Dziś chciałabym poświęcić więcej uwagi lakierowi z Inglota Nail Whitener 04


Lakier optycznie wybiela płytkę panokcia, daje efekt delikatnego frencha lub sztucznych paznokci- w pozytywnym sensie.


Jest to świetny produkt zarówno dla osób, które mają przebarwienia na paznokciach, jak i dla tych, które chcą pokreślić naturalny wygląd. Na zdjęciach jedna warstwa lakieru.


W łatwy i szybki sposób możemy "uzdrowić" swoje pazurki. Jest to również świetna opcja na wyjazd. Konsystencja, opakowanie czy formuła niczym nie różnią się od lakierów Inglota.

"Wybielaczem" zaraziłam moją Mamę i kilka koleżanek. Sama żałuję, że znam ten produkt zaledwie od pół roku. Serdecznie polecam :)

Znacie, używacie?

Pozdrawiam
M





Jakiś czas temu pokazywałam Wam przepiękny pigment z Inglota 85 klik
Dziś chciałabym zaprezentować kilka "propozycji makijażowych" z jego udziałem, które zastosowałam.


Kosmetyki, które użyłam prezentują się na zdjęciu. Główny bohater- pigment Inglot 85, czarna kredka (Oriflame), tusz Maybelline Colossal Volum Express (ależ on skleja moje rzęsy) oraz kilka jasnych cieni.
Zdjęcia nie wyszły mi najlepsze z różnych powodów, sorrki :)

Pierwsza wersja inspirowana jest TYM-klik filmikiem. Mi nie wyszło tak ładnie jak Ewie. To bardzo prosta wersja, czarna kredka przy linii rzęs i pigment na całą powiekę (również dolną).





Światło nie sprzyjało, musicie mi wierzyć na słowo, że powieka pięknie mieni się w odcieniach brązu i zieleni.

Druga wersja jest bardzo podobna, ale czarna kredka znajduje się na całej powiece ruchomej i dopiero na taką bazę nałożyłam pigment.




 "Lampą po oczach" ;)

Ta wersja chyba najbardziej mi odpowiada :).
Kolejna propozycja: pigment nałożony jako kreska przy górnej linii rzęs, do tego niebieski cień w zewnętrznym kąciku oka (góra i dół).




Następna- minimalistyczna wersja: pigment przy dolnej linii rzęs, a na górze cielak.




I ostatnia propozycja. Na górnej powiece jasny róż, w zewnętrznym kąciku mała ilość roztartego pigmentu, a na dole błękit.








Jak widzicie można kombinować. :) 
Muszę jeszcze dużo poćwiczyć z moim pigmentem.

Pozdrawiam
M



Hej! Chciałam Wam dziś pokazać pigment Inglot 85. Jest wyjątkowy i zdecydowanie zasługuje na uwagę. 


Za 2g tego produktu zapłacimy 30zł.
Uważam, że jak najbardziej nie przepłacamy i zaraz postaram się Was o tym przekonać :).


Opakowanie jest wygodne i eleganckie (jak zwykle u Inglota). Tego rodzaju pigmenty są bardzo wydajne, nie wiem czy uda mi się go zużyć. Wybrałam imprezowy kolor, ale jestem w nim tak zakochana, że postaram się go przemycać do codziennych makijaży :). Słoiczek kosztuje 30zł- to sporo, ale ja lubię szukać sposobów, aby "mieć ciastko i zjeść ciastko"... Możecie poszukać odpowiednika z cieniach Catrice- mi się to jednak nie udało (sprzedawczyni powiedziała, że nie ma już tego cienia). Dobrym sposobem na zaoszczędzenie jest zakup produktu razem z koleżanką i odsypanie sobie połowy. 


Zachęcam Was gorąco do zapoznania się z tym pigmentem na żywo w sklepie. Kiedy zobaczyłam jego magiczne zdolności zupełnie zapomniałam o cenie.
Zdjęcia przedstawiają jedną plamę cienia na dłoni, ale  w różnym świetle, pod różnym kątem. (zdj. możecie powiększyć klikając na nie)

Podczas ostatniego razu kiedy miała go na oczach, wyglądał jak brązowo- niebieska mozaika. Nawet najprostszy makijaż z udziałem tego pigmentu wygląda na precyzyjnie nałożone różne cienie.






Wkrótce zamieszczę propozycje makijażu oka z tym pigmentem.
Co u nim sądzicie?

M





Moda na miętowe paznokcie widoczna była w szerokim w świecie już w roku 2009, 
do nas jak zwykle przyszła z opóźnieniem. Można za to śmiało powiedzieć, 
że zawładnęła sercami Polek na dobre :) I kolejny sezon utrzymuje się w czołówce. 

Jeśli chodzi o mnie, byłam jakoś obok całego trendu. Nie jestem miłośniczką pasteli 
ze względów czysto praktycznych - ciężko się nimi maluje, a ja jestem dość niecierpliwa :) 
Dlatego omijałam kolor tak długo, jak mogłam... aż wpadłam! 
I zaczęłam szukać kolorystycznego, a przede wszystkim odpowiednio "łatwego w obsłudze" ideału.
Aktualnie na mojej lakierowej półce znajdziecie 3 lakiery:

od lewej: 
Golden Rose numer 225
Color Club z kolekcji Back to boho jesień 2011 w kolorze New bohemian
Inglot o numerze 696
i znowu Color Club...

Lakiery pokryte są warstwą topu Seche Vite.



Na pierwszy ogień idzie mój ulubieniec, czyli lakier Color Club. Samą markę poznałam dość niedawno, 
bo w zeszłym roku, kiedy trafiłam na zestaw "Back to boho" w TkMaxxx i kupiłam te jaśniejsze kolorki.
 Całkiem niedawno weszłam w posiadanie również ciemniejszej części kolekcji :) 
Ale o mięcie dziś będzie, więc...

Kolor New bohemian to niby mięta, ale ma w sobie turkusowe tony. 
Lakier o wykończeniu kremowym, nakłada się niespodziewanie dobrze - biorąc pod uwagę, 
że to pastel. Kryje nieźle już przy dwóch warstwach (pierwsza cieńsza, druga grubsza), 
ale dla pewności wolę 3 cieńsze. O schnięciu i trwałości powiedzieć nic nie mogę, bo używam SV, 
poza tym zmieniam kolor na paznokciach co 2-3 dni. CC ma wygodny, klasyczny pędzelek, 
którym można wygodnie rozprowadzić lakier. 
Dość rzadką konsystencję, ale nie stanowi ona problemu jeśli chodzi o zalewanie skórek. 
Jeśli chodzi o cenę lakieru, to zapłacimy w sieci od 15-20zł za buteleczkę. 
Niemniej bardzo podoba mi się ten kolor. 
Widziałam, że jest porównywany z lakierem China Glaze - For Audrey.




Golden Rose to firma, do której lakierów przekonać się po prostu nie mogę... 
Próbowałam już chyba wszystkich serii i każde podejście kończyło się fiaskiem. 
No ale lakier dostałam, więc nie ma co wybrzydzać :)
Jak widzicie na zdjęciach, lakier GR o numerze 696 jest najbardziej "zielony" z całej trójki. 
Nie jest to typowy krem - pływa w nim bardzo drobny shimmer, w miętowym kolorze oczywiście. 
Nakłada się go dość ciężko, ponieważ jest bardzo rzadki i kryje przy trzech grubszych warstwach. 
Czasami konieczna jest czwarta... Dla mnie to mały koszmarek i być może jest to wina moich niewielkich
 zdolności malarskich i tej niewygodnej zakrętki... Przy takiej liczbie warstw nawet pod SV schnie długo,
 więc pominę ten punkt milczeniem. Ja serdecznie mu podziękuję...




Ostatni lakier to Inglot 696. Kolor jak najbardziej udany i według mnie najbardziej pastelowy, 
rozbielony z całej trójki. Kryje przy trzech warstwach ale to prawdziwy męczyciel - często zostawia prześwity, 
smugi i trzeba się przy malowaniu porządnie skupić. Ma wygodną konsystencję, 
więc nie trzeba się bać o zalanie skórek. Schnie długo, ale jest to jeden ze starszych lakierów w mojej kolekcji, 
więc nie będę się czepiać. Jeśli chodzi o trwałość... cena lakieru wskazywać by mogła, 
że to porządny lakier i tak faktycznie jest - trzyma się dłużej niż pozostała dwójka. 
Niestety - im nowsza seria kolorów Inglota, tym gorsza jakość.
Kolorek jak najbardziej mi się podoba, ale biorąc pod uwagę uciążliwe malowanie, 
z tym panem również się żegnam...




A jak Wam przypadł do gustu już lekko "starawy" miętowy trend?
Nosicie takie kolory wiosną, czy pora roku nie robi różnicy?

pozdrawiam, A






Ostatnio przejrzałam moje lakierowe zbiory w poszukiwaniu ewidentnych kolorystycznych bliźniaków, w celu bezwzględnej eliminacji i tworzenia miejsca na nowe nabytki oczywiście :) Swoje lakiery trzymam w szufladzie i obiecałam sobie, że jeśli przestaną się tam mieścić to przestaję kupować. Czekam na moje miniaturki OPI i miejsca brak... Dlatego takie porządki są mile widziane.

Na pierwszy ogień poszła parka, między którą waham się już jakiś dłuższy czas. I wiem, już wiem kto ze mną zostaje.

Baza obu lakierów jest identyczna - waha się między czernią, a bardzo ciemną, zgaszoną zielenią. Lakiery napakowane są ogromną ilością drobinek w kolorze starego złota i właśnie w drobinkach jest największa różnica. Inglot 851 ma drobne, shimmerowe drobinki, za to Essence 01 gold old buffy idzie bardziej w wykończenie glassfleckowe. I właśnie dlatego zostaje ze mną :) Jest bardziej wyrazisty na paznokciach, dużo ładniej się błyszczy niż lakier Inglota, który sprawia wrażenie mętnego? :P



2 warstwy lakieru + Seche vite



Lakier Essence pochodzi z limitowanki Vampires Love, która wyszła w okolicach listopada 2011 roku, więc szans na zdobycie tego lakieru już niestety nie macie. Myślę, że lepiej się sprawa ma, jeśli chodzi o lakier Inglota. Jeśli chodzi o konsystencję, to Essence jest gęsty i po 2 warstwach krycie jest idealne, za to Inglot jest rzadki i lubi czasami zrobić jakiś delikatny prześwit. Dodatkowo łatwo nim zalać skórki... Jeśli chodzi o trwałość, to oba nie powalają. Mimo nałożonej warstwy Seche vite schodziły równo. Pędzelki: u Inglota klasyczny cienki, Essence ma pędzelek cienki, płaski i szerszy niż standardowo. Jest bardzo podobny do nowej serii Colour&Go, chociaż mniej puchaty. Na temat schnięcia wypowiedzieć za bardzo się nie mogę, ale z racji gęstości, lakier Essence wysychał dłużej (nawet pod SV).


A może wolicie Inglota? Hm... w sumie aktualnie nie ma właściciela, więc... :D

pozdrawiam, A.


Obsługiwane przez usługę Blogger.