Lubię posty denkowe - to taki oczyszczający, miesięczny moment podsumowań. Ale strasznie denerwuje mnie składowanie pustych opakowań, które zamieszkują pod łóżkiem. Miejsce niby dobre, nikomu nie przeszkadza, ale mnie wewnętrznie irytuje ;) Są miesiące, kiedy zdenkuję całą furę kosmetyków, ale są też takie, kiedy jest ich dosłownie kilka. I tak znajdująć kompromis wpadłam na pomysł "piątki do kosza". Pięć to dobra liczba - opakowania nie będą wypełzać z mojego denkowego kartonu, a Wy nie zaśniecie czytając post z taką ilością tekstu. Mam nadzieję, że ten pomysł do Was trafi. Ja już pierwszą porcję denek wyprowadziłam spod łóżka do kosza i szykuję miejsce na kolejną. Zapraszam :)




Jak widzcie najszybciej zużywam kosmetyki pod prysznic. Pierwszym z nich jest idealny na lato żel pod prysznic Alverde o zapachu mięty i bergamotki. Nie mam pojęcia jak pachnie bergamotka, ale ten żel to dla mnie zapach cytrynowego balsamu do ciała The Body Shop. Miałam go co prawda dawno, dawno temu, ale wspominam bardzo dobrze. Jeśli lubicie cytrnową mambę, to na pewno znacie ten zapach. Cytryna zapewnia świeży, owocowy zapach, a mięta dodatkowo chłodzi - nie martwcie się jednak, bo nie ma jej tam dużo. Latem świetnie orzeźwia i pobudza nawet takiego śpiocha jak ja. Z minusów żel pieni się średnio i jest mało wydajny, co jestem w stanie zrozumieć ze względu na 'naturalne' zapędy kosmetyku. Biorąc pod uwagę cenę 1,45e za 250ml jest nieźle i chciałabym spróbować innych opcji zapachowych przy kolejnej okazji. 

*****

Żel pod prysznic Balea malina i trawa cytrynowa trochę mnie rozczarował. Miałam okazję używać mydła do rąk o tym zapachu i dlatego skusiłam się na żel, niestety według mnie te zapachy się od siebie różnią. Żel jest mniej 'owocowy' i bardziej kremowy, taki nieokreślony. Zużyłam, ale nie było to dla mnie najprzyjemniejsze spotkanie z zapachami Balea. Technicznie żele Balea są w porządku - kosztują niewiele, dobrze się pienią, nie wysuszają i nie podrażniają mojej skóry. Wybór zapachów jest naprawdę duży i przy każdej okazji zwożę kilka sztuk do domu. Za 0,55e dostajemy 300ml kosmetyku. 




Nie jestem fanką peelingów w tubie. Kojarzą mi się z rzadką konsystencją i niewielkimi drobinkami, które nic nie robią. Ale peeling pod prysznic grejpfrut i rabarbar od Isany pozytywnie mnie zaskoczył. Za 200ml zapłacimy ok. 4zł i radzę się spieszyć, bo jest to edycja limitowana! Peeling Isana to żaden szalony zdzierak. W żelowej konsystencji zatopiona jest jednak ilość mniejszych oraz większych drobinek pozwalająca na porządne wyszorowanie ciała. Minusem jest na pewno wydajność, bo jeśli potrzebujecie mocniejszych wrażeń, kosmetyku zużyjecie za jednym razem sporo. Ogromnym plusem jest zapach - owocowe, orzeźwiające połączenie rabarbaru z grejpfrutem, które skradło lato! W czasie upałów Isana wydawała mi się jedynym ratunkiem przed roztopieniem. 

*****

Kolejnym prysznicowym umilaczem jest żel z perełkami olejku Balea z brzoskwinią i jaśminem. Połączenie kwiatów z owocami trafia do mnie prawie zawsze, więc tutaj nie mogło być inaczej :) Nie było ani za słodko, ani za świeżo. Żel mogłabym śmiało porównać do podobnego produktu Nivea - był nieco rzadszy, ale dawał kremową pianę i uprzyjemniał każdy prysznic. Na pewno nie wysuszał mojej skóry, która po użyciu była gładka i odświeżona, a do tego pachnąca. Te żele są chyba nieco droższe od standardowych, ale na pewno warto się nad nimi zastanowić w czasie zakupów w DM. Szkoda tylko, że wybór zapachów jest tak niewielki. Za 250ml zapłacimy 0,95e.




Jeśli znacie i lubiecie zapach truskawkowej mamby (tak, znowu mamba!) to balsam iced strawberry dream od Treacle Moon Wam sie spodoba. Przyjemność dla nosa naprawdę duża, bo zapach utrzymuje się na skórze jeszcze jakiś czas po nałożeniu. Nie spodziewajcie się jednak tej 'prawdziwej' truskawki, lecz chemicznej, lekko poziomkowej siostry. Z pielęgnacyjnego punktu widzenia balsam dawał raczej wrażenie nawilżenia, które znikało przy kolejnej kąpieli. Zaraz po nałożeniu skóra była gładka i przyjemna w dotyku, pokuszę się nawet o stwierdzenie miękka. Konsystencja bardzo lekka, aksamitna, dobrze się rozprowadzała i nieźle wchłaniała - przy grubszej warstwie bieliła jednak skórę, więc jeśli kosmetyków do ciała używacie obficie, trzeba się z tym liczyć. Miniaturowe opakowanie okazało się bardzo wygodne, pompka działała do ostatnich kropli. Koszt to ok. 1e za 60ml w drogeriach DM. Nie kupię tego kosmetyku ponownie, bo nie spełnia moich oczekiwań, ale miniaturowe opakowanie było przyjemnym skokiem w bok.



Bardzo DM'owe denko się zrobiło, wybaczcie. Znacie powyższe kosmetyki?

pozdrawiam
Adrianna 



Jeśli jeszcze nie słyszałyście mojego zrzędzenia na temat idealnego peelingu do ciała, to tak w skrócie: był, został wycofany z oferty marki, przepadł, smutek, żal, nie znajdę nic lepszego, mój Ci on i żaden inny... Od czasu do czasu coś tam kupię, bez większych efektów. Ale pozytywne opinie podczytywane na blogach zacheciły mnie do wypróbowania peelingu dość świeżej marki Wellness&Beauty. Co z tych prób wyszło? Zapraszam na post!




Peeling Wellness&Beauty to kosmetyk na bazie soli morskiej, oliwy z oliwek i zielonej herbaty. Taka mieszanka gwarantuje nam - zdaniem producenta - przypływ energii oraz łagodne i dokładne zarazem usunięcie obumarłego naskórka. Z tą delikatnością akurat nie do końca się zgodzę, bo dość ostre drobinki na pewno nie sprawdzą się u osób z wrażliwą skórą. Z resztą sól też nie będzie im sprzyjać :) Po zabiegu skóra staje się miękka i gładka, a także poprawia się nasze mikrokrążenie. Zgoda, ale trzeba zachować umiar.


W 300ml opakowaniu znajdziemy warswę oliwki i drobinki soli w zielonym, przyjemnym dla oka kolorze i o cudownym zapachu! Bardzo świeży, cytrynowy aromat łączy się tu z delikatną, zieloną herbatą. Całość polecam Wam pomieszać przed użyciem, aby nie nabierać na dłoń samej oliwki lub suchych drobin soli. A jeśli o drobinkach mowa... są one dość ostre, Mniejsze, większe i na pewno dobrze peelingujące! Dlatego jeśli Wasza skóra nie przepada za solidnym tarciem, pamiętajcie o używaniu kosmetyku na mokre ciało. Ja taki solidny zabieg od czasu do czasu sobie funduję, chociaż nie ukrywam, że po pierwszym moja skóra była mocno zaczerwieniona. 





Skład: maris sal, ethylhexyl stearte, olea europea fruit  oil, caprylic/capric triglyceride, parfum, camelia sinensis leaf extract, glycol, tocopherol, CI 47005, CI 61570, CI 16255, butylphenyl methylproponal (lilial), linalool. 


Bardzo nie lubię uczucia warstwy smalcu na skórze, która często towarzyszy takim peelingom. Na szczęście powyższego kosmetyku to nie dotyczy. Wyczuwalny jest na skórze film, który przynajmniej na pierwszy rzut oka ma służyć pielęgnacji naszej skóry (u mnie była to raczej ułuda nawilżenia), ale nie jest to nic nieprzyjemnego. Można sobie odpuścić balsam. 


Podsumowując. Za ok. 10-12zł w drogeriach Rossmann otrzymujemy naprawdę niezły peeling dla osób poszukujących wrażeń pod prysznicem. Na pewno nie jest to kosmetyk idealny, ale myślę, że wart wypróbowania. Celowo nie mówię tutaj o wydajności, bo słoik starczył mi na 3 razy (tak tak, to ja chlapacz), ale używam go również do rąk czy stóp i ciężko to 'policzyć'. Zapach na plus, właściwości na plus, dostępność na plus. Nie znacie i nie boicie się soli? Polecam!


Macie już swoich ulubieńców na półkach Wellness&Beauty?

pozdrawiam
Adrianna



O ile kąpielowe przyjemności w postaci kul, soli i wszelkiego rodzaju pudrów nie robią na mnie większego wrażenia, tak prysznicowe kosmetyki lubię bardzo :) Dlatego też w kręgu moich zainteresować znalazły się pianki do mycia ciała Organique. Najpierw te klasyczne, później peelingujące, a wszystko dzięki wygranej u Siouxie (wieki temu), gdzie nagrodą był cały zestaw. Częścią z nich się podzieliłam, zostawiając swoje typy zapachowe. Aktualnie nie mam już żadnej z pianek, ale latem z pewnością odkupię jedną z peelingujących - jeśli jesteście ciekawe którą, zapraszam na post :)


Klasycznych pianek w mojej łazience było już kilka, m.in. grecka, mleczna i pomarańczowa, o której pisałam tutaj. Moje zdanie w stosunku do nich się nie zmieniło - to bardzo przyjemne urozmaicenie prysznicowej rutyny :) Cudowne zapachy, gładka, prawdziwie piankowa konsystencja i delikatne działanie myjące. Można się przyzwyczaić do takiego subtelnego traktowania przez kosmetyk, ponieważ produkt Organique nie podrażnił mojej skóry, ani nie doprowadził do przesuszenia. W poście o piance pomarańczowej narzekałam nieco na wydajność, ale w końcu nauczyłam się jej używać oszczędniej i teraz naprawdę ją doceniłam. Wersja mleczna (przebiła wszystkie owocowe aromaty) świetnie koiła zmysły po bardziej wymagającym dniu, zostawiając na skórze delikatny zapach pudrowego, mlecznnego kremu - niestety, był on dość krótkotrwały. Ale wybór jest prosty - albo natura, albo perfumowane kosmetyki - ja zostanę przy Orhanique. Pianki te z najdziecie oczywiście w sklepach firmowych, gdzie ich standardowe ceny to 16zł/100ml i 30zł/200ml. Dostępne wersje zapachowe: afryka, grecka, kolonialna, mleko, pomarańczowa.


Jak więc wypadają pianki peelingujące na tle zwykłych? WYŚMIENICIE! Na początku nie wiedziałam czego się spodziewać, bo połączenie tej lekkiej konsystencji z peelingującymi drobinkami wykraczało poza pole mojej wyobraźni. Już pierwsze użycie przekonało mnie, że to był dobry krok marki :) Organique wprowadziło bowiem kosmetyk, który idealnie uzupełnia codzienną pielęgnację o działanie złuszczające. Nie jest to mocny peeling, po który sięgamy raz w tygodniu - pianki są na tyle delikatne, że można korzystać z nich codziennie (na dobrze zwilżonej skórze nie powinny zrobić krzywdy nawet wrażliwcom), pobudzając skórę do życia. Plus dla ciała, ogromny plus dla zmysłów. Zapachy pianek są naprawdę kuszące! Owocowy koktajl w kolorze różowym powędrował do mojej dziewczyny, ale i mi dane było go użyć - mocno owocowy, dość słodki zapach, na pewno znajdzie swoich zwolenników. Największym, pozytywnym rozczarowaniem była dla mnie pinakolada. Spodziewałam się bowiem słodkiego ulepka, a znalazłam coś orzeźwiającego, dodającego energii. Żółty kolor dobrze wpływa na poprawę nastroju, o czym przekonywałam Was już w poście o wesołym mydełku Organique. Ulubieńcem okazała się wersja niebieska, czyli mrożona herbata. Jeśli lubicie takie świeże, lekko ogórkowe zapachy, to idealny wybór - z pewnością odkupię ją latem, kiedy po ciężkim dniu będzie działać nie tylko na zmysły, ale i zmęczone upałem ciało. Pianki znajdziecie w sklepach Organique, w cenach 20zł/100ml i 35zł/200ml. Dostępne wersje zapachowe: mrożona herbata, owocowy koktajl, pinakolada. 


Poznałyście już mojego piankowego, peelingującego ulubieńca :) 
A Wy miałyście okazję sprawdzić, która wersja uwiedzie Wasze nosy? 

pozdrawiam, A



Mam słabość do silnie zdzierających skórę peelingów - szczególnie jeśli nie zdzierają ze mnie kasy. Dlatego z łezką w oku wspominam sypkie algi z Bielendy, które pokochałam miłością wielką i niestety krótką, bo szybko zostały wycofane ze sklepowych półek, zupełnie dla mnie niezrozumiale. Teraz od czasu do czasu zwracam swe kroki w stronę peelingów tej marki, szukając w nich chociaż ułamka tego, co dały mi algi. Oczywiście zaliczać wielkie wpadki, czego najlepszym przykładem jest peeling do ciała papaja, ujędrnienie + nawilżenie. 

Do czego przekonuje nas producent?
Cukrowy peeling do ciała o zapachu papai to idealny sposób na poprawę wyglądu i kondycji skóry. Peeling ma wyjątkowe właściwości ujędrniające, nawilżające i regenerujące. Skutecznie zmiękcza i odnawia naskórek, poprawia mikrokrążenie, wygładza i uelastycznia skórę. Intensywny zapach egzotycznej papai poprawia samopoczucie i nastraja pozytywnie. Podaruj swojej skórze owocową pielęgnację i czyń swoje ciało pięknym, pachnącym, zmysłowym i bardzo apetycznym. 


Pomimo ciekawych zapewnień peeling z biedronkowej promocji (5,99zł, pewnie jeszcze na nie traficie) jest dla mnie mocno średni. W zakręcanym, plastikowym słoiczku znajdziemy bardzo delikatny i tłusty zdzierak o konsystencji gęstej papki, którego drobinkom (rozmiarem) do cukru daleko. Dodatkowo szybko się rozpuszczają, zostawiając nas po chwili z klejącą papką w dłoni, której znaczna część ląduje z plaskiem na dnie wanny. Ważna kwestia, czyli zapach... O ile nie znam naturalnego aromatu papai, tak tutaj nie wyczuwam niczego prócz lekko słodkiej, oleistej nutki owocowej. Dodam, że tylko w opakowaniu, bo na skórze nawet tego nie ma. Skóra po użyciu wydaje się być gładka, ale jest to raczej zasługa parafiny wysoko w składzie, niż rzeczywistego wygładzenia naskórka. Wydajność oceniam nisko - gdybym się uparła na porządny peeling całego ciała, mogłabym całe opakowanie zużyć na raz. Narzekam? Zdecydowanie. Dla porównania miałam w domu inny kosmetyk Bielendy. Odmładzającego peelingu daktyl&kokos z serii Afryka Spa (ok. 14zł za 200g) używa moja mama i miałam okazję na szybkie porównanie, które było widać już gołym okiem. Drobinki w peelingu afrykańskim są nieporównywalnie większe, co daje nam lepsze efekty w kwestii ścierania naskórka. Składy są podobne, więc i tłusty film na skórze jest wyczuwalny po użyciu oby kosmetyków. Nie wdając się w więcej szczegółów - z tych dwóch peelingów gdybym musiała, wybrałabym 'Afrykę'. A papaję pewnie zużyję, żeby się nie zmarnowała do rąk. Obu jednak nie polecam, jeśli szukacie porządnego peelingu bez uczucia tłustej skóry, ja zamierzam szukać ideału dalej :)

Skusiłyście się na promocję Biedronki? Jak u Was sprawdziły się te peelingi i masła?

pozdrawiam, A



Nie mogłam zebrać się do recenzji kilku produktów, bo były one albo wielkim rozczarowaniem, albo były po prostu nijakie... Ale powiedzieć coś o nich wypada, więc kiedy opadły już emocje mogę śmiało  przedstawić Wam topową piątkę miernot, które przewinęły się przez moją kosmetyczkę w ostatnim czasie. Zapraszam na post :)


1. Pharmaceris H, Keratineum - skoncentrowany szampon wzmacniający do włosów osłabionych. Po zimie moje włosy wypadają, są słabe i mało reprezentacyjne. Ogólnie mówiąc szampon nie spełnił obietnic - stan włosów się nie poprawił, a skóra po prawie dwóch miesiącach używania nadal szaleje. Chociaż początek był bardzo, bardzo zachęcający... Szkoda, bo technicznej stronie szamponu nie mam nic do zarzucenia - przyjemny zapach i bezproblemowe mycie. Tylko działania brak. (cena bez promocji ok. 25zł/250ml - apteki, SuperPharm)

2. Alverde, szampon i odżywka do włosów wymagających z amarantem. Miało być wielkie wow, ale ten zestaw nie jest dla mnie. Szampon zostawiał włosy matowe, takie "cierpkie" w dotyku, zupełnie klapnięte i pozbawione życia. Odżywka za to była w porządku, ale dla mnie zbyt obciążająca do stosowania przy każdym myciu. Może jeszcze kiedyś po nią sięgnę w jakiejś mniejszej dawce, bo tak gęsta konsystencja nie sprzyjała moim cienkim włosom. (zestaw w sklepie DM to ok. 5 euro)

3. Lush, angels on bare skin. Tego produktu chyba przedstawiać nie trzeba :) Czyścik do twarzy Lush niestety nie współgra z moją skórą, która po użyciu była ściągnięta, a przy dłuższym używaniu policzki były dwoma suchymi plackami... Do tego jestem kosmetycznym leniem, bo od klejącej papki wolę żel do twarzy i gąbkę :) Zużyłam małe opakowanie, ale dalekie było to od przyjemności. Wiem, że całej masie dziewczyn od odpowiada, ale połączenie olejków z tą konsystencją nie jest dla mnie. (sklepy Lush, ok. 10euro za 100g)

4. Clinique, all about eyes rich. Chyba jeden z bardziej znanych pielęgnacyjnych kosmetyków marki, w wersji "na bogato". Na początku krem był idealny, bo nawilżył moją skórę pod oczami i wpłynął na mniejszą widoczność cieni, ale... Po ponad miesiącu było już coraz gorzej. Skóra mimo regularnego smarowania była sucha, dyskomfort wrócił w pełnej krasie. Od kremu za 150zł spodziewałam się czegoś więcej i na pewno nie wrócę do niego w pełnowymiarowej wersji. (dostępny np. w Douglasie)

5. Pat&Rub, otulający scrub cukrowy do ciała. I gdybym miała nadać tytuł bubla tego zestawienia, z pewnością byłby to ten produkt. Po pierwszym użyciu nie mogłam uwierzyć, że to tak zachwalany peeling. Ścieranie praktycznie żadne, do tego grubość tłustej warstwy, jaka została mi na skórze była straszna. Pozbyłam się jej żelem i ostrą gąbką. Cieszę się, że nie kupiłam tego produktu w normalnej cenie, bo plułabym sobie w brodę. Co ciekawe, mojej mamie podpasował dużo bardziej, ale to nieprzeciętny suchar. Jej skóra nie potrzebuje złuszczania, a nawilżania. (cena regularna to 89zł/500ml)

Tak prezentuje się zestawienie moich miernot. A może znaleźliście wśród nich swojego ulubieńca? 
Chętnie poznam Wasze opinie, zapraszam do komentowania :)

pozdrawiam, A



Mam wrażenie, że zrobiłam się strasznie wybredna - i wcale nie chodzi o kosmetyki :) Wczorajszy dzień spędziłam szwendając się po sklepach w poszukiwaniu jakiegoś fajnego ciucha i co? Nico. Kompletnie nic mi się nie spodobało... Także tej wiosny będę chyba chodzić nago. 
Kosmetycznie trochę lepiej, kilka kolejnych drobnostek mi przybyło, ale o tym innym razem. Dziś chciałabym Wam opowiedzieć o topie minionego, lutowego denka. Nie ma tego dużo, bo i miesiąc nie był jakoś wyjątkowo bogaty w cuda na kiju :) Zapraszam.


Regenerum, regeneracyjne serum do paznokci
Nie mogę narzekać na swoje paznokcie - są dość mocne, nie rozdwajają się, szybko rosną. Co prawda mają nierówną powierzchnię, podłużne prążki, ale już się do nich przyzwyczaiłam :) Niestety, kiedy zapominam o systematycznej pielęgnacji i dożywianiu, płytka przesusza się i pojawiają się charakterystyczne zadziory. Ratunkiem jest właśnie Regenerum, które świetnie nawilża i odżywia paznokcie. Używam go przy każdej zmianie lakieru, jeśli nie chcę się rozstawać z kolorem na paznokciach, lub jako kuracji na gołą płytkę przez kilka dni pod rząd. Konsystencja oliwki i pędzelek to idealne połączenie, serum nakłada się dzięki temu bardzo wygodnie. Cena to ok. 13zł w aptece DOZ. Naprawdę warto spróbować!

Kolagen naturalny, maseczka last minute z kolagenem i glinką kaolinową
Maseczka idealna. Nie spodziewałam się zupełnie działania, które mnie bardzo pozytywnie zaskoczyło :) Pory zwężone, skóra czysta i świeża. Po zmyciu cera była nawilżona, gładka i wyglądająca zupełnie jak nie moja. CUDO! Mocno zastanawiam się nad zakupem kolagenu i glinki, bo niestety koszt maseczki jest dosyć spory - 17zł za jeden zabieg to dla mnie dużo... Jeśli chcecie zafundować sobie taki rarytas, maseczkę kupicie np. tutaj. W opakowaniu znajdziecie woreczek strunowy z glinką i mały słoiczek kolagenu. Po zmieszaniu całość jest gęsta, więc dodałam trochę olejku różanego. 

Joanna, peeling do ciała z ekstraktem z bzu
O tym peelingu można było przeczytać na wielu blogach, więc rozpisywać się nie będę :) Peeling pachnie cudownie moimi urodzinami, czyli bzem. Dobrze ściera, jest całkiem wydajny i nie rujnuje naszej kieszeni - ja swój kupiłam za ok. 10zł. Ma żelową konsystencję i niie zostawia tłustej warstwy, więc jeśli tego nie lubicie, pozycja obowiązkowa. Na pewno jeszcze się u mnie pojawi.

Miałyście okazję używać glinki kaolinowej? Jestem bardzo ciekawa jej działania :)

pozdrawiam, A




Bardzo lubię to uczucie zaraz po peelingu - skóra jest gładka, miękka i napięta. Nienawidzę za to, kiedy klei się i tłuści wszystko, co spotka na swojej drodze (czytaj: piżamę, pościel, kota?). Dlatego staram się wybierać peelingi, które są dość ostre, ale nie zawierają w sobie hektolitrów parafiny i innych tłustych gratisów. Znalazłam długooczekiwanego, godnego następcę alg do mycia ciała z Bielendy, które wspominam z łezką w oku. Ale dziś nie o Bielendzie, a o scrubie do ciała Organic Shop - sól morska i atlantyckie wodorosty klik!. W dalszej części będę go nazywać peelingiem, bo zawsze scrub wydawał mi się delikatniejszy, a wodorosty naprawdę mocno ścierają :)


ORGANIC SHOP
Tworząc każdy kosmetyk ORGANIC SHOP chce podarować Wam emocje, troskę i delikatną pielęgnację ORGANIC SHOP zatroszczył się o to, abyście przy wyborze kosmetyków kierowali się wyłącznie własnymi życzeniami, ponieważ bezpieczeństwo i wydajność kosmetyków są już zagwarantowane. Każdy produkt z serii ORGANIC SHOP odpowiada trzem podstawowym żądaniom: Prostota, Czystość i Naturalność Nieprawdopodobną harmonię, zmysłowy komfort duszy i ciała poczujecie z naturalną serią kosmetyki ORGANIC SHOP. Przysłuchajcie się swojemu ciału, Czego naprawdę pragnie? Upajającej czułości, przytulnego spokoju, a może iskrzącej się świeżości i otuchy na cały dzień?



Peeling znajduje się w wygodnym, plastikowym słoiczku z przykrywką. W podróż bym go raczej nie zabrała, ale na łazienkowej półce całkiem nieźle się prezentuje :) W internetowym sklepie Kalina za 250ml zapłacimy 24zł, więc biorąc pod uwagę przesyłkę, nie jest to tania sprawa. 


Peeling ma za zadanie złuszczyć i zreperować martwy naskórek, cokolwiek to znaczy. Ja mogę powiedzieć z ręką na sercu, że świetnie peelinguje. Nakładam go na wilgotną skórę i w takim układzie jest bardzo wydajny oraz ma zadowalający stopień ostrości. Na mokrej skórze z pewnością będzie delikatniejszy. Kryształki soli nie rozpuszczają się za szybko, a idealna gęstość tej algowej pasty pozwala na wykonanie dokładnego masażu. Jeśli chodzi o walory zapachowe, to jest to bardzo świeży, oceaniczny zapach - ostry, ale nie przypominający odświeżacza do toalety. Mi przypadł do gustu szczególnie latem, bo świetnie odświeżał. Jeśli lubicie takie świeże, dość męskie zapachy - bierzcie w ciemno :) Moja skóra po użyciu tego peelingu jest gładka i nawet jeśli odpuszczę sobie balsamowanie, nie czuję podrażnień czy ściągnięcia. Obawiałam się tego trochę przez sól, ale niepotrzebnie. Zazwyczaj wybieram cukrowe peelingi, ale wodorosty skutecznie przekonały mnie do solnych - kiedyś na pewno do nich wrócę i z przyjemnością wypróbuję owocowych braci :)


A jakie są Wasze ulubione peelingi do ciała? 
Wolice te mocne, czy traktujecie swoje ciało delikatnie? :)

pozdrawiam, A



Czy jest tu ktoś, kto nie używa peelingów do ciała? Ja swój pierwszy tego typu kosmetyk kupiłam lata temu i dobrze pamiętam, że był to Lirene z jakimiś sztucznymi, plastikowymi drobinkami :) Teraz wybieram częściej te cukrowe z olejkami, lub solne. Mój peelingowy ulubieniec niestety zniknął z drogeryjnych półek, nad czym mocno ubolewam - były to sypkie algi do mycia ciała od Bielendy. Teraz szukam i szukam ideału, a dziś przedstawiam Wam peeling cukrowy z kawą, guaraną i olejkiem ze słodkich migdałów od Archipelagu Piękna (klik).


Tak pokrótce o peelingu mówi producent:
Cukrowy peeling z kawą, guarana i olejem ze słodkich migdałów, to połączenie cudownej kompozycji zapachowej oraz właściwości pielęgnujących skórę. Peeling po użyciu pozostawia skórę ujędrnioną, gładka i nawilżoną, nie ma potrzeby dodatkowego stosowania balsamu.
Więcej o jego dobroczynnych składnikach przeczytać możecie TU!


Opakowanie peelingu to zwykły, zakręcany słoiczek z przezroczystego plastiku. Etykieta szybko się odkleja i jest z mało odpornego na wodę papieru, no ale w końcu natura :) Konsystencja jest sypka, bo kosmetyk ma niewiele składników - widać brązowy cukier i kawę, delikatnie zwilżone olejkiem. Niestety jest za suchy i nie przykleja się do skóry. Może z rękawicą do masażu lepiej by współpracował, ale ja takiej nie posiadam. Trzeba się bawić z dodawaniem żelu pod prysznic lub lepiej - mydła do rąk w płynie. Ale tutaj pojawia się problem z proporcją itd. Nie dla mnie takie zabawy...



Wydajność oceniam średnio. Peeling jak widzicie jest sypki - olejek nie skleja go jak powinien i połowa ląduje na dnie wanny. Dopiero z pomocą żelu/mydła można z niego wyciągnąć coś dobrego. Zapach w opakowaniu przypomina słodką, świeżo parzoną kawę. Chociaż jej miłośnikiem nie jestem to muszę przyznać, że bardzo mi się ten zapach podobał :) Niestety podobał, bo po chwili był już mocno mdły.


Jak sobie z nim radzę? Peeling mieszam w dłoni z mydłem w płynie, bo było gęstsze niż żel Balea (i mniej intensywne w zapachu niż hawajski ananas, co w połączeniu z kawą mogło dać efekt zabójczy dla nosa).  Tutaj pojawił się problem ile mydła potrzeba, aby uzyskać dobre ścieranie i aby peeling wystarczająco się kleił do skóry (to już właściwie kwestia indywidualna jaki poziom ścierania lubicie). Jeśli chodzi o samo działanie, to jest bardzo dobrze. Kiedy właściwie wymierzymy dawkę mydła, peeling pięknie ściera naskórek dzięki większym drobinkom cukru i mniejszym kawy. Zostawia skórę gładką i pachnącą słodką kawą jeszcze długo po wyjściu z wanny. Pewnie to wina mydła, ale moja skóra nie odczuła zbawiennego działania olejku migdałowego. Ujędrnienie daje nam każdy peeling stosowany regularnie, więc nie jestem w stanie określić działania akurat tego. Jednym słowem - ścieranie na plus, konsystencja i aplikacja na minus. Peeling dostęony jest na stronie producenta - 300ml kosztuje 29zł. Mam małe opakowanie testerowe - 150ml kupiłam za 12zł razem z przesyłką (teraz już nie ma tej promocji).

Ocenę końcową zostawiam Wam, chociaż ja już do niego nie wrócę - jestem typem wygodnickiego lenia i wolę gotowe peelingi, które nie wymagają dodatkowych kosmetyków. Biorąc pod uwagę cenę, pojemność i skład, bez problemu można go odtworzyć samodzielnie i niższym kosztem.

Używacie peelingu kawowego własnej roboty? A może znacie ten z Archipelagu piękna? Jeśli znacie naprawdę mocne zdzieraki do ciała, to piszcie śmiało.
pozdrawiam, A





Odświeżający peeling cukrowy z drobinkami owoców żurawiny. Delikatnie oczyszcza i przygotowuje skórę do kolejnych etapów pielęgnacji. Dostarcza skórze wielu cennych składników i witamin, zwłaszcza witamin C i E. Wzmacnia naczynka krwionośne i chroni komórki skóry przed starzeniem. Olej sojowy zapewnia komfort użycia i doskonale pielęgnuje skórę.

Tak o swoim peelingu mówi producent TUTAJ! gdzie znajdziecie dużo więcej kuszących kosmetyków Organique. Jeśli macie ochotę zagłębić się w świat naturalnych składników i cudownych zapachów, serdecznie zapraszam!



Dziś chciałabym Wam przedstawić kosmetyk, od którego zaczęła się moja przygoda w sklepie Organique i do którego z przyjemnością wrócę. Jak wiecie, wiele produktów można zakupić w mniejszych pojemnościach - idealnych do wypróbowania :) Tak też nabyłam peeling żurawinowy.



Opakowanie: w wersji pełnowymiarowej peeling znajduje się w plastikowym słoiku z jakby metalową nakrętką, ja jak pisałam mam wersję "próbkową". Słoiczek jest mały, zakręcany, biały i plastikowy - niczym się nie wyróżnia. Nie mam pojęcia ile zawiera ona produktu, ale myślę że ok 50ml. Opakowanie ma podstawowe informacje o składzie i świeżości produktu, niestety nie jest to reguła. Przy ostatnich zakupach takich informacji na opakowaniu nie znalazłam (spory minus, przydałaby się jakakolwiek informacja o zawartości pudełka czy dacie zużycia). 
Konsystencja i aplikacja: peeling ma według mnie idealną konsystencję - jest gęsty i dobrze wyjmuje się z opakowania, nie ucieka z dłoni. Jest naładowany drobinkami cukru i kawałkami owoców żurawiny, sklejonymi olejkiem - ale nie ma to nic wspólnego z takimi suchymi, cukrowymi grudami. Aplikacja jest przyjemna, peeling przykleja się do skóry i można spokojnie masować ciało bez unieruchomienia :) Ja nakładam go na wilgotną, ale nie mocno mokrą skórę - tak sprawdza się według mnie najlepiej i najmocniej ściera. Generalnie poziom ścierania jest średni, w stronę mocnego, bardzo dokładnego przez dużą ilość drobin. Zależy od tego czy macie mokre czy wilgotne ciało itd.


Wydajność: tutaj wszystko zależy od tego, jak będziemy używać peelingu. U mnie wydajność jest zadowalająca, stosunkowo niewielką ilością mogę wymasować spory kawałek ciała :) Biorąc pod uwagę cenę (najlepiej w promocji) i właściwości, jestem skłonna kupić pełnowymiarowe opakowanie.
Zapach: owocowy, lekko stłumiony kremową, olejową nutą - nie jest to typowa, kwaśna żurawina. Ani ta przesłodzona, którą często możemy spotkać w kosmetykach do mycia. Jest delikatna, nie dominuje ale umila używanie. Jeszcze przez jakiś czas jest dość mocno wyczuwalny na skórze.
Działanie: ŚWIETNE! Peeling spełnia swoje zadanie w stu procentach - dobrze peelinguje, zostawia ciało gładkie i przyjemne w dotyku za sprawą zawartości oleju sojowego. Wyczuwalny film na skórze nie ma nic wspólnego z parafinowym płaszczem, który zostawia większość tego typu kosmetyków - skóra jest miękka, delikatna jak po aplikacji nawilżającego mleczka do ciała. Ja mogę odpuścić balsamowanie i rozkoszować się zapachem żurawiny :)
Kiedy kupowałam swój peeling, pani powiedziałam, że jeśli nie mam cery naczynkowej mogę spróbować również peelingu na twarz... Trochę obawiałam się wysypu, zapchania i podobnych efektów, bo jak już pisałam zostawia delikatny film. Ale nic takiego się nie stało :) Używałam go jeszcze końcówką zimy, czyli początkiem kalendarzowej wiosny - wtedy moja skóra potrzebowała już mocniejszego złuszczenia od peelingu enzymatycznego Ziaji, ale była jeszcze za delikatna na peeling morelowy St. Ives. Delikatny masaż żurawiną Organique był strzałem w dziesiątkę! A skóra została wygładzona i nawilżona.
Dostępność i cena: salonów Organique jest już coraz więcej, ja swój peeling kupiłam w Grudziądzu, a niedawno zostałam uraczona sklepem w Bydgoszczy (galeria Focus Mall). Cena pełnowymiarowego opakowania to jak podaje Wizaż ok. 60zł/200ml. Sporo, ale za małe opakowanie w sam raz na spróbowanie zapłacimy 10zł :) Warto też czekać na promocje.

skład dla ciekawskich:

Znacie kosmetyki Organique? Używacie? 
Ja mam straszną ochotę na piankę do mycia ciała o moim ulubionym zapachu greckim :)

W najbliższym (lub trochę dalszym) czasie możecie się spodziewać recenzji tych kosmetyków Organique:
- mydła Aleppo
- czarnego mydła Savon Noir
- balsamu z masłem shea o zapachu greckim

Coś Was szczególnie zainteresowało? Piszczcie śmiało!

pozdrawiam, A



BeBeauty Spa peeling do ciała mango.


Owocowe peelingi Bebeauty pojawiają się co jakiś czas w Biedronce. Soczyste owoce na opakowaniu kusiły mnie za każdym razem... w końcu uległam.


Opakowanie jest odkręcane, plastikowe i poręczne. Produkt dodatkowo jest zabezpieczony folią aluminiową.


Peeling ma przyjemny zapach i konsystencję przypominającą kisiel. Spełnia swoje zadanie, wygładzenie jest widoczne po pierwszym użyciu, nie pozostawia filmu na skórze. Drobinki są duże i wyczuwalne podczas mycia. Produkt się nie pieni, po rozsmarowaniu "kisiel" szybko znika.


Producent zapewnia, że drobinki są naturalne: łupinki orzechów i pestki porzeczki. Dużo bardziej wolę jednak efekt jaki daje domowy peeling kawowy. Drobinki są mniejsze, ale jest ich więcej, lepiej działają.

Podsumowując: peeling z Biedronki jest bardzo przeciętny. Wygodne opakowanie zostawię, aby umieścić w nim moje fusy połączone z żelem do mycia :).

Czym zdzieracie swój martwy naskórek? ;)

Pozdrawiam
M



Jeżeli chodzi o kosmetyki The Body Shop i odwieczną dyskusję cena - jakość... 
nie są to cudowne produkty, ale ja je lubię ze względu na świetne zapachy - tutaj można przepaść. 
Co do działania, to wszystko zależy od tego, jak wymagającą macie skórę. 
Raz bubel, raz olśnienie - jak wszędzie :)

Dziś chciałam wam przedstawić kosmetyk, który skłania się w stronę może nie kompletnego bubla, 
ale prawdziwie nieudanego mazidełka. A mowa będzie o peelingu do ciała Satsuma.



Opakowanie: 75ml żelowego peelingu zamknięte jest w dość miękkiej (jak na opakowania TBS) 
plastikowej tubie z zatrzaskiem. Nic specjalnego. Moim zdaniem kosmetyk jest jednak trochę za gęsty, 
nie spływa ze ścianek i na końcu trzeba się porządnie nagimnastykować, żeby wydobyć resztę. 
Albo użyć nożyczek :)

Konsystencja: jak wcześniej pisałam gęsta, mocno żelowa. Na suchej/wilgotnej skórze 
dobrze się trzyma - można śmiało masować :) W kontakcie z wodą strasznie się rozłazi, spływa z dłoni 
i ciała, za co duży minus. Bo pod prysznicem jakoś ciężko być bardziej suchym, niż mokrym?

Wydajność: słaba, niestety. Przy takiej cenie jest to dla mnie zupełnie nieopłacalny kosmetyk. 

Zapach: jeden z moich ulubionych! Soczysta mandarynka w każdej odsłonie mi się podoba, czy to peeling, czy masło :) 
Na skórze nie utrzymuje się niestety za długo, ale wystarczy chwila przyjemności pod prysznicem. 



jak widzicie konsystencja żelowa, zbita i spora ilość drobinek
na zdjęciu niżej rozsmarowana na skórze...



Działanie: i tutaj wszystko zależy od tego, czego oczekujemy od peelingu. Ja szukam porządnego drapaka 
i w peelingu TBS go nie znalazłam...
Bardziej nadawać się on będzie dla osób z delikatną, wrażliwą skórą, bo peeling na pewno nie zrobi im krzywdy :)
Drobinek w żelowej bazie jest sporo i są dość ostre, ale... ta konsystencja wszystko psuje!
Jest taka gęsta, zwarta i nie wiem jak to wytłumaczyć, opornie się rozprowadza, przy dodaniu wody spływa i bądź tu mądrym :)
Jeśli się już uporamy i dostosujemy siłę nacisku, wilgotność skóry i odpowiednią ilość samego kosmetyku - nasza skóra będzie delikatnie wygładzona. 
Ja jestem raczej gruboskórna, mocno masuję skórę ale efekt jest za delikatny... Przy peelingu cukrowym/solnym jest on zdecydowanie bardziej widocznym. 
Plusem dla niektórych dziewczyn będzie zapewne to, że peeling nie zostawia na skórze żadnej tłustej warstewki, jak w przypadku większości peelingów cukrowych.
Skóra jest gładsza, umyta i nie zauważyłam wysuszenia. Dla mnie to za mało.

Cena: dostałam swój peeling w gratisie, ale za 75ml opakowanie zapłacimy 20zł. 
Na wizaz.pl znalazłam informację, że za 200ml trzeba zapłacić 56zł, co dla mnie jest sporą przesadą jak za te właściwości...

Podsumowując: peeling nie dla mnie. Za delikatny, niewydajny, dość drogi. 
Mimo przepięknego zapachu na pewno drugi raz po niego nie sięgnę,i jestem bardzo dumna z siebie, że zmusiłam się do całkowitego zużycia :)
Jeśli lubicie mocne peelingi - nie polecam!

 skład dla ciekawskich:



Miałyście ten lub inny peeling z The Body Shop?
Jak się u Was sprawdził?

pozdrawiam, A




Obsługiwane przez usługę Blogger.