Chciałam wprowadzić cyklicznych ulubieńców, ale coś mi to nie bardzo wychodzi... Ostatni taki post napisałam w maju, więc moja systematyczność praktycznie nie istnieje. Ale dziś, na osłodę, mam dla Was moją ulubioną, pielęgnacyjną czwórkę, bez której ostatnimi czasy funkcjonować prawidłowo na płaszczyźnie łazienkowej nie umiem. Zapraszam! 




O zestawie do skóry problematycznej Balneokosmetyki z wodą siarczkową myślałam bardzo długo. Kupiłam i nie żałuję :) Moim ulubieńcem została biosiarczkowa maska oczyszczająco-wygładzająca do twarzy, szyi i dekoltu. Na pewno nie poleciłabym jej dziewczynom z cerą wrażliwą i drażliwą - bo chociaż ja takiej nie mam - pieczenie zaraz po aplikacji, nazwane zalotnie przez producenta 'mrowieniem', wyczuwam dość wyraźnie. Maskę trzymam na oczyszczonej wcześniej twarzy 10-15 minut, następnie zmywam wodą. Skóra po zabiegu jest oczyszczona (szczególnie pory!), wygładzona i przyjemnie miękka. Plusem jest również to, że maska nie wysusza skóry. 

Maseczki używałam do tej pory 'od czasu do czasu'. Producent sugeruje również siedmiodniową kurację i przy pełnej recenzji na pewno dam znać co z tego wyszło. Zachęcone? Więcej o całym zestawie przeczytacie na stronie producenta. 




Chociaż w mojej szafce stoi już od jakiegoś czasu Foreo Luna Mini, chętniej sięgam po ściereczkę muślinową do oczyszczania twarzy The Body Shop. Moja skóra nigdy nie była gładka sama z siebie, kiedyś bardzo często używałam peelingów mechanicznych czy żelów peelingujących, później do mojej pielęgnacji dołączyły szczoteczki i różnej maści gąbeczki. Ale to właśnie muślina używana raz dziennie daje najlepsze efekty - moja skóra nie jest podrażniona, ale gładka i dużo lepiej wchłaniają się w nią kremy czy trzyma makijaż. Plusem jest również to, że ze ściereczką używać mogę każdego kosmetyku, który akurat mam w łazience - z Foreo niestety trzeba uważać. 

Z pewnością wrócę jeszcze do Luny, jak tylko trafię na odpowiedni żel (aktualnie mam Biosiarczkowy Balneokosmetyki, a w kolejnce czeka Neutrogena z drobinkami). Jeśli nie macie obok siebie sklepów The Body Shop - polecam poszukać muśliny na allegro. Ja za swoją płacę w granicach 20zł z przesyłką. 




Intensywnie nawilżający jabłkowy szampon Lavera wpisał się idealnie w mój dość zawiły program pielęgnacji włosów i skóry głowy. Świetnie zmywa oleje i idealnie nadaje się do pierwszego mycia - w kolejnym używam już mniej naturalnego szamponu. Pachnie cudownie, jabłkowo i orzeźwiająco. W czasie upałów był wybawieniem dla skóry głowy :) Odświeżał, a wlosy odbite były u nasady. Szkoda tylko, że w sieci jest o wiele droższy niż na półce w DM. 

Ale... jeśli będziecie miały okazję go spróbować, serdecznie polecam. Nie zauważyłam też dramatycznego kołtunienia, co jest bardzo częste przy szamponach naturalnych. Jestem coraz bardziej ciekawa kosmetyków Lavera. 




Hydrolatu różanego już kiedyś do twarzy używałam, ale nie doceniłam tak mocno, jak teraz. Hydrolat z róży damasceńskiej ze strony mazidła.com zastąpił bardzo udany tonik Sylveco (wiem, że miałam napisać o toniku i żelu tymiankowym posta, ale z karty zniknęły mi zdjęcia produktów tej marki... przy kolejnych opakowaniach o nich napiszę, wybaczcie) i ta zmiana przy aktualnej pogodzie była naprawdę dobrym krokiem. Skóra po przetarciu hydrolatem jest świeża, nie klei się i przyjemnie pachnie różą. Krem nałożony na taką bazę świetnie się wchłania. 

Chcę w końcu wypróbować maseczki tonikowej, w tym wypadku hydrolatowej (więcej o tonikach i maseczce tonikowej tutaj). W Naturze dostępne są za ok.5zł skomprezowane maseczki, które powinny być do tego celu idealne. Zobaczymy, co z tego wyjdzie :)


I to by było na tyle w kwestii ulubieńców :) Nie ma ich dużo, ale to takie moje perełki, które naprawdę świetnie się sprawdzają. Makijaż praktycznie u mnie ostatnio nie istnieje, więc może przy następnej okazji o czymś Wam z tej kategorii opowiem.

A co Was ostatnio zachwyciło?

pozdrawiam
Adrianna






O ile kwietniowe denko było raczej skromne, tak w maju poszło mi już o niebo lepiej :) Powrót do starej formy motywuje do zużywania i pisania Wam o tych lepszych, ciekawszych, a czasami totalnie nie udanych kosmetycznych przygodach. Zapraszam na post z majowymi zużyciami.




B A L E A,  I S A N A,  L P M , O R G A N I Q U E

Na prowadzenie wśród kąpielowych ulubieńców ulubieńców wyszedł żel pod prysznic La Petit Marseillais, o zapachu pomarańczy i grejpfruta. O ambasadorskiej paczce już pisałam i zdania nie zmieniam - jestem zakochana w tych zapachach!

Żele pod prysznic Balea pojawiają się w moich denkach regularnie, ale szerzej Wam chyba o nich nie wspominałam. Dlaczego? Bo są to poprostu świetnie pachnące, dobrze myjące żele bez większych ochów. Wersja ananasowo-kokosowa Paradise Beach z letniej kolekcji limitowanej również taka była. 

Sporym zaskoczeniem za to był dla mnie żel pod prysznic Isana Fitness. Świetny, bardzo odświerzający zapach i przyjemna, jogurtowa konsystencja oraz niska cena skłaniają do ponownego zakupu :) 

Wykończyłam również kolonialną piankę do mycia ciała Organique (o wersji pomarańczowej i cukrowej już pisałam). Nie wiem, czy kupiłabym ją ponownie sobie, ale mężczyźnie - na pewno. 




P E T A L  F R E S H, A L T E R R A, I S A N A, K H A D I

O duecie Petal Fresh pisałam Wam już w poście o pielęgnacji włosów. O ile winogronowa odżywka do ostatniej kropli była świetna, tak cytrusowy szampon nawilżający pod koniec opakowania powodował szorstkość i sztywność włosów... Nieładnie.

Wykończyłam też walające się po kosmetyczce miniaturki szamponu Isany 7 ziół i odżywki z granatem Alterra. Szampon jest dobry od czasu do czasu, ale do codziennego użytku u mnie się nie sprawdza, a o odżywce pisałam już tutaj i chętnie jeszcze do niej wrócę. 

Z mojej nieuwagi na zdjęciu zabrakło olejku do włosów stymulującego wzrost Khadi. Byłam z niego bardzo zadowolona, ale w czerwcu planuję zakup olejku Ikarov. Może taka zmiana wyjdzie moim włosom na dobre, bo do Khadi mam wrażenie już się przyzwyczaiły. Jednym słowem - robił co miał robić, ale na długie olejowanie u mnie się nie nadawał, bo nieco obciążał włosy i skórę głowy. 3-4 godziny wystarczyły, żeby skóra głowy się uspokoiła i włosy wyglądały zdrowo.




G A R N I E R, T O Ł P A, I S A N A, E T R E  B E L L E

Garnier, płyn micelarny 3w1 do cery normalnej i mieszanej - usuwa makijaż, oczyszcza, przywraca równowagę. Gdybym miała wybór, do oczu używałabym wersji różowej, a do twarzy zielonej. Płyn dobrze oczyszcza skórę twarzy, ale moje oczy niestety podrażnia. Powrotów nie planuję. 

Tołpa Botanic, krem rewitalizujący i uelastyczniający biały hibiskus 30+. Wygładza drobne zmarszczki, nawilża, uelastycznia. Miałam nadzieję, że będzie to lekki, nawilżający krem na dzień, który nieco doda mojej skórze napięcia (w pozytywnym znaczeniu!). Niestety, jest to tak nijaki krem, że nie widziałam sensu o nim pisać. Na początku był naprawdę niezły, ale z czasem brakowało mi nawilżenia, a zaczęło się mocniejsze przetłuszczanie skóry... Nie dla mnie.

Isana, plasterki na wypryski z kwasem salicylowym. Pierwszy listek, czyki 12 sztuk za mną :) Dobry ratunek, chociaż jeśli spodziewacie się natychmiastowej pomocy - szukajcie czegoś innego. 

Etre Belle, kolagenowo-aloesowa maska odbudowująco-nawilżająca. Nie jestem fanką masek w płacie i ta również mnie do nich nie przekonała. O ile działanie miała świetne, tak leżenie plackiem z zimną, wilgotną szmatką na twarzy mnie nie odpręża. Ale efekty bardzo na plus! Skóra nawilżona, gładka i elastyczna na kilka kolejnych dni. 




N U X E, E M B R Y O L I S S E, R E V L O N

O balsamie w słoiczku Nuxe Reve de Miel słyszał chyba każdy i opinie są mocno podzielone. To jeden z tych kosmetyków, które albo się kocha, albo nienawidzi. Ja kocham, ale napiszę Wam o nim więcej, jeśli przetrwa ze mną kolejną zimę. Tej sprawdził się idealnie, ale może dała mu fory :)

Miniatura BB kremu Embryolisse z SPF 20 trafiła do mnie w pudełku JOYbox i gdyby nie cena, skusiłabym się na pełnowymiarowe opakowanie. Krycie ma słabe, ale ładnie ujednolica cerę i dla mnie idealnie sprawdza się na co dzień. Trafił nawet do ulubieńców, więc coś jest na rzeczy. 

Podkład Revon Nearly Naked miał być wybawieniem dla mojej mieszanej skóry. Satynowe wykończenie, lekkość i naturalny efekt mocno zachęcały do wypróbowania. O ile zimą wszystko było w porządku, tak wiosną podkład na mojej skórze wyglądał źle. Zaraz po nałożeniu jest bardzo widoczny, przypudrowany wygląda jeszcze gorzej. Jeśli dam mu czas do 'przegryzienia' się z moją skórą i sebum, jest o niebo lepiej, ale... zaczynam się bardzo szybko świecić i nie jest to na pewno satynowe wykończenie. Bez przypudrowania zaczyna się ścierać, przypudrowany wygląda jak ciastko. Technicznie nakłada się dobrze, kolor 110 ivory jest bardzo jasny, na mojej skórze nawet lekko różowy. Na razie mam serdecznie dość takiej makijażowej nagości.

Iiii zapomniałam jeszcze o zużytym masełku cytrynowym do skórek Burt's Bees, ale zachwalałam je już tutaj, więc zachęcam do klikania i czytania :)


WYRZUTKI MIESIĄCA:

NIVEA CARE. Krem ten dostałam do testów po wypełnieniu internetowej ankiety. Obietnica odżywienia bez uczucie lepkości, szybkie wchłanianie i formuła idealna dla każdego typu skóry, również pod makijaż brzmi świetnie, prawda? Fakty są takie, że krem pachniał bardzo przyjemnie, szybko się wchłaniał i był naprawdę lekki. Zero świecenia, a skóra wyglądała zdrowo i była nawilżona. Niestety trzeciego dnia zobaczyłam, że w okolicach rzuchwy dzieje się naprawdę źle. Podskórne gule, zaskórniki, a na nosie mocno rozszerzone pory. Nie było innej przyczyny, więc odstawiłam ten krem i z pomocą Effaclaru Duo+ oraz plasterków Isana na wypryski wracam do normalności. Moja mama kremem jest zachwycona, ja już do testów nie wrócę. 

STARA MYDLARNIA, PEELING DO UST. Wszystko o tym paskudztwie zostało już powiedziane, więc odsyłam Was do posta. 


Jeśli dobrnęliście do końca posta, to serdecznie Wam gratuluję! 
W nagrodę możecie mi powiedzieć, jak Wam w maju poszło zużywanie :)

pozdrawiam
Adrianna 






Już dawno nie miałam tak słabego miesiąca, jeśli chodzi o poziom zadowolenia ze zużytych kosmetyków. Oczywiście i w marcu trafiły mi się te warte wyróżnienia, do których zaliczyć mogę m.in. waniliowy zestaw The Body Shop oraz cudownie pachnący maliną i piwonią żel pod prysznic Le Petit Marseillais. Napiszę Wam również już niedługo o peelingu, który przywrócił moją wiarę w porządne zdzieraki :) Ale dziś mam dla Was piątkę średniaków (i jednego przyjemniaczka), które niczym się nie wyróżniały i cieszę się, że już opuściły moją kosmetyczkę. Zapraszam na post!




Dermedic Hydrain 3 Hialuro, krem pod oczy do skóry suchej
Krem kupiłam zachęcona innym kosmetykiem tej serii. Serum nawilżające dołączyło do moich ulubieńców, ale krem pod oczy niestety tam miejsca nie zagrzeje. Konsystencja kosmetyku jest bardzo lekka, żelowo-kremowa i idealna na dzień. Krem trafił do mnie w chwili, kiedy moje powieki były naprawdę suche i błagały o nawilżenie. Używałam go na dzień i na noc, przy czym wieczorem nakładałam solidną porcję i to mi do pewnego czasu wystarczało, ale było coraz gorzej, a może MNIEJ. Mniej nawilżenia, mniej wygładzenia wrażliwej skóry pod oczami. A najdziwniejsza rzecz zaszła po kilkudniowym odstawieniu kremu - stan powiek wrócił do normy, ani nie były przesuszone, ani nawilżone. Może krem robił więcej szkody niż pożytku? Spróbowałam, powrotów nie planuję. Dodatkowo cena ok. 30zł za 15ml również nie zachęca. Na tapecie: Oeparol, odżywczy krem pod oczy z kwasami omega i ceramidami.


Oeparol Hydrosense, płyn micelarny do demakijażu
Płyn, który doceniłam w połowie. Zmywał makijaż przeciętnie (weźcie pod uwagę, że u mnie to zazwyczaj sam tusz, ewentualnie jasne cienie) i czasami po myciu twarzy żelem pojawiała się pod oczami panda. Chcąc zmyć podkład z twarzy, trzeba było się porządnie namachać niejednym wacikiem, co niestety podrażniało skórę. Plusem było to, że Oeparol nie powodował łzawienia i podrażnienia oczu, ale mimo wszystko - to trochę za mało. Wielkim minusem jest za to fakt, że się pienił. O przelaniu kosmetyku do butelki z atomizerem nie było mowy, bo na waciku lądowała puszysta piana. Ale nawet wylany bezpośrednio z butelki na wacik potrafił zachowywać się podobnie... Jeśli szukacie czegoś delikatnego i Wasz demakijaż jest niewymagający, za cenę ok. 10zł za 200ml można spróbować, ale jakoś szczególnie nie polecam. Na tapecie: Garnier, płyn micelarny 3w1 skóra normalna i mieszana.




Perfecta Oczyszczanie, peeling enzywamtyczny minerały morskie + enzym z papai
To był mój pierwszy peeling enzymatyczny i już wiecie, że nie ostatni :) Jego działanie na skórę było poprawne. Używany regularnie nie robił skórze żadnych dodakowych problemów mimo mało ciekawego składu. Suche skórki usuwał, ale jeśli na twarzy pojawiał się większy problem - potrzebna była pomoc mechaniczna. Jego największą wadą według mnie jest to, że trzeba go nakładać na noc jak krem. Wiadomo, zabezpieczanie poduszki jest potrzebne, ale to według mnie ciągle mało higieniczne rozwiązanie. Po porannym zmyciu kosmetyku skóra była gładka, bez oznak wysuszenia. Pory w normie. Jeśli szukacie czegoś taniego, bo peeling kosztuje ok. 10zł za 50ml, to wypróbujcie. Ja już podziękuję. Na tapecie: Dermica Pure, łagodny peeling enzymatyczny do cery suchej i normalnej.

Organique, maseczka algowa z dynią i glukozą
To chyba najsilniejszy punkt tego zestawienia. Chociaż nie przepadam za rozrabianiem maseczek algowych, dla działania maski dyniowej jestem się w stanie pomęczyć. Maska peel-of ma za zadanie oczyścić skórę z toksyn, łagodzić stany zapalne, wyrównać koloryt oraz wygładzić powierzchnię. Polecana jest dla skóry odwodnionej, matowej, wrażliwej, zmęczonej i łuszczącej się. Brzmi dobrze i działa dobrze! Skóra po zdjęciu maski wygląda lepiej - jest miękka, gładka, podrażnienia są widocznie zmniejszone. Znika uczucie ściągnięcia i skóra wygląda jak po dniu na słońcu :) Prawdziwe bladziochy muszą tutaj uważać, na szczęście ten efekt nie jest długotrwały. Długo nie mogłam się do niej przekonać, ale sedecznie ją Wam polecam. Maska kosztuje 22,50zł za 50g co starszczy na kilka - kilkanaście zabiegów. 




Purederm, plastry na nos z węglem drzewnym
Z plastrami jak jest wie chyba każdy. Z prawdziwymi brzydalami zamieszkującymi nasz nos sobie nie poradzą, ale pomniejszych przyjaciół mogą wyciągnąć. Dla mnie to mimo wszystko bardziej gadżet, po który już sięgać nie będę. Lepiej te pieniążki dołożyć do sensownie oczyszczającej maski. Plastry kupiłam w Biedronce za ok, 6-7zł. W opakowaniu znajdziemy 6 sztuk. 

Bielenda Sexy Look, intensywne serum modelujące biust 
Kosmetyków do biustu miałam już wiele, ale dopiero ten zupełnie zniechęcił mnie do używania. Nie robił nic począwszy od nawilżenia, po ujędrnienie. Na temat obietnic producenta o efekcie powiększenia i podniesienia biustu się nie wypowiem, bo to spora przesada. Zużyłam z wielkim bólem i jeśli szukacie kosmetyku do biustu - szukajcie na innej półce. 20zł za 125ml to niewiele, ale efekty są żadne, więc... Szkoda czasu i nerwów. Na tapecie: Tołpa dermo body bust, serum wypełniające do biustu.


Znacie powyższe kosmetyki? A może macie o nich inne zdanie?

pozdrawiam
Adrianna 



Oczyszczanie skóry twarzy przy każdym typie cery jest bardzo ważne. Codzienny makijaż, zanieczyszczenia środowikowe, resztki kosmetyków - trzeba się tego skutecznie pozbyć :) Wieczorną pielęgnację wspieram więc maseczkami oczyszczającymi, w których małe zamieszanie wprowadziła ostatnio maska głąboko oczyszczająca na wodzie bławatkowej Łaźnia Agafii. Działa? Działa! Jeśli chcecie wiedzieć jak, zapraszam na post.


Maskę oczyszczającą z Łaźni Agafii otrzymujemy w miękkim opakowaniu z zakręcanym dziubkiem (fachowość opisu najważniejsza). Wygodne? Moim zdaniem nie do końca, jeśli kosmetyk ma nam służyć jedynie do użytku domowego (w podróży za to jest niezastąpiona). Dlatego maska trafiła do słoiczkowego opakowania, w którym swobodnie mogłam gmerać pędzlem. W konsystencji jest gęsta - typowo glinkowa, świetnie trzyma się skóry i z niej nie spływa. Nie ma problemu z rozprowadzaniem na twarzy. Nie zasycha tak mocno jak maski glinkowe, szczególnie przy nałożeniu grubszej warstwy, co sama uskuteczniam Jeśli używacie glinek, zapach powinien być Wam znaną nutą bagienka i świeżości. Nie jest to jednak zapach uciążliwy czy dominujący. Maska najlepiej sprawdza się w czasie kąpieli - ciepłe powietrze i para dodatkowo rozszerza pory, w które maska może wniknąć i je oczyścić (tak sobie to tłumaczę, jeśli jest inaczej - śmiało, wyprowadźcie mnie z błędu). Maskę trzymam na skórze ok. 15 minut, następnie bez większych problemów zmywam ciepłą wodą. 


Działanie, które można przypisać błękitnej glince, bardzo mi odpowiada :) Skóra po zmyciu maski jest czysta, pory zwężone, a podrażnienia wyciszone. Pierwsze użycia powodowały lekkie szczypanie, ale nie miało to wpływu na podrażnienie skóry. Przypomnę Wam tylko, że mam skórę tłustą/mieszaną, którą niby nic nie jest w stanie podrażnić, ale ma swoje newralgiczne miejsca jak np. skóra wokół oczu. Maska nie wysuszyła skóry w tych okolicach, ani na delikatnych policzkach. Mogę nawet uznać, że skóra po użyciu jest w stanie harmonijnego nawilżenia i oczyszczenia - nie świeci się, ale też nie jest matowa z powodu zaburzenia naturalnej warstwy ochronnej. Nie miałam też problemów z wysypem niespodzianek na twarzy, co czasami zdarza mi się po oczyszczających maskach. To wszystko składa się na nowego, maseczkowego ulubieńca :)


Skład dla ciekawskich. Moim laickim okiem jest naprawdę dobrze :) 


Jeśli nie macie bardzo wrażliwej skóry, maskę mogę śmiało polecić. Biorąc pod uwagę niewielką cenę w sklepach stacjonarnych jak i internetowych (ok. 6-7zł/100ml) i działanie - warto wyprówbować. Ja chętnie jeszcze do niej wrócę, mając na uwadze również inne maski z Łaźni Agafii. 


Jaki maski oczyszczające sprawdzają się najlepiej u Was? 

pozdrawiam, A



Ciężko znaleźć dobry kosmetyk nawilżający w formie maski. Przynajmniej ja miałam z tym problem do czasu, kiedy nie odkryłam maski-kompresu nawilżająco-odprężającego na twarz i pod oczy z Tołpy. Maskę z serii dermo face, hydrativ miałam już jakiś czas temu i ilość zdjęć jest żenująca, ale chciałabym Wam coś o tej masce powiedzieć właśnie teraz, kiedy skóra powoli przestawia się na niższe temperatury i często reguje na to przesuszeniem. Zapraszam na post :)


Głównym zadaniem maski jest zatrzymanie wody w organizmie - zbawienne dla skóry odwodnionej. Kosmetyk według producenta tworzy na skórze delikatny kompres, który silnie nawilża oraz łagodzi podrażnienia i zaczerwienienia. Przywraca uczucie komfortu, eliminuje oznaki stresu i zmęczenia. Regeneruje mikrouszkodzenia i wspomaga odbudowę bariery ochronnej. Wygładza i uelastycznia skórę. Dobroczynnymi składnikami są tutaj: torf, kompleks kiełków pszennicy, droższe i hialuronian sodu, nawilżający kompleks naturalnych węglowodanów, fucogel, olej macadamia, olej jojoba, masło shea. Brzmi nieźle, prawda? Dodając do tego brak sztucznych barwników, PEG-ów, silikonów, oleju parafinowego, parabenów i donorów formaldehydu, maska wydaje się być kosmetykiem idealnym :) Ale czy naprawdę tak jest? TAK! 

Maska nałożona na skórę daje cudowne uczucie odprężenia, ściągnięcie skóry ustępuje, a uczucie ulgi jest naprawdę błogie - jeśli miałyście maski hydrożelowe, ta maska mimo swojej kremowej konsystencji daje podobne wrażenie. Nakłada się bezproblemowo, nie spływa z twarzy, całkiem nieźle jak na swoją konsystencję zmywa. Jedynym minusem może być zapach maski, który jest trochę kremowy, trochę błotnisty. Po zmyciu skóra jest miękka, delikatna i gładka - znikają wszystkie suche skórki. Podam Wam przykład, który najbardziej przekonał mnie do tej maski. Mam ostatnio spory problem z przesuszoną okolicą oczu i krem nie daje sobie z tym rady. Nakładając maskę pod oczy i na powieki nie spodziewałam sie cudów, ale efekty pozytywnie mnie zaskoczyły :) Zniknęły wszystkie objawy podrażnienia i suchości. I najważniejsze - efekt ten nie jest chwilowy, utrzymywał się kilka kolejnych dni (oczywiście w tym czasie zwyczajnie pielęgnowałam skórę). Myślę, że używanie maski raz czy dwa razy w tygodniu byłoby idealnym sposobem na przywrócenie równowagi skórze odwodnionej :) 

skład dla ciekawskich:

Ja z pewnością do tej maski jeszcze wrócę, bo szkoda czasu na szukanie innych nawilżaczy :) Za cenę ok. 7zł dostajemy dwie porządne porcje maseczki. Nie jest to może najniższa cena, ale za taką jakość i działanie jestem w stanie tyle zapłacić. 

Miałyście okazję jej używać? A może macie swojego maseczkowego ulubieńca?

pozdrawiam, A






Przyszedł czas na trzecią maseczkę Montagne Jeunesse, którą miałam w swoich zapasach :) I niestety zakończenie mojej przygody z tą marką, wypada bardzo blado... O truskawce i czekoladzie, która zbierała najwięcej westchnień, mogłyście przeczytać na blogu już wcześniej. Teraz przyszedł czas na jagodowe rozczarowanie. 
Producent swojej maseczce przypisuje działanie głęboko nawilżające, z czym nie mogę się zgodzić. W kosmetyku znajdziemy zmiażdżony owoc jagody i żurawiny, które mają działanie antyoksydacyjne i przeciwstarzeniowe. Dodatkowo olejek z pestek winogron i aloes ukoją naszą skórę, zostawiając ją odświeżoną i nawilżoną. Spore wyzwanie, jak na maseczkę, ale do rzeczy :)


Jak już mówiłam, z głównym zadaniem maseczki niestety nie mogę się zgodzić. Fioletowa, bardzo chemicznie pachnąca papka zaraz po wylądowaniu na mojej skórze zwiastowała kilkanaście minut udręki dla nosa i tak też było. Nie jest to czysto jagodowy zapach, ma w sobie trochę kwasowości i taką perfimuarską nutkę - bardzo drażniącą. Kolor również dziwnie nienaturalny... Konsystencja przyjemna, kremowa, dobrze trzymała się skóry i przyschła tworząc ciężką do zmycia, gumową warstwę. Po zmyciu skóra była zaczerwieniona, pory rozszerzone i na pewno nie oczyszczone. Przez kilka kolejnych godzin moja skóra zaczęła nadprogramową produkcję sebum i efekt jak się pewnie domyślacie był zły - kilka ropnych chwilówek i jedna podskórna paskuda. Można to podciągnąć pod oczyszczanie się skóry po zabiegu, ale... Nie tak oczyszcza się moja skóra :) To reakcja na czynnik zapychający. Czy znalazło się coś pozytywnego? Pod takie działanie można podciągnąć chyba fakt, że skóra była miękka i odprężona, aż za bardzo :) Maseczki Montagne Jeunesse znajdziecie przede wszystkim w drogeriach Natura w cenach od 6-7zł. 

skład dla ciekawskich:

To już ostatnia maseczka jaką miałam z tej firmy i niestety w żadnej z nich nie znalazłam swojego ideału :) Dlatego też na razie nie mam zamiaru do nich wracać. Mam jeszcze kilka nienaruszonych ciekawostek w domu, które dopraszają się o uwage i już czas najwyższy się nimi zająć.

A Wy? Macie swoich maseczkowych ulubieńców, czy wracacie wciąż po sprawdzone kosmetyki?

pozdrawiam, A




Dziś druga z obiecanych maseczek Montagne Jeunesse. O czekoladzie możecie poczytać tutaj!, a na jagodę będzie trzeba troszkę poczekać. Sezon truskawkowy w pełni i mam nadzieję, że zajadacie się owocami póki są dostępne :) Też macie takie wrażenie, że truskawki są zdecydowanie za krótko? Eh... Na szczęście producenci kosmetyków przemycają w swoich produktach truskawki, z lepszym lub gorszym skutkiem. Jak było w przypadku głęboko nawilżającej i odblokowującej pory maseczki 'truskawkowy podmuch'? Zapraszam do czytania :)

Na opakowaniu nie znajdziemy wielkich poematów na temat działania maseczki. Krótko mówiąc, maseczka ma odżywić cerę i ją nawilżyć. Sprawić, że nasza skóra zacznie oddychać - właściwości łagodzące mają tu wanilia i aloes. Oczyszczenie zapewniają nam kwasy owocowe zawarte w truskawkach. Maseczkę nakładamy na twarz na ok. 15-20 minut i czekamy na efekty :)


Maseczka ma konsystencję gęstej pasty koloru truskawek z kremem. Po otworzeniu opakowania uderzył mnie cudowny, naturalny zapach - jakby miseczka z owocami stała przede mną! Niestety, moja radość trwała krótko, bo po nałożeniu kosmetyku na twarz czułam jedynie dość chemiczny krem. Maseczka przez 20 minut przyschła, tworząc na twarzy gumową skorupkę. Efekty? Po zmyciu maseczki (najlepiej sprawdzi się gąbeczka), moja skóra wyglądała naprawdę dobrze :) Pory oczyszczone, mniej widoczne. Cera wygładzona, przyjemna w dotyku i delikatnie pachnąca truskawkami. Dodatkowo w kosmetyku zatopione są drobinki, pewnie pestki truskawek, które podczas zmywania delikatnie peelingowały skórę. Maseczki dostępne są przede wszystkim w drogeriach Natura. W regularnej cenie kosztują ok. 6-7zł, ale coraz częściej są w promocji i wtedy za saszetkę zapłacicie ok. 4zł. Nie wiem czy zostanę wierną fanką tej maseczki, bo mimo wszystko ta mocno kremowa nuta 'pod nosem' mi przeszkadzała. Ale jeśli będę szukała nawilżającej i nieźle oczyszczającej maseczki, pewnie po nią sięgnę.


Póki co z chęcią połączyłabym działanie truskawki z przyjemnością nakładania maseczki czekoladowej :) Zobaczymy co przyniesie jagoda, która ma działanie nawilżające, przeciwstarzeniowe i oczyszczające. Cuda, cuda! 

pozdrawiam, A




Moja skóra już trochę zatęskniła za maseczkami z saszetki, więc zakup kilku był jak najbardziej wskazany. O Montagne Jeunesse coś tam słyszałam - choć niewiele. Sama miałam jedynie płatki pod oczy tej marki, o których niebawem Wam opowiem. Maseczki te dostać możecie przede wszystkim w drogeriach Natura i w regularnej cenie kosztują one ok. 6-7zł. Ostatnio coraz częściej są w promocji i wtedy za saszetkę zapłacicie ok. 4zł. Jest to przystępna cena, bo maseczką możecie podzielić się z siostrą czy mamą (na pewno starczy na dwie buźki) lub nałożyć obficie na twarz i dekolt. Ja wybrałam opcję drugą, bo nikogo specjalnego pod ręką nie miałam... I niech żałuje, bo był to wyjątkowo przyjemny zabieg :) Ale o tym niżej - zapraszam na post o czekoladowym kuszeniu.


Czekoladowa maseczka oczyszczająca ma za zadanie przede wszystkim odżywić naszą skórę dzięki zawartości składników naturalnych. Ma również działanie głęboko oczyszczające i wspomagające odblokowanie porów oraz usunięcie zanieczyszczeń. Połączenie masła shea, masła kakaowego oraz soli z Morza Martwego ma odżywić, nawilżyć, a przede wszystkim zachować młody wygląd naszej skóry. Brzmi naprawdę dobrze :) A jak maseczka realnie działa?

Jak się pewnie domyślacie już samo nakładanie maseczki wprowadza nas w świetny nastrój za sprawą zapachu. Jeśli lubicie czekoladowe brownies, ten kosmetyk na pewno Wam się spodoba :) Gęsta, kremowa konsystencja przypomina trochę polewę do ciasta (zarówno kolorem, zapachem jak i konsystencją), która pod wpływem ciepła przyjemnie rozprowadza się po twarzy. W czasie zabiegu zapach nie jest już tak wyczuwalny, ale przy zmywaniu pozwala nam na nowo poczuć się jak w siódmym niebie. Nie ma najmniejszego problemu ze zmywaniem, ale radzę to robić w wannie, bo maseczka ze względu na kolor robi dużo bałaganu. Efekty na skórze są równie przyjemne jak doznania zapachowe. Nie mogę powiedzieć, że jest to cudo i będziemy wyglądać jak milion dolarów, ale... Moja dość przesuszona ostatnio skóra była miękka, delikatna i widocznie zadowolona. Zniknęło uczucie dyskomfortu, zaaplikowany po maseczce krem świetnie się wchłonął. Ciężko mi powiedzieć, czy skóra była jakoś wyraźnie oczyszczona. Z działania jestem jednak bardzo zadowolona i z chęcią jeszcze do niej wrócę :)


Miałyście już okazję używać tego czekoladowego cudaka? 
Jakich maseczek do twarzy najchętniej używacie?

pozdrawiam, A



Mam wrażenie, że zrobiłam się strasznie wybredna - i wcale nie chodzi o kosmetyki :) Wczorajszy dzień spędziłam szwendając się po sklepach w poszukiwaniu jakiegoś fajnego ciucha i co? Nico. Kompletnie nic mi się nie spodobało... Także tej wiosny będę chyba chodzić nago. 
Kosmetycznie trochę lepiej, kilka kolejnych drobnostek mi przybyło, ale o tym innym razem. Dziś chciałabym Wam opowiedzieć o topie minionego, lutowego denka. Nie ma tego dużo, bo i miesiąc nie był jakoś wyjątkowo bogaty w cuda na kiju :) Zapraszam.


Regenerum, regeneracyjne serum do paznokci
Nie mogę narzekać na swoje paznokcie - są dość mocne, nie rozdwajają się, szybko rosną. Co prawda mają nierówną powierzchnię, podłużne prążki, ale już się do nich przyzwyczaiłam :) Niestety, kiedy zapominam o systematycznej pielęgnacji i dożywianiu, płytka przesusza się i pojawiają się charakterystyczne zadziory. Ratunkiem jest właśnie Regenerum, które świetnie nawilża i odżywia paznokcie. Używam go przy każdej zmianie lakieru, jeśli nie chcę się rozstawać z kolorem na paznokciach, lub jako kuracji na gołą płytkę przez kilka dni pod rząd. Konsystencja oliwki i pędzelek to idealne połączenie, serum nakłada się dzięki temu bardzo wygodnie. Cena to ok. 13zł w aptece DOZ. Naprawdę warto spróbować!

Kolagen naturalny, maseczka last minute z kolagenem i glinką kaolinową
Maseczka idealna. Nie spodziewałam się zupełnie działania, które mnie bardzo pozytywnie zaskoczyło :) Pory zwężone, skóra czysta i świeża. Po zmyciu cera była nawilżona, gładka i wyglądająca zupełnie jak nie moja. CUDO! Mocno zastanawiam się nad zakupem kolagenu i glinki, bo niestety koszt maseczki jest dosyć spory - 17zł za jeden zabieg to dla mnie dużo... Jeśli chcecie zafundować sobie taki rarytas, maseczkę kupicie np. tutaj. W opakowaniu znajdziecie woreczek strunowy z glinką i mały słoiczek kolagenu. Po zmieszaniu całość jest gęsta, więc dodałam trochę olejku różanego. 

Joanna, peeling do ciała z ekstraktem z bzu
O tym peelingu można było przeczytać na wielu blogach, więc rozpisywać się nie będę :) Peeling pachnie cudownie moimi urodzinami, czyli bzem. Dobrze ściera, jest całkiem wydajny i nie rujnuje naszej kieszeni - ja swój kupiłam za ok. 10zł. Ma żelową konsystencję i niie zostawia tłustej warstwy, więc jeśli tego nie lubicie, pozycja obowiązkowa. Na pewno jeszcze się u mnie pojawi.

Miałyście okazję używać glinki kaolinowej? Jestem bardzo ciekawa jej działania :)

pozdrawiam, A






Druga odsłona masek z Ziaji. Tym razem wybrałam nawilżającą, bo mróz i centralne ogrzewanie nawet mojej tłustej skórze dały popalić. Zaczęła potrzebować bogatszych kremów do tego stopnia, że zimowym kremem od Pharmaceris nie pogardziła :) Wcześniej mnie po nim wysypywało i pory były mocno zapchane. Ale o kremie napiszę wam później, dziś w roli głównej...




Maska nawilżająca z glinką zieloną, skóra sucha, normalna

Opakowanie: standardowa saszetka.
Konsystencja: kremowa, gęsta maska w miętowym kolorze - dobrze się nakłada i trzyma twarzy.  
Wydajność: maska tak jak poprzednio starczyła mi na jedno użycie, uwzględniając szyję.
Zapach: bardzo delikatny, praktycznie niezauważalny. Nie ma co w nim szukać wanilii z maseczki regenerującej...
Działanie: po zmyciu maseczki stanęłam przed lustrem i czekałam. Zazwyczaj moja skóra po kilku chwilach daje mi znać co sądzi o zabiegach, jakie jej funduję :) Ale tym razem cisza, spokój, więc myślę - wow! Skóra była miękka, aksamitna w dotyku i wyraźnie "dowilżona" - suche skórki zniknęły, nieprzyjemne uczucie ściągnięcia i napięcia ustąpiło. Nie czułam mimo to obciążenia, jakie często dają takie maseczki. Czułam jedynie, jakby na twarzy pozostał kojący, delikatny kompres - cudo! Ale wstrzymałam się z nałożeniem kremu, żeby przekonać się, czy ten błogi stan zostanie ze mną na dłużej. No i niestety, po około 20 minutach skóra zaczęła się ściągać, suche skórki powoli zaczęły wyłazić... Szkoda, bo myślałam że maseczka da trochę więcej niż złudzenie. Do tego kolejnego dnia wyskoczyło mi kilka chwilówek, które już zupełnie mnie zniechęciła (szczególnie ta na środku nosa!). Także ja podziękuję...
Cena: od 1,50zł do 2zł.

Znacie jakieś skuteczne, nawilżające maseczki?
A może lubicie maseczkę z Ziaji?

pozdrawiam, A



Ostatnio zupełnie odpuściłam sobie maseczki, co dobitnie odbiło się na mojej cerze - jest szara, zmęczona i lepiej ją zakryć niż pokazać ludziom... Do tego dość zanieczyszczona, a przecież tuż za zakrętem czai się wiosna! Dlatego wprowadzam maseczkowy plan naprawczy, w skrócie mpn.

O maseczkach z Ziaji wiecie pewnie więcej niż ja, bo wstyd się przyznać, ale... to moje pierwsze egzemplarze. I mogę już po cichu powiedzieć, że nie ostatnie :) Dziś zaczniemy od maseczki regenerującej z glinką brązową. Maseczka przeznaczona jest do każdego rodzaju skóry.



zapewnienia producenta:

zdjęcie można powiększyć, klikając na nie


Opakowanie: to tradycyjna saszetka o pojemności 7ml. Używam do maseczek pędzla Maestro, który pozwala opróżnić takie opakowanie do ostatniej kropli :)
Konsystencja: idealna - maseczka w kolorze błotka nie spływa z pędzla, dobrze trzyma się skóry. Bezproblemowa przy aplikacji, gorzej przy zmywaniu - ale tak to już jest z glinkami, że kiedy podeschną stawiają opór.
Wydajność: saszetka wystarczyła mi na jedno użycie. Nałożyłam ją grubszą warstwą jak nakazał producent, uwzględniając również szyję. Moim zdaniem to ilość idealna, bo nic się nie marnuje, nie wysycha itd. nie trzeba bawić się w przelewanie.
Zapach: uwielbiam ją za to! Przepyszny, słodki zapach budyniu waniliowego :) Wyczuwalny nawet teraz, kiedy opakowanie jest już puste. Pewnie to sprawka jakiegoś "smrodka" w składzie, ale mojej skórze to zupełnie nie przeszkadza.
Działanie: producent obiecuje odżywienie, regenerację i odżywienie. Mogę się z tym jak najbardziej zgodzić. Po zmyciu maseczki moja skóra była odprężona, wygładzona i bardzo przyjemna w dotyku. Zniknęło nieprzyjemne uczucie ściągnięcia. Za to ogromny plus! Po takiej dawce odżywienia moja skóra często wyrzuca jakieś drobne krostki, ale tym razem nic takiego się nie działo. Jestem bardzo zadowolona i na pewno kolejne saszetki zasilą moje maseczkowe pudełko :)
Cena: za 7ml zapłacimy od 1,50zł do 2zł w zależności od miejsca zakupu. Ja swoje kupiłam w promocji za 1,49zł już jakiś czas temu.



Mam nadzieję, że uda mi się wprowadzić na stałe rytuał maseczkowy. Na mojej łazienkowej półce czai się jeszcze kilka zapomnianych saszetek na różne przypadłości cery, a nawet glinka. Mogę się też założyć, że przy kolejnej wizycie w drogerii jakaś mała, niewinna maseczka do tych zbiorów dołączy :) 
A w najbliższej kolejce do użycia mam jeszcze kilka saszetek, m.in:
- Ziaja maska nawilżająca
- Ziaja maska anty-stres
- Ziaja maska oczyszczająca


Macie wśród nich swoją ulubioną? A może polubiłyście tak jak ja maseczkę regenerująca?
Czekam na wasze komentarze :) Chętnie poczytam, czego używacie dla podratowania stanu skóry po zimie.

pozdrawiam słonecznie, A!



Maseczkę algową z The Body Shop kupiłam już jakiś czas temu w promocji: 
przy zakupie dwóch kosmetyków do twarzy, tańszy 50% taniej. 
Wybrałam się po zestaw miniaturek z tej serii (który bardzo mi odpowiadał) 
i do kompletu dobrałam sobie maseczkę. 


Maska ma za zadanie przede wszystkim oczyścić naszą skórę i regulować wydzielanie sebum.
Przeznaczona jest do skóry tłustej i mieszanej - nie polecam jej osobom wrażliwym, 
bo na pewni nie będą zadowolone :) Ale o tym za chwilę.

Na wizaz.pl można o niej przeczytać:

Głęboko oczyszczająca maska z ekstraktami z alg z wybrzeży Francji i kombinacji działania naturalnej jonowej glinki (glinka chińska i termalna oraz morskie błoto) żeby wymazać nieczystości z porów, odblokować je, zmniejszyć ich wielkość oraz zmniejszyć nadmierne wydzielanie sebum. Wzbogacona minerałami żeby dodatkowo odżywić, poprawić koloryt i doprowadzić do formy twoją skórę.

Producent niestety poskąpił opisu jej działania na opakowaniu...



Opakowanie: Wygodny, plastikowy odkręcany słoik. 
Przy takiej konsystencji to idealne rozwiązanie - łatwo można wyciągnąć maskę, nawet 
przy końcu opakowania. Nie jest to może higieniczne, ale zawsze można użyć patyczka do maski :) 



Konsystencja: Błotna, gęsta i zwarta. Dobrze rozprowadza się ją pędzlem na lekko wilgotnej skórze. 
Nie spływa, nie ma problemu z równomiernym jej nałożeniem. Mniej więcej w połowie opakowania 
(czyli po jakiś 4 miesiącach od zakupu) maska zmieniła konsystencję i ciężej się ją nakłada - wskazane
są palce i rozmieszanie maski przed użyciem. Pewnie trochę podeschła. 
Jeśli chodzi o wydajność to tutaj duży plus - przy nakładaniu pędzlem starcza na naprawdę długi czas.
Przeczytałam na jednym z blogów, że starcza na 5 użyć... szczerze nie wiem,
jak dużo trzeba jej nałożyć, żeby po 5 użyciach zobaczyć denko... 

Jeśli chodzi o schnięcie i późniejsze zmywanie, to można ją od czasu do czasu spryskać wodą termalną, 
żeby nie zaschła za mocno - później ciężko ją zmyć. Ja używam do tego szczoteczki do mycia twarzy :)


Zapach: Specyficzny, dość ostry. Mi on nie przeszkadza, mogę śmiało powiedzieć, że go lubię :) 
Tak samo pachnie cała seria, więc algowy, odświeżający zapach był ze mną codziennie rano i wieczorem.

Działanie: Jak najbardziej pozytywne! Mogę powiedzieć, że maska ma tylko jeden minus. 
Po kilku minutach od nałożenia skóra zaczyna szczypać - dlatego nie polecam jej dziewczynom, 
które mają wrażliwą skórę. Nie jest to uczucie przyjemne, ale jak mówi babcia - chcesz być piękna, to cierp!

Plusy? Skóra po użyciu maseczki jest czysta, odświeżona i odżywiona. 
Nie zauważyłam przesuszenia czy podrażnienia. Szczypanie i związany z nim dyskomfort mijają 
wraz ze zmyciem maski. Maska świetnie matuje i efekt utrzymuje się przyzwoicie długo. 
Ja z jej działania jestem bardzo zadowolona, ale po kuracji TriAcnealem niestety moja skóra 
jest zbyt delikatna na jej stosowanie. Kiedy ustabilizuję pielęgnację mojej skóry, 
na pewno kupię ją ponownie :)

Jeśli chodzi o cenę, bo ona budzi zawsze sporo emocji - jeśli używacie jednej maski oczyszczającej, 
to zakup według mnie jak najbardziej się opłaca - za 100ml płacimy 50zł. 
Czyli w przeliczeniu za 10ml opakowanie zapłacimy 5zł - jak za saszetkę maseczki w drogerii :)
Jak już kiedyś pisałam na składach się nie znam - używam tego, 
co odpowiada mojej skórze, więc dodaję tylko dla ciekawskich.


Używałyście jej? Jakie są wasze odczucia?
pozdrawiam, A!


Obsługiwane przez usługę Blogger.