Chciałam wprowadzić cyklicznych ulubieńców, ale coś mi to nie bardzo wychodzi... Ostatni taki post napisałam w maju, więc moja systematyczność praktycznie nie istnieje. Ale dziś, na osłodę, mam dla Was moją ulubioną, pielęgnacyjną czwórkę, bez której ostatnimi czasy funkcjonować prawidłowo na płaszczyźnie łazienkowej nie umiem. Zapraszam! 




O zestawie do skóry problematycznej Balneokosmetyki z wodą siarczkową myślałam bardzo długo. Kupiłam i nie żałuję :) Moim ulubieńcem została biosiarczkowa maska oczyszczająco-wygładzająca do twarzy, szyi i dekoltu. Na pewno nie poleciłabym jej dziewczynom z cerą wrażliwą i drażliwą - bo chociaż ja takiej nie mam - pieczenie zaraz po aplikacji, nazwane zalotnie przez producenta 'mrowieniem', wyczuwam dość wyraźnie. Maskę trzymam na oczyszczonej wcześniej twarzy 10-15 minut, następnie zmywam wodą. Skóra po zabiegu jest oczyszczona (szczególnie pory!), wygładzona i przyjemnie miękka. Plusem jest również to, że maska nie wysusza skóry. 

Maseczki używałam do tej pory 'od czasu do czasu'. Producent sugeruje również siedmiodniową kurację i przy pełnej recenzji na pewno dam znać co z tego wyszło. Zachęcone? Więcej o całym zestawie przeczytacie na stronie producenta. 




Chociaż w mojej szafce stoi już od jakiegoś czasu Foreo Luna Mini, chętniej sięgam po ściereczkę muślinową do oczyszczania twarzy The Body Shop. Moja skóra nigdy nie była gładka sama z siebie, kiedyś bardzo często używałam peelingów mechanicznych czy żelów peelingujących, później do mojej pielęgnacji dołączyły szczoteczki i różnej maści gąbeczki. Ale to właśnie muślina używana raz dziennie daje najlepsze efekty - moja skóra nie jest podrażniona, ale gładka i dużo lepiej wchłaniają się w nią kremy czy trzyma makijaż. Plusem jest również to, że ze ściereczką używać mogę każdego kosmetyku, który akurat mam w łazience - z Foreo niestety trzeba uważać. 

Z pewnością wrócę jeszcze do Luny, jak tylko trafię na odpowiedni żel (aktualnie mam Biosiarczkowy Balneokosmetyki, a w kolejnce czeka Neutrogena z drobinkami). Jeśli nie macie obok siebie sklepów The Body Shop - polecam poszukać muśliny na allegro. Ja za swoją płacę w granicach 20zł z przesyłką. 




Intensywnie nawilżający jabłkowy szampon Lavera wpisał się idealnie w mój dość zawiły program pielęgnacji włosów i skóry głowy. Świetnie zmywa oleje i idealnie nadaje się do pierwszego mycia - w kolejnym używam już mniej naturalnego szamponu. Pachnie cudownie, jabłkowo i orzeźwiająco. W czasie upałów był wybawieniem dla skóry głowy :) Odświeżał, a wlosy odbite były u nasady. Szkoda tylko, że w sieci jest o wiele droższy niż na półce w DM. 

Ale... jeśli będziecie miały okazję go spróbować, serdecznie polecam. Nie zauważyłam też dramatycznego kołtunienia, co jest bardzo częste przy szamponach naturalnych. Jestem coraz bardziej ciekawa kosmetyków Lavera. 




Hydrolatu różanego już kiedyś do twarzy używałam, ale nie doceniłam tak mocno, jak teraz. Hydrolat z róży damasceńskiej ze strony mazidła.com zastąpił bardzo udany tonik Sylveco (wiem, że miałam napisać o toniku i żelu tymiankowym posta, ale z karty zniknęły mi zdjęcia produktów tej marki... przy kolejnych opakowaniach o nich napiszę, wybaczcie) i ta zmiana przy aktualnej pogodzie była naprawdę dobrym krokiem. Skóra po przetarciu hydrolatem jest świeża, nie klei się i przyjemnie pachnie różą. Krem nałożony na taką bazę świetnie się wchłania. 

Chcę w końcu wypróbować maseczki tonikowej, w tym wypadku hydrolatowej (więcej o tonikach i maseczce tonikowej tutaj). W Naturze dostępne są za ok.5zł skomprezowane maseczki, które powinny być do tego celu idealne. Zobaczymy, co z tego wyjdzie :)


I to by było na tyle w kwestii ulubieńców :) Nie ma ich dużo, ale to takie moje perełki, które naprawdę świetnie się sprawdzają. Makijaż praktycznie u mnie ostatnio nie istnieje, więc może przy następnej okazji o czymś Wam z tej kategorii opowiem.

A co Was ostatnio zachwyciło?

pozdrawiam
Adrianna





Bardzo lubię posty z aktualizacją Waszej pielęgnacji i czytam je z zaciekawieniem. W końcu zmobilizowałam się i do własnej produkcji :) Nie będą to recenzje poszczególnych kosmetyków - chciałam Wam przede wszystkim pokazać jak aktualnie pielęgnuję swoje marne włosy. Staram się używać minimalnej ilości kosmetyków i zauważyłam, że to działa. Zapraszam na włosowy post!




Podstawą pielęgnacji włosów dla mnie jest szampon, odżywka i kosmetyk zabezpieczający końcówki. I to by było na tyle :) Nie stosuję masek, okładów i innych szamaństw. Jedynym skokiem w bok jest olejowanie, ale o tym za chwilę. 
Staram się wybierać naturalną pielęgnację, więc obecność marki Petal Fresh w Rossmannie bardzo mnie ucieszyła. To moje dwie pierwsze i z pewnością nie ostatnie butle, czyli nawilżający szampon do włosów z wyciągiem z aloesu i cytryny oraz odmładzająca odżywka z wyciągiem z pestek winogron i oliwek.

Szampon cytrusowy świetnie nadaje się do codziennego mycia włosów (ze zmywaniem oleju radzi sobie na dwa razy). Pięknie pachnie cytrusami - troszkę jak cytrynowa mamba :) Nie robi krzywdy, nie plącze jakoś wybitnie włosów, no ale bez odżywki go nie używam. Nadal mam problem ze skórą głowy, która jest albo przetłuszczona, albo wysuszona. Na szczęście system olejowania skaplu na 2-3 godziny co drugie mycie i nawilżający szampon dają radę. 

Winogronowa odżywka oprócz przyjemnego, roślinnego zapachu daje to, czego od tego typu kosmetyków oczekuję - wygładza włosy, które po umyciu są sypkie i delikatnie pachnące. Nie powoduje ochlapu, ale też moje kłaki nie mają objętości z natury, więc lekki spaniel gwarantowany. Włosy wyglądają na odżywione i zdrowe. A co z końcówkami?

Marion OLEJKI ORIENTALNE wzmocnienie włosów, wersja kokos i tamanu. To już moja druga lub trzecia buteleczka tego olejku i będą kolejne. Kosztuje poniżej 10zł i starcza na długo. nie obciąża, zabepiecza końcówki, wygładza włosy na długości i przyjemnie pachnie. Niczego więcej nie oczekuję :)

Było już kilka słów o tym, że do pielęgnacji włączam również olej, a jest to:



Indyjski olejek stymulujący wzrost włosów i powstrzymujący wypadanie Khadi. Nie mam niestety oryginalnej buteleczki, dlatego posłużę się zdjęciem z interentu (źródło i więcej informacji o olejku po kliknięciu w zdjęcie). Główny cel olejku to zahamowanie wypadania włosów i stymulacja wzrostu, z czym mogę się zgodzić. Systematyczne używanie naprawdę pomaga walczyć z tym problemem. Aktualnie moje olejowanie to 2-3 godziny trzymania kosmetyku na skalpie i długości włosów. Nakładam go na suche kłaki, czasami delikatnie je zwilżam. Staram się taki zabieg przeprowadzać co drugie-trzecie mycie. Taka częstotliwość jest idealna zarówno dla włosów na długości, jak i dla skóry głowy. Jestem bardzo zadowolona i za jakiś czas pojawi się recenzja, bo jestem już na dobrej drodze do denka :)




Osprzęt włosowy wygląda następująco!

Szczotki Tangle Teezer w wersji kompaktowej i klasycznej są ze mną już dość długo i powrotów do zwykłych szczot nie będzie :) Na co dzień wygodniej jest mi używać wersji klasycznej, która jest już nieco zdarta, więc pewnie w okolicach mikołaja pojawi się nowa. Wersja kompaktowa z barankiem Shaunem idealnie sprawdza się w torebce jak i w podróży, ale to z pewnością wiecie. Obie świetnie rozczesują włosy, nie elektryzują ich i nie wyrywają. Serdecznie polecam.

Drewniany grzebień The Body Shop niestety nie sprawdził się u mnie w ogóle. Dlatego znajduje miejsce tylko w czasie rozczesywania włosów po nałożeniu maski/odżywki. Wtedy nie ciągnie i nie wyrywa.

Dzika szczotka z dzika marki Gorgol to szczota do zadań specjalnych, jeśli macie problem z wiecznym roztrzepotaniem włosów. Rozczesywanie szczotką z dzika rozprowadza sebum na długości włosów, co jest naturalną odżywką. Jeśli jednak macie skłonności do szybkiego przetłuszczania, początki mogą być naprawdę trudne. 


I to by było na tyle. Dodać jeszcze mogę, że nie używam za często suszarki, a prostownica raczej się kurzy. Moje włosy wyglądają nieźle, końcówki się nie rozdwajają i tylko nad objętością przydałoby się popracować. Znacie powyższe kosmetyki? Jesteście z nich zadowolone?


pozdrawiam
Adrianna 





Lubię masła i żele pod prysznic The Body Shop. I wiem, że cena dość wysoka, a dostępność średnia. Do tego działanie pielęgnacyjne nie opiera się na samych dobroczynnych składnikach, ale te ZAPACHY! Swoją przygodę z marką już kilka ładnych lat temu (5 dokładnie) zaczęłam od cytrynowego balsamu do ciała i przepadłam. Uwielbiam wszystkie owocowe zapachy, a do swoich ulubieńców przez długi czas zaliczałam satsume, chociaż teraz już mi się nieco przejadła. Na szczęście wybór jest ogromny, więc każdy nosek znajdzie coś dla siebie. 

Jeśli stawiacie na pierwszym miejscu działanie nawilżające, to polecam serie orzechowe, które w przypadku maseł są dla mnie idealnym zimowym opatrunkiem dla przesuszonej skóry. Ale nie samymi owocami i orzechami człowiek żyje. Miłośników waniliowych deserów zapraszam na kilka słów o zapachu vanilla brulee. Będzie słodko!


Żel znajdziemy w wygodnej butli ze szczelnym, zatrzaskiwanym korkiem. Konsystencja kosmetyku jest mleczno-żelowa - dość rzadka, ale u mnie i tak lądowała zawsze na gąbce. Dzięki temu uzyskiwałam przyjemną pianę. Zapach? CUDO. Waniliowy deser, który nie jest ani za słodki, ani za mdły. Otulający, ciepły, uwodzący zmysły. Nie zrażajcie się proszę do tego, że w opakowaniu jest tak intensywny. To tylko pierwsze wrażenie. Chociaż nie jestem wielką miłośniczką wanilii, to dla mnie było to bardzo przyjemne spotkanie z zapachem. 

Pielęgnacyjnie również nie mam zastrzeżeń, bo żel nie wpływał na przesuszenie mojej skóry - oczyszczał ją i pozostawiał delikatnie pachnącą. Wydajność zależy od Waszego poziomu chlapactwa, u mnie było np. dużo lepiej niż z żelami Le Petit Marseillais. Cena to 29zł za 250ml, ale warto pilnować promocji jeśli jesteście tymi szczęściarami, które do sklepów The Body Shop mają dostęp. A co po kąpieli?


Masło oczywiście. Jeśli jeszcze nie miałyście okazji poznać konsystencji mazideł The Body Shop, to wyobraźcie sobie deserowy krem, który pod wpływem ciepła Waszego ciała lekko rozprowadza się na skórze. Dodajcie do tego smakowity zapach i można biec do kuchni po łyżkę i jeść! Jeśli jednak opanujecie żądze, masło porządnie nawilży Waszą skórę, zostawiając na niej delikatny film oraz otulając waniliową nutą na kilka godzin po aplikacji. 

Zapach jest w porównaniu do żelu delikatniejszy - mniej słodki, a bardziej kremowy. Kosmetyk zamknięty jest w charakterystycznym, zakręcanym opakowaniu o pojemności 200ml, za które w regularnej cenie zapłacić musimy aż 69zł. Na szczęście częste są w sklepach The Body Shop różne promocje, w których masła można kupić już za 35zł. Brzmi nieco lepiej, prawda? 




Powyższa wersja zapachowa jest świąteczną edycją limitowaną i najpewniej dostaniecie ją teraz w sieci, nie wiem niestety jak obecnie sytuacja wygląda w sklepach TBS. 

Jakie zapachy są Waszymi ulubionymi w kosmetykach pielęgnacyjnych?

pozdrawiam
Adrianna



Mam duże zaległości na blogu, a część z tych zaległości stanowią recenzje zużytych kosmetyków. Z pomocą przychodzi mi nowy post - przegląd denka. Postaram się po każdych zużyciach zamieszczać post, w którym opowiem Wam o ciekawszych produktach, które mialam okazję używać w minionym miesiącu. Mam nadzieję, że pomysł się przyjmnie, a ja nadrobię nieco zaległości. Czas zupełnie mi ostatnio nie sprzyja. A teraz zapraszam Was na moją pierwszą siódemkę :) 


Mincer, olejek marula
Tyle się o nim naczytałam, że byłam prawie pewna sukcesu. Świetnie działa, szczególnie przy cerze tłustej/trądzikowej. I co? A no guzik. Tak samo jak inne olejki przetłuszczał moją skórę, do tego rozdziawiając najmniejsze nawet pory... Nie takiego efektu się spodziewałam :( Dodając do tego fakt, że od czasu do czasu coś mi po nim wyskoczyło i dużo lepiej sprawdzał się stosowany jako dodatek do glinek - powrotu nie będzie. Ale nie zrażam się jeszcze do olejków i nadal mam ochotę na serum z Bielendy. 
.
Balea, olejek pod prysznic
Do ciała używam od czasu do czasu, bo zapach mocno zniechęca, ale... znalazł u mnie nieco inne zastosowanie, w którym spełnia się idealnie :) Używam go zamiast żelu/pianki do golenia. Nogi są gładkie, nie zacinam się, a przede wszystkim nie mam suchych krostek po wszystkim. Ekstra. Kolejny do przetestowania jest olejek Nivea, mam nadzieję, że o nieco przyjemniejszym zapachu.

The Body Shop, masełko do ciała glazed apple
Jedno słowo powinno opisać wiele - TĘSKNIŁAM! Od kiedy zlikwidowali TBS w Bydgoszczy tęsknię za masłami do ciała, zapachami i w ogóle sklepem. Masełko świąteczne o przyjemnym zapachu karmelizowanego jabłka przypadło mi do gustu zarówno stopniem nawilżenia, jak i ogromną przyjemnością płynącą z używania. Może latem skuszę się na cytrynowy balsam - to był mój pierwszy kosmetyk TBS (N. pamiętasz?) i mam do niego mały sentyment.


Gosh, tusz do rzęs 'kocie oczy'
UWIELBIAM! Coś jeszcze trzeba dodać? Pięknie rozczesuje rzęsy, delikatnie je pogrubia i wydłuża. Do tego trzyma się cały dzień, nie kruszy i nie daje efektu pandy. Gdyby jeszcze cena chciała być odrobinę niższa, byłoby idealnie (cena regularna to ok. 50zł, dostępność też nie powala). Aktualnie w lichym zastępstwie używam tuszu Eveline Volumix Fiberlast. Według producenta jest to maskara pogrubiająca, rozdzielająca i podkręcająca rzęsy. Pierwsze użycia zmotywowały mnie do próby 'podsuszenia' kosmetyku, który już jest nieco lepszy. Ale do Gosha niestety dużo mu brakuje... Przede wszystkim nie trzyma podkręcenia, nie jest tak bezproblemowy w obsłudze i lubi skleić rzęsy. Może z czasem się wyrobi, ale póki co tęsknię za kocim okiem :) A najlepsze jest to, że nie mam zdjęć... Zniknęły razem z końcem żywota mojej karty do aparatu... 

Blistex, balsam do ust classic
Zasługuje na miano naustnego wybawcy :) Świetnie nawilża i pielęgnuje, a przede wszystkim chroni nasze usta przed niesprzyjającą pogodą. Jako uzupełnienie domowej pielęgnacji miodkiem Nuxe spisywał się świetnie. Z pewnością jeszcze wrócę do wersji klasycznej, bo żadna dotąd testowana nie dawała mi tak dobrych efektów. Teraz używam naprzemiennie nowości od Maybelline czyli Baby Lips z serii Dr Rescue (mam wersję z mentolem) oraz mikołajowej pomadki ochronnej Caudalie. Obie są przyjemne, z przewagą dla tej drugiej.


Seboradin, FitoCell szampon i maska z komórkami macierzystymi
FitoCell to kuracja z roślinnymi komórkami macierzystymi, które stymulują odrost włosów. Przeznaczona jest do każdego rodzaju włosów, szczególnie słabych, cienkich, skłonnych do wypadania i  przerzedzonych. Tyle od producenta. U mnie ta seria sprawdziła się naprawdę świetnie, chętnie kiedyś powtórzyłabym kurację, gdyby koszt szamponu i maski nie wynosił 40zł za butelkę. Tym bardziej jestem wdzięczna Kasi za możliwość wypróbowania :) Ogromnym plusem używania tego zestawu był fakt, że skóra mojej głowy naprawdę się uspokoiła - nie było ani łupieżu, ani przetłuszczania. Skóra była poprostu normalna. A włosy? Oj, z włosami było jeszcze lepiej! Masowe wypadanie widocznie zmalało, a przede wszystkim zauważyłam wysyp nowych włosków oraz ich szybszy wzrost. Włosy po użyciu szamponu były nieco splątane i szorstkie, ale maska (bardziej konsystencji odżywki) działała cuda. Wygładzała włosy nie obciążając ich - były miękkie, gładkie, delikatne, wyglądały zdrowo. Efekty utrzymują się do dnia dzisiejszego. Jeżeli macie problemy z wypadającymi włosami, warto spróbować. O szamponie i masce więcej przeczytacie tutaj i tutaj. 

Isana Med, szampon przeciwłupieżowy
Od czasu do czasu, kiedy wysuszą moją skórę szampony podobne do rewitalizującego od Agafii (zapach kostki do wc i jeszcze podrażnia skalp), pojawia się na mojej głowie łupież. Jeśli jest beznadziejnie sięgam po Nizoral, ale jeśli sytuacja jest do opanowania, wybieram coś z drogeryjnej półki. Do szamponu Isana przekonała mnie cena (2,99zł w promocji) i dobre wspomnienia związane z wersją mocznikową. Nie zawiodłam się - szampon oczyścił moją skórę z białej łuski i zrównoważył pracę gruczołów. Jeśli będę miała taką potrzebę, na pewno do niego wrócę, zanim sięgnę po coś mocniejszego.

Gdybym miała wybrać topową trójkę, zaliczyłabym do niej tusz Gosh, zestaw Seboradin i balsam Blistex. A Wy znacie moich zużytków? Miałyście okazję ich używać? 

pozdrawiam, A



Jeżeli chodzi o kosmetyki The Body Shop i odwieczną dyskusję cena - jakość... 
nie są to cudowne produkty, ale ja je lubię ze względu na świetne zapachy - tutaj można przepaść. 
Co do działania, to wszystko zależy od tego, jak wymagającą macie skórę. 
Raz bubel, raz olśnienie - jak wszędzie :)

Dziś chciałam wam przedstawić kosmetyk, który skłania się w stronę może nie kompletnego bubla, 
ale prawdziwie nieudanego mazidełka. A mowa będzie o peelingu do ciała Satsuma.



Opakowanie: 75ml żelowego peelingu zamknięte jest w dość miękkiej (jak na opakowania TBS) 
plastikowej tubie z zatrzaskiem. Nic specjalnego. Moim zdaniem kosmetyk jest jednak trochę za gęsty, 
nie spływa ze ścianek i na końcu trzeba się porządnie nagimnastykować, żeby wydobyć resztę. 
Albo użyć nożyczek :)

Konsystencja: jak wcześniej pisałam gęsta, mocno żelowa. Na suchej/wilgotnej skórze 
dobrze się trzyma - można śmiało masować :) W kontakcie z wodą strasznie się rozłazi, spływa z dłoni 
i ciała, za co duży minus. Bo pod prysznicem jakoś ciężko być bardziej suchym, niż mokrym?

Wydajność: słaba, niestety. Przy takiej cenie jest to dla mnie zupełnie nieopłacalny kosmetyk. 

Zapach: jeden z moich ulubionych! Soczysta mandarynka w każdej odsłonie mi się podoba, czy to peeling, czy masło :) 
Na skórze nie utrzymuje się niestety za długo, ale wystarczy chwila przyjemności pod prysznicem. 



jak widzicie konsystencja żelowa, zbita i spora ilość drobinek
na zdjęciu niżej rozsmarowana na skórze...



Działanie: i tutaj wszystko zależy od tego, czego oczekujemy od peelingu. Ja szukam porządnego drapaka 
i w peelingu TBS go nie znalazłam...
Bardziej nadawać się on będzie dla osób z delikatną, wrażliwą skórą, bo peeling na pewno nie zrobi im krzywdy :)
Drobinek w żelowej bazie jest sporo i są dość ostre, ale... ta konsystencja wszystko psuje!
Jest taka gęsta, zwarta i nie wiem jak to wytłumaczyć, opornie się rozprowadza, przy dodaniu wody spływa i bądź tu mądrym :)
Jeśli się już uporamy i dostosujemy siłę nacisku, wilgotność skóry i odpowiednią ilość samego kosmetyku - nasza skóra będzie delikatnie wygładzona. 
Ja jestem raczej gruboskórna, mocno masuję skórę ale efekt jest za delikatny... Przy peelingu cukrowym/solnym jest on zdecydowanie bardziej widocznym. 
Plusem dla niektórych dziewczyn będzie zapewne to, że peeling nie zostawia na skórze żadnej tłustej warstewki, jak w przypadku większości peelingów cukrowych.
Skóra jest gładsza, umyta i nie zauważyłam wysuszenia. Dla mnie to za mało.

Cena: dostałam swój peeling w gratisie, ale za 75ml opakowanie zapłacimy 20zł. 
Na wizaz.pl znalazłam informację, że za 200ml trzeba zapłacić 56zł, co dla mnie jest sporą przesadą jak za te właściwości...

Podsumowując: peeling nie dla mnie. Za delikatny, niewydajny, dość drogi. 
Mimo przepięknego zapachu na pewno drugi raz po niego nie sięgnę,i jestem bardzo dumna z siebie, że zmusiłam się do całkowitego zużycia :)
Jeśli lubicie mocne peelingi - nie polecam!

 skład dla ciekawskich:



Miałyście ten lub inny peeling z The Body Shop?
Jak się u Was sprawdził?

pozdrawiam, A





Lubię owocowe balsamy z The Body Shopu, a lubię je jeszcze bardziej, kiedy są w promocji :) 
I tak też kupiłam arbuzowy balsam do ciała.




Opakowanie: balsam zamknięty jest w charakterystycznej dla kosmetyków TBS, pękatej buteleczce z twardego plastiku. 
Świetnie sprawdza się ona przy tonikach, niestety gorzej przy balsamach czy żelach pod prysznic. 
Plastik jest tak twardy, że o wyciśnięciu pozostałości kosmetyku nie ma mowy... 
Tutaj z pomocą przychodzi pompka (nie widziałam wersji z pompką w sklepie), którą przełożyłam z poprzedniego balsamu.
 Dzięki niej można wybrać praktycznie całą zawartość butelki bez gimnastyki z wydłubywaniem resztek.





Konsystencja balsamu jest lekka, można powiedzieć, że wodnista.
Dobrze się rozprowadza i wchłania, balsam nie zostawia tłustego filmu na skórze.
Bardzo lubię używać balsamów TBS latem, kiedy nie mam ochoty na ciężkie, lepiące masła czy mleczka.
Jeśli chodzi o wydajność, to przy takiej konsystencji jest bardzo dobra. 




I ważny aspekt - zapach!
Bardzo świeży, nie przesłodzony i pobudzający - grejpfrutowi czy cytrynie nie dorówna, ale jest równie przyjemny.
Na skórze nie zostaje długo, ale podczas smarowania można się nim porządnie "najeść" :) 
Działanie jak najbardziej na plus - nawilża i o to przede wszystkim chodzi.
Z mocno przesuszoną skórą, potrzebującą bogatszej konsystencji sobie nie poradzi, ale ze skórą normalną jak najbardziej. 
Zimą jest dla mnie trochę za słaby, ale przy codziennym używaniu daje wystarczające efekty. 
I aspekt często blokujący, czyli cena.
Ja swoją buteleczkę kupiłam w promocji za 12zł za 250ml, przy okazji jakiejś sezonowej wyprzedaży.
Nie wiem ile ten balsam kosztuje w cenie regularnej, ale ceny balsamów dochodzą do 39zł... Więc to trochę sporo.


 Lubicie balsamy TBS, a może wolicie coś bardziej treściwego?
Jakie są Wasze ulubione zapachy w tym sklepie? Znajdę tu miłośniczki satsumy :P
pozdrawiam, A




Maseczkę algową z The Body Shop kupiłam już jakiś czas temu w promocji: 
przy zakupie dwóch kosmetyków do twarzy, tańszy 50% taniej. 
Wybrałam się po zestaw miniaturek z tej serii (który bardzo mi odpowiadał) 
i do kompletu dobrałam sobie maseczkę. 


Maska ma za zadanie przede wszystkim oczyścić naszą skórę i regulować wydzielanie sebum.
Przeznaczona jest do skóry tłustej i mieszanej - nie polecam jej osobom wrażliwym, 
bo na pewni nie będą zadowolone :) Ale o tym za chwilę.

Na wizaz.pl można o niej przeczytać:

Głęboko oczyszczająca maska z ekstraktami z alg z wybrzeży Francji i kombinacji działania naturalnej jonowej glinki (glinka chińska i termalna oraz morskie błoto) żeby wymazać nieczystości z porów, odblokować je, zmniejszyć ich wielkość oraz zmniejszyć nadmierne wydzielanie sebum. Wzbogacona minerałami żeby dodatkowo odżywić, poprawić koloryt i doprowadzić do formy twoją skórę.

Producent niestety poskąpił opisu jej działania na opakowaniu...



Opakowanie: Wygodny, plastikowy odkręcany słoik. 
Przy takiej konsystencji to idealne rozwiązanie - łatwo można wyciągnąć maskę, nawet 
przy końcu opakowania. Nie jest to może higieniczne, ale zawsze można użyć patyczka do maski :) 



Konsystencja: Błotna, gęsta i zwarta. Dobrze rozprowadza się ją pędzlem na lekko wilgotnej skórze. 
Nie spływa, nie ma problemu z równomiernym jej nałożeniem. Mniej więcej w połowie opakowania 
(czyli po jakiś 4 miesiącach od zakupu) maska zmieniła konsystencję i ciężej się ją nakłada - wskazane
są palce i rozmieszanie maski przed użyciem. Pewnie trochę podeschła. 
Jeśli chodzi o wydajność to tutaj duży plus - przy nakładaniu pędzlem starcza na naprawdę długi czas.
Przeczytałam na jednym z blogów, że starcza na 5 użyć... szczerze nie wiem,
jak dużo trzeba jej nałożyć, żeby po 5 użyciach zobaczyć denko... 

Jeśli chodzi o schnięcie i późniejsze zmywanie, to można ją od czasu do czasu spryskać wodą termalną, 
żeby nie zaschła za mocno - później ciężko ją zmyć. Ja używam do tego szczoteczki do mycia twarzy :)


Zapach: Specyficzny, dość ostry. Mi on nie przeszkadza, mogę śmiało powiedzieć, że go lubię :) 
Tak samo pachnie cała seria, więc algowy, odświeżający zapach był ze mną codziennie rano i wieczorem.

Działanie: Jak najbardziej pozytywne! Mogę powiedzieć, że maska ma tylko jeden minus. 
Po kilku minutach od nałożenia skóra zaczyna szczypać - dlatego nie polecam jej dziewczynom, 
które mają wrażliwą skórę. Nie jest to uczucie przyjemne, ale jak mówi babcia - chcesz być piękna, to cierp!

Plusy? Skóra po użyciu maseczki jest czysta, odświeżona i odżywiona. 
Nie zauważyłam przesuszenia czy podrażnienia. Szczypanie i związany z nim dyskomfort mijają 
wraz ze zmyciem maski. Maska świetnie matuje i efekt utrzymuje się przyzwoicie długo. 
Ja z jej działania jestem bardzo zadowolona, ale po kuracji TriAcnealem niestety moja skóra 
jest zbyt delikatna na jej stosowanie. Kiedy ustabilizuję pielęgnację mojej skóry, 
na pewno kupię ją ponownie :)

Jeśli chodzi o cenę, bo ona budzi zawsze sporo emocji - jeśli używacie jednej maski oczyszczającej, 
to zakup według mnie jak najbardziej się opłaca - za 100ml płacimy 50zł. 
Czyli w przeliczeniu za 10ml opakowanie zapłacimy 5zł - jak za saszetkę maseczki w drogerii :)
Jak już kiedyś pisałam na składach się nie znam - używam tego, 
co odpowiada mojej skórze, więc dodaję tylko dla ciekawskich.


Używałyście jej? Jakie są wasze odczucia?
pozdrawiam, A!





Na początek dobra wiadomość, dla fanek świątecznej edycji zapachowej w sklepach The Body Shop! Imbir, żurawina i wanilia wróciły na półki :) Ja jak tylko znajdę chwilę ruszam po imbirowe cuda 
- ten zapach najbardziej przypadł mi do gustu w zeszłym roku i mam nadzieję, 
że mimo zmienionych opakowań, pozostał taki sam.
źródło: facebook


Wracając do dzisiejszej recenzji... Kiedy pogoda się zmienia i zaczyna się czas pociągania nosem oraz wiecznego szukania rękawiczek, sięgam po bogatsze kremy do rąk. Kolorowe balsamy do ust zamieniam na bardziej odżywcze. I tak kolejny sezon z rzędu do łask wraca niezwyciężony duet Hemp Hand Prostector i Hemp Lip Conditioner.




Krem z serii Hemp The Body Shop wpadł w moje ręce po raz pierwszy dzięki karcie stałego klienta i otrzymałam go za 1 grosz. Cena regularna to ok. 22zł/30ml, co nie nastraja do kupna, ale warto wydać kilka złotych więcej. Od razu mówię, że nie mam wyraźnych, nawracających problemów ze skórą dłoni. Jesienią i zimą moja skóra jest przesuszona, podrażniona i krem świetnie sobie z tym radzi.


Dużo kontrowersji budzi mocno wyczuwalny zapach, za który odpowiedzialny jest nawilżający składnik - olejek z nasion marihuany. Mi on nie przeszkadza, powiedzieć mogę nawet, że go polubiłam. 
Ale przed zakupem radzę zapoznać się z nim w sklepie. Ciężko mi go do czegokolwiek porównać, 
pachnie trochę ziołowo, jak niektóre maści...


Konsystencją przypomina bardziej pastę, niż krem. Jest gęsty, ale pod wpływem ciepła dłoni dobrze się rozprowadza. Pozostawia na skórze wyczuwalny, aksamitny film. Nasz dłonie są wygładzone i nawilżone, nawet po późniejszym umyciu rąk. Dzięki takiej konsystencji jest bardzo wydajny.



taka ilość wystarcza na pokrycie dłoni cienką warstwą kremu :)



Działanie, czyli rzecz najważniejsza :) Krem w pełni spełnia moje oczekiwania - nawilża moje dłonie, ma działanie regenerujące. Zostawia na skórze ochronny film (ale nie mylcie go z tłustą, nieprzyjemną powłoczką, którą często spotyka się przy bogatszych kremach).  Ja jestem z niego zadowolona i używam go zarówno w dzień, jak i grubszą warstwę nakładam na noc.

Wielkim minusem jest jak dla mnie opakowanie. Metalowa tubka wygląda bardzo ciekawie, ale jest niepraktyczna... Jak widzicie na zdjęciach, mój krem jest już na wykończeniu (na potrzeby zdjęć został rozwinięty). Plastikowy korek pękł, przez co krem nie nadaje się do noszenia w torebce i wysycha. Dobrze, że jego dni są już policzone :)




Gdyby nie opakowanie i cena, byłby dla mnie kremem idealnym, ale mogę go serdecznie polecić :) 
Nie spodziewajcie się jednak od niego cudów - to nadal krem drogeryjny. 
Może nie poradzić sobie z bardzo przesuszoną, zniszczoną skórą dłoni. 
Jeśli macie poważny problem, polecam wizytę u dermatologa.




Druga część recenzji będzie krótsza :) Sztyft do ust z tej samej serii przeznaczony jest do skóry bardzo suchej. Za 25zł otrzymujemy 4,2g kosmetyku w dość standardowym, plastikowym opakowaniu. Na szczęście tutaj producent nie kombinował i mamy zwykły, wykręcany sztyft. Pomadka ma kremowy kolor, ale na ustach nie zostawia żadnego koloru, czy wyraźnego błysku. Sztyft jest dość twardy, ale dobrze rozprowadza się na ustach i co bardzo ważne - nie rozpuszcza w kieszeni :) Jest mocno wyczuwalna, zarówno jeśli chodzi o zapach jak i warstewkę na ustach, co może przeszkadzać latem. Ja zdecydowanie polecam ją w okresie jesienno-zimowym. Dobrze nawilża, a przede wszystkim świetnie chroni przed mrozem czy wiatrem. 





Jak widzicie, mnie sklep The Body Shop jak najbardziej kupił tą serią :) 
Chciałabym spróbować pozostałych kosmetyków, ale póki co mam spore zapasy do zużycia. 
Jeśli wpadnie mi w ręce coś godnego uwagi - postaram się o tym napisać ;) 

A póki co, pozdrawiam! A.



Obsługiwane przez usługę Blogger.