W ostatnim poście skarżyłam się na to, że czasy świetności lakieru OPI nantucket mist niestety już minęły i czas się rozejrzeć za godnym następcą. Wpadłam na pomysł zmieszania kilku lakierów, ale niestety nie mam za grosz do tego talentu ani wyobraźni :D Dlatego z mojego mieszanie wyszedł inny, równie ładny kolor. Zapraszam na post :)


OPI to taka brzoskwinka z odrobiną różu, mocno kremowa, dość delikatna - krótko mówiąc śliczna. Bierzcie poprawkę na to, że zupełnie nie umiem opisywać koloru,  ale zdjęcia mówią wszystko. Przeglądając internety trafiłam na wiele podobnych lakierów, ale albo były za różowe, albo dużo intensywniej pomarańczowe, albo za mocno rozbielone. Dlatego też próbowałam zamieszać sama i chociaż kolor na początku był prawie taki sam, to po kilku godzinach nieco się zmienił i przestał przypominać OPI :) Ale nie ma tego złego, bo sam w sobie bardzo mi się podoba. Ma w sobie więcej różu i jest takim typowym, naustnym mauve, który uwielbiam. Kremowy, lekko przygaszony róż - nosi się przyjemnie i pasuje na co dzień, bo nie jest zbyt krzykliwy. A jak Wam się podoba? 


Myślę, że OPI jeszcze ze mną zostanie, nie mam serca wyrzucić go do kosza... 
Został podreperowany rozcieńczalnikiem, ale to pewnie krótkotrwała poprawa. 
Będę szukać dalej, już na drogeryjnych półkach :)

pozdrawiam, A



Ten lakier pokazywałam Wam już w zbiorczym poście o miniaturowym zestawie OPI wydanym z okazji 50 urodzin agenta 007 oraz premiery Skyfall. Wtedy nie byłam zachwycona, kolor wydawał mi się zbyt błyszczący, co odebrało mu w moim odczuciu cały urok. Ale potencjał był, więc zostawiłam go sobie w pudełku "drugiej szansy" i tak możecie go zobaczyć po raz drugi, czy lepszy? Dla mnie na pewno :)


Za podkład od jakiegoś czasu służy mi eliksir z jedwabiem Wibo, który po raz pierwszy zobaczyłam u Mani i żałuję, że od raz nie pognałam po niego do Rossmanna. Teraz mogę go śmiało polecać :) Na podkładzie wylądowały aż 3 warstwy lakieru OPI, bo ciągle widziałam jakieś prześwity - to chyba największy minus. Za to lakier zaplusował u mnie szybkim schnięciem i gładką powierzchnią, top sobie darowałam. Trwałość świetna - zmyłam, bo delikatnie starte końcówki nie były tak irytujące, jak odrost :) Nie wiem czemu teraz mi się spodobał, ale znalazłam w nim "to coś" - czasami warto dać drugą szansę.

Macie u siebie pudełko drugiej szansy, do którego trafiają wszystkie straszydła? 

pozdrawiam, A




Właśnie skończyłam przygodę z lakierami OPI z kolekcji jesiennej i na usta ciśnie się tylko jedno stwierdzenie - duże rozczarowanie. Kolory wtórne, jakość poniżej oczekiwań. Mam wielki sentyment do tej marki, ale muszę oddać słuszność Essie, która według mnie o głowę bije OPI na jakość i kolorystykę jesiennej kolekcji. Lakiery OPI są wyjątkowo rzadkie i nagminnie zalewałam nimi skórki... Z utrzymywaniem się na paznokciach również nie jest za dobrze. Co do kolorów wiadomo, ile gustów tyle opinii, więc zapraszam na krótki przegląd kolorów :)

Na widok tej czerwieni zaświeciły mi się oczy - idealna, jesienna, ciekawa, czyli first date at the golden gate. Niestety, mimo aż 3 warstw paznokieć jest pokryty kolorem nierównomiernie, co może nie jest widoczne od razu, ale jednak jest. Wysycha jak na taką ilość warstw całkiem szybko, niestety efekt na paznokciu jest daleki od ideału... Wielka Szkoda nr I. 


Znacie lakiery z niemieckiej kolekcji Every Month is Oktoberfest czy German-icure? Ja znam i śnią mi się po nocach. San Francisco miało wypuścić kolejny podobny lakier, czyli muir muir on the wall, jedyny pozytyw tego zestawu. Nie jest może idealny, bo brakuje mi tych winnych refleksów, ale patrząc na resztę... zawsze mogło być gorzej :) Dwie warstwy dają pełne krycie, lakier wysycha sprawnie. Kolor to niby czekoladowy brąz, ale dzięki drobinkom wydaje się być raz bardziej złotym, raz bardziej karmelowym ciemnym brązem.

Jeśli jesteście zainteresowane lakierem Muir Muir... to znalazłam dość podobny kolor na bardziej dostępnej cenowo półce i postaram się go niedługo pokazać :) 

In the cable car-pool lane to przyjemny, ciemny fioletowy krem w odrobinę wiśniowej odsłonie. Podoba mi się, ale mam zbliżony odcień lakieru Catrice, który jest dużo łatwiejszy w obsłudze i kosztuje o wiele mniej. Mimo dwóch warstw paznokcie nie są równomiernie pokryte kolorem, widać przebijającą płytkę, co przy tak ciemnym odcieniu wydawało mi się wręcz niemożliwe. Wielka Szkoda nr II.


Peace&love&OPI to odpowiednik lakieru z kolekcji Essie, For the twill of it. Niestety efekt na paznokciu jest dużo słabszy, mieniące się kolory są płaskie, a w lakierze znalazłam jakieś dziwne farfocle? No to już mnie do szału doprowadziło, bo malowanie płytki do najłatwiejszych nie należy (rzadki lakier, smugi). Żuczek z niego słaby, chociaż pierwsze wrażenie robił odrobinę lepsze. Wielka Szkoda nr III. 


Tak właśnie zakończę moją przygodę z miniaturami OPI i szybko do nich nie wrócę... Może to wina lakierów, a może tylko moich zdolności (lub bardziej ich braku). Ja w każdym razie czuję się mocno zawiedziona.
Macie inne zdanie na temat tych lakierów? Chętnie poczytam o tym w komentarzach. 

pozdrawiam, A



Czyli o moich wyczekiwanych lakierach z VictoriasBeauty! Sklep ma zawsze świeże kolekcje lakierów OPI, Essie czy China Glaze i to już moje trzecie zamówienie (bezproblemowe!) z tej strony. Jest jednak jeden haczyk - kosmetyki często idą do nas z Ameryki i niestety na paczkę czeka się nawet do 2 tygodni. 


Kiedy zobaczyłam kolekcję Essie na jesień 2013 wiedziałam, że miniaturki muszą być moje :) For the twill of it to 6 bardzo jesiennych kolorów, idealnych moim zdaniem do cięższych ubrań i wełnianych, ciepłych swetrów. W kostce miniatur znalazły się 4 z nich:


Cudowne, prawda? Ale żeby nie zostały wyprawione samotnie w tak długą drogę, znalazłam im bardzo miłe towarzystwo :) Były to również miniatury lakierów, tym razem OPI z kolekcji San Francisco. 


Znajdziecie tu 15 lakierów, w tym 3 piaskowe. Nie są to na pewno jakieś odkrywcze i niepowtarzalne kolory, ale taka jesienna klasyka gatunku z kilkoma skokami w bok :) W wersji miniaturowej znalazły się:


Czerwień mnie oczarowała - jest klasyczna, piękna, choć nie jest tak oczojebny jak na zdjęciu. O tym przekonacie się już niebawem, bo lakiery będę pokazywać pewnie cały wrzesień. A teraz szybka zajawka kolorów na próbniku:


Od razu widać, że ktoś tu ściąga pomysły :) Jesteście szczególnie ciekawe któregoś z kolorów? Nie mogę się zdecydować od którego zacząć, więc podpowiedź mile widziana. Najpierw jednak pokażę Wam ostatni marmurek, który dzielnie czeka na swoją kolej. Potem zajmę się tymi przyjemniaczkami.

Macie swoje jesienne, lakierowe "must have"?
pozdrawiam, A



Od razu przepraszam za ilość zdjęć, ale nie mogłam się zdecydować :)





Lakier OPI w kolorze extra-va-vaganza! z kolekcji Burlesque zima 2010 to piękny glitter, 
w którymznajdziemy srebrne, pomarańczowe i zielone drobinki. 
Na paznokciach widzicie 3 warstwy, chociaż do pełnego krycia wystarczą 2 grubsze. 
Jak możecie się domyślić zmywanie jest dość trudne, dlatego polecam metodę z folią aluminiową 
lub moje ostatnie choinkowe odkrycie, czyli baze peel-of z Essence :) Zaoszczędzi sporo nerwów. 
W konsystencji lakier jest dość gęsty, po brzegi napakowany drobinkami - dlatego ciężko określić kolor bazy. 
Używam go solo, bo jako top trochę za mocno zakrywa lakier podkładowy. 
Schnie bardzo dobrze - nawet przy trzech warstwach :) Co to trwałości ja jestem z niego zadowolona. 
Po użyciu wyrównującego powierzchnię topu potrafi przetrwać na moich paznokciach 5 dni. 
Ale jak wiecie, to również zależy od kondycji paznokci :) 
Jesnym słowem serdecznie wam go polecam, mi skradł serce od pierwszego użycia 
i używam go zarówno na większe wyjścia jak i na co dzień, bo mimo wszystko jest to dość stonowany kolor.




Co o nim myślicie?





I oczywiście życzę Wam udanej sylwestrowej zabawy, tańców do białego rana i pysznego szampana :)
A w Nowym Roku samych przyjemności !

Pozdrawiam szampańsko, A!


Jak ja się zachwycałam, jak z podnieceniem klikałam w "kup" na stronie internetowej, 
jak wyczekiwałam listonosza z paczką. I po co? 
A no po to, żeby jeszcze nacieszyć się kolorami w opakowaniu i rozczarować efektem na paznokciach... 




Ale do rzeczy, bo mowa tu o kolekcji wydanej z okazji premiery kolejnej części agenta 007 - Skyfall. Ja skusiłam się na zestaw lakierów po 3,75ml, które mam jakąś szansę zużyć :) Kolory mi się spodobały, a przede wszystkim jeden, który chyba najbardziej mnie rozczarował. 
W miniaturach znalazły się 4 kolory:



od lewej: 
- GoldenEye
- The Spy Who Loved Me
- The World is Not Enough
- Live and Let Die





Każdy z lakierów ma drobinki flakies. I myślałam, że będzie to wyjątkowa czwórka, z którą nie będę mogła się rozstać. Na zdjęciach widzicie płynne złoto (GoldenEye), które wygląda dobrze zarówno solo, jak i z ciemnym lakierem podkładowym. Bogatą, żywą czerwień (The Spy Who Loved Me) ze złotymi drobinkami, które na paznokciach są mało widoczne... a szkoda. Kolor, który ciężko mi określić, czyli The World is Not enough :) W opakowaniu wielowymiarowy, niespotykany. Na paznokciach błysk przerastający efekt wielowymiarowego koloru. I ostatni, przez który mój zachwyt nad tą kolekcją padł na podłogę, leży i cierpi. Miał być ciemnozielony, głęboki kolor z tysiącem złotych drobinek (Live and Let Die). Uwielbiam ciemne lakiery z drobinkami i ten miał być wisienką na torcie, a tak niestety nie jest... Jednym słowem kicha. 

No to może pokażę wam, jak wyglądają na paznokciach. 






Golden Eye
Płynne złoto, krycie widoczne na zdjęciach to efekt trzech warstw. Na jednym z paznokci nałożyłam go na warstwę czarnego, zwykłego kremowego lakieru Wibo (jedna warstwa). Wygląda całkiem fajnie :) 
Mam kilka złotych lakierów, ale ten jest zupełnie inny. Baza nie jest złota, tylko bezbarwna z milionem złotych drobinek flakies różnej wielkości. Dzięki temu efekt na paznokciach jest bardzo błyszczący, trochę świąteczny :)




The Spy Who Loved Me
Żywa czerwień, głęboka ze złotymi drobinkami. Wszystko byłoby fajnie, gdyby te drobinki były widoczne... A swoją drogą baza koloru jest identyczna jak w lakierze OPI Big Apple Red.
Kryje przy dwóch warstwach. Na serdecznym palcu nałożyłam warstwę Golden Eye i wyszło nieźle :)



The World is Not Enough

Tak... miał być wielowymiarowy kolor, a jest błysk pełną parą. Lakier ma w sobie drobinki w odcieniach zieleni, czerwieni, beżu, srebra. Ale wszystko to ginie na paznokciu, bo błysk jest na pierwszym miejscu.
Do krycia widocznego na zdjęciach potrzeba 3-4 warstw, bo inaczej widać prześwity w kolorze. Kolejne rozczarowanie... Na szczęście to już końcówka.





Live and Let Die
Tak, moje cudo... Miała być ciemna, głęboka zieleń, która ma czasami jakieś morskie tony. Był, ale się zmył zostawiając kolor dość płaski, wyglądający na paznokciach jak czarny lub bardzo ciemny grafit. Ma w sobie złote drobinki, mniejszą ilość niż czerwony lakier, ale też szału nie ma.
Kurcze... Na prawdę szkoda, bo kolor miał potencjał. 


Chyba zrobię sobie przerwę w lakierowych zakupach, 
bo mój instynkt chwilowo jest w nie najlepszej formie...
pozdrawiam, A.

ps. Ratunkiem dla lakieru The World is Not Enough jest nałożenie jednej warstwy na czarny, kremowy lakier. To połączenie podobało mi się bardziej niż lakier solo.





Obsługiwane przez usługę Blogger.