zmarszki ulokowały się jedynie wokół oczu. Tego kosmetyk nie zlikwidował, ale! Chyba najważniejsze jest to, że działanie kremu nie jest jedynie odczuwalne w dniu 'użycia'. Krótkie przerwy nie powodują natychmiastowego przesuszenia, czyli serum działa dogłębnie i długotrwale. Nawilżona skóra jest według mnie bardziej jędrna, więc tutaj również daję plus. Nie miałam problemu z zapychaniem porów czy jakąś nieoczekiwaną reakcją - kosmetyk obchodził się z buzią naprawdę delikatnie


Serum używałam przede wszystkim na noc, ale na dzień również mi się zdarzyło - powodowało przyspieszone świecenie skóry, co u mnie jest normalne, ale tragedii nie było. Po aplikacji na twarzy wyczuwalna jest mgiełka nawilżenia, ale z pewnością nie jest to cieżki film. 
Serum jest lekkie i ma rzadką, wodnistą konsystencję o delikatnym i przyjemnym zapachu. Idealna jest więc dołączona do buteleczki pipeta, która pozwala na precyzyjne porcjowanie kosmetyku :) Bardzo lubię takie rozwiązania. Minusem według mnie jest szklana buteleczka, która czasami doprowadza mnie do palpitacji - szczególnie kiedy stoi na brzegu szafki. Półprzezroczyste opakowanie pozwala kontrolować ilość kosmetyku, więc jego koniec na pewno nie będzie niespodzianką. Wydajność zależna jest od potrzeb naszej skóry - latem potrzebowałam dużo mniejszej ilości niż teraz, ale cena ok. 35zł za 30ml jest moim zdaniem odpowiednia. Tę serię Dermedic dostaniecie na pewno w Super Pharm, ja skorzystałam z zamówienia w aptece DOZ. 


Jeśli nie miałyście okazji używać serum Dermedic, a szukacie dobrego kosmetyku nawilżającego o lekkiej formule - polecam. Nie wiem jak sprawdzi się przy cerze suchej, ale moja miejscami mocno przesuszona, tłusta skóra była z działania naprawdę zadowolona. Z chęcią wrócę do tej serii po więcej :)

pozdrawiam, A


Obsługiwane przez usługę Blogger.