Jeszcze kilka lat temu nie lubiłam mojej cery. Gdybym wtedy z dystansem spojrzała na codzienną pielęgnację, mogłabym nawet powiedzieć, że nasze stosunki były fatalne. Dopiero z wiekiem dotarło do mnie, że traktowanie twarzy jak ściery (czyszczenie jej silnymi środkami i podlewanie alkoholowymi tonikami) nie przynosi żadnego skutku. Skóra wygląda wtedy źle, przetłuszcza się i atakuje ją naprawdę pokaźna grupa wszelkiego rodzaju paskudztw. Teraz nie funduję jej już pielęgnacyjnego rauszu i staram się równoważyć oczyszczanie, odżywianie i nawilżanie. Jak więc w mojej pielęgnacyjnej rutynie odnalazł się biosiarczkowy żel głęboko oczyszczający do mycia twarzy Balneokosmetyki? Zapraszam na recenzję.


- źródło - 


Kosmetyki Malinowego Zdroju pojawiły się u mnie w zestawie dedykowanym cerze tłustej, mieszanej i trądzikowej. O masce wspomniałam już w ulubieńcach, o kremie na pewno jeszcze napiszę. Więcej o Balneokosmetykach przeczytacie na stronie producenta tutaj i o samym zestawie tutaj. 





Co o żelu mówi producent i co ja o tym myślę?


* Dokładnie i głęboko oczyszcza skórę z wszelkich zanieczyszczeń nie podrażniając jej bariery ochronnej - zgadzam się! Skóra po użyciu jest czysta, a żel świetnie radzi sobie z resztkami makijażu. Nie odczuwam silnego dyskomfortu czy ściągnięcia nawet przy użyciu ściereczki muślinowej, która dodatkowo złuszcza naskórek.

* Usuwa nadmiar tłuszczu z powierzchni skóry i reguluje pracę gruczołów łojowych, zmniejszając wydzielanie sebum. Z tym sebum to u mnie jest bardzo różnie. Czasami moja skóra świeci się po kilku chwilach od umycia, a czasami zajmuje jej to kilka godzin. Wiem, że ma na to wpływ tak wiele czynników (zewnętrznych jak i wewnętrznych), że od żelu cudów nie wymagam. Myślę, że jest lepiej i bardzo się z tego cieszę.

* Odblokowuje i zwęża pory, chroniąc przed powstawaniem zaskórników, wągrów i wykwitów skórnych. TAK! Moje pory są czyste i o wiele mniej widoczne od kiedy używam całego zestawu. Widzę tu też rolę aktywnego serum regulującego z Bielendy do cery tłustej i mieszanej, o którym jeszcze ode mnie usłyszycie :) Moja skóra ostatnio naprawdę się poprawiła i nie muszę się już martwić niespodziankami po przebudzeniu - wyłączając oczywiście miesięczne zmiany hormonalne.

* Łagodzi stany zapalne i poprawia wygląd skóry. Jeśli znacie ten moment, w którym żel oczyszczający dociera do świeżej niedoskonałości i zaczyna piec, szczypać i ogólnie drażnić skórę - tutaj nie musicie się o to martwić. Żel chociaż świetnie oczyszcza, nie jest drażniący dla naszej cery.

* Pomaga zwalczać trądzik i przeciwdziała jego ponownemu powstawaniu. Nie mam typowego trądziku, więc ciężko mi coś o tym powiedzieć. Wiem jednak, że mojej skóry nie męczą już żadne skórne zmiany i jestem z jej stanu (poza błyszczaniem) bardzo zadowolona.

* Wygładza i wyrównuje powierzchnię skóry, pozostawiając ją czystą, gładką i świeżą. Ciężko mi powiedzieć, czy to tylko zasługa żelu - używam złuszczającej ściereczki muślinowej, serum o podobnym działaniu i peelingu enzymatycznego dość regularnie, więc swoją skórę złuszczam na wielu polach. Zgodzę się jednak w 100% ze stwierdzeniem, że moja skóra jest czysta, gladka i świeża po każdym użyciu! :) I o to przecież chodzi, prawda?





Producent zaleca stosowanie żelu rano i wieczorem, ale ja do swojej pielęgnacji włączam często delikatniejszą opcję, jaką jest pianka do mycia twarzy z granatem i kiwi Alterra. Wieczorem oczyszcza trochę słabo, ale rano radzi sobie nieźle. Dlatego dopiero jeśli używam wieczorem olejków i czuję potrzebę silniejszego oczyszczania skóry rano, sięgam po żel. 

Opakowanie jest moim zdaniem po prostu dobre - wizualnie przyjemne dla oka i przede wszystkim wygodne. Korek w środku trochę się brudzi ale rozumiem, że otwór przez który wypływa żel musi być nieco większy ze względu na drobinki. Są one w pierwszym momencie wyczuwalne pod palcami, a z czasem rozpuszczają się na skórze. Nic się jednak z opakowania nie wylewa wbrew naszej woli, gdyż żel nie jest ani za rzadki, ani za gęsty - sprawdza się tak samo dobrze na ściereczce muślinowej, jak i na naszych dłoniach. Jego wydajność jest dobra, chociaż w duecie ze ściereczką jak każdy kosmetyk schodzi nieco szybciej. W kwestii zapachu jestem jak najbardziej na tak - na myśl przychodzi mi cytrusowa glinka, więc nie musicie obawiać się nieprzyjemnego, siarkowego aromatu :)

Podsumowując. Kosmetyk naprawdę dobrze się u mnie sprawdził. Chociaż początkowo nie byłam zachwynoca jego 'mocą' oczyszczania, z czasem doceniłam brak podrażnień oraz przesuszenia skóry. Nie wiem jak poradziłby sobie z moją skórą samodzielnie, ale wraz z maską i kremem do twarzy z tej samem serii mogę śmiało wciągnąć go na listę kosmetyków, do których na pewno kiedyś wrócę. 




Skład: Aqua (Water), Acrylates Copolymer, Sulphide - Sulphide Hydrogen Salty Mineral Water, Sodium Laureth Sulfate, Cocamidopropyl Betaine, Propylene Glycol, Peat Extract, Saponaria Officinalis (Soapworth) Extract, Sulphide-Sulphide Hydrogen Salty Mineral Water, Salix Alba (Willow) Bark Extract, Sodium Cocoyl Apple Amino Acids, Simmondsia Chinensis (Jojoba) Butter, Hydrogenated Jojoba Oil, Citrus Grandis (Grapefruit) Peel Oil, Sodium Chloride, Sodium Hydroxide, Panthenol, Limonene, 2-Bromo-2-Nitropropane-1,3-Diol, Methylchloroisothiazolinone, Methylisothiazolinone, Disodium EDTA


Biosiarczkowy żel głęboko oczyszczający dostaniecie oczywiście na stronie Balneokosmetyki tutaj i warto zapisać się do newslettera - mi udało się upolować dzięki temu zestaw w promocji -50%! W cenie regularnej za 200ml żelu musimy zapłacić 29zł. O Balneokosmetyki pytać możecie też w aptekach, ale nie znam niestety konkretnych adresów.


Jak widzicie ja z biosiarczkowego żelu jestem naprawdę zadowolona. 
A Wy miałyście okazję spróbować Balneokosmetyków? 
Macie już wśród nich swoich ulubieńców? 



pozdrawiam
Adrianna



PS. Aktualnie na stronie Balneokosmetyki znajdziecie promocję na kremy do rąk -30% do 15.10.



Chociaż nie spodziewałam się cudów, to jednak liczyłam, że kosmetyki Bandi okażą się dla mojej skóry dobre. Jak już pewnie widzicie po tytule posta jest inaczej, szczególnie w kwestii kremów. Peeling okazał się poprostu niegroźny. Pamiętajcie jednak, że każda cera jest wyjątkowa i wymaga innej pielęgnacji :) Jeśli jesteście ciekawe mojej opinii o subtelnym peelingu enzymatycznym i intensywnie nawilżającym kremie (zestaw ten wygrałam u INFALLIBLELIFESTYLE) oraz kremie z algami morskimi - zapraszam na post!


Bandi Delicate Care, subtelny peeling enzymatyczny




Po pierwsze, to kosmetyk zdecydowanie za delikatny. Nie robi z moją skórą nic, co mogłoby sugerować, że użyłam peelingu enzymatycznego... Dużo lepsze efekty zauważam po peelingu z Dermiki. Po nałożeniu mam wrażenie, że powierzchnia mojej skóry jest czymś obłożona i nie może oddychać, a uczucie to nie znika nawet po zmyciu kosmetyku. Konsystencja peelingu jest kremowa, gęsta i lekko klejąca. Dobrze się nakłada i chociaż powoduje na początku lekkie mrowienie, po kilku minutach ono ustaje. Biały kolor z czasem staje się przezroczysty. Pachnie specyficznie - słodko, pudrowo, owocowo? Nie wiem, ale przez 15-20 minut (tyle sugeruje producent) może skutecznie obrzydzić. Zmywa się całkiem nieźle - najpierw używam wacików (wtedy peeling przypomina miodek z ucha, wybaczcie porównanie), a resztę zmywam za pomocą pianki Alverde czy delikatnego żelu oczyszczającego.

Efekty? Skóra jest lekko ściągnięta i nieco gładsza, ale tylko tam, gdzie była gładka już wcześniej...  Podsumowując - to kosmetyk nie dla mnie. Jest za delikatny, a czas w jakim ma według producenta działać uprzykrza zapach. Kwestia gustu, ale mój podpowiada - nigdy więcej.



Macie doświadczenia z tym peelingiem? Czytałam opinie w sieci i nie jest to niestety ulubieniec tłumów. Pozostaje się więc cieszyć, że przynajmniej nie wywołał u mnie wysypu na skórze, bo i tak się u dziewczyn zdarzało.


Bandi Delicate Care, krem z algami morskimi



Bandi Hydro Care, krem intensywnie nawilżający




I tutaj mogę kremy podsumować razem, bo obie formuły zadziałały podobnie. Nie będę się mocno rozpiwywać, bo chyba nie ma to większego sensu - kosmetyków używałam krótko, więc też byłoby to niemiarodajne.

W trakcie pierwszych 2-3 dni używania byłam zachwycona :) Skóra mojej twarzy szczególnie przy kremie z algami nie świeciła się, a lekka formuła wyjątkowo mi podpasowała. Do tego zniknął problem z suchymi skórkami czy ściągnięciem skóry. Krem nawilżający był nieco cięższy, ale nadal nie wywoływał potoku sebum. Cała radość mijała w momencie, kiedy linia mojej rzuchwy i broda zaczynały wyrzucać coraz to ciekawsze zjawiska. Od drobnych niedoskonałości, po bolące bulwy. Podejścia były dwa do każdego kremu i za każdym razem ich odstawienie powodowało uspokojenie skóry po 3-4 dniach, dzięki doleczaniu cery z Effaclar Duo+. Nie mam pojęcia czy to wina konkretnego składnika czy całej formuły, ale te kremy zdecydowanie nie są dla mnie. 

Nie mówię przy tym, że kremy Bandi, które miałam okazję testować są złe i nie kupujcie ich pod żadnym pozorem, nie. Ze względu na świetne opakowania z pompką typu air less kremy powędrowały do nowych właścicielek. Obie są starsze ode mnie i ich skóry wymagają nawilżenia oraz odżywienia, dodatkowo są skórami delikatnymi i skłonnymi do reakcji alergicznej. Nie słyszałam od nich żadnych skarg i uwag, z kosmetyków są zadowolone :) 

Dlatego jeśli macie cerę tłustą, skłonną do zapychania i potrafiącą strzelić focha - poczytajcie więcej opinii w sieci. Ja swoje pielęgnacyjne kroki kieruję w inną stronę :)


Jakie macie doświadczenia z kosmetykami do twarzy Bandi? 
Wiele z Was zareagowało pozytywnie pod postem, w którym pokazywałam Wam całą trójkę i domyślam się, że jestem w niezadowolonej mniejszości :) Ale już się szczerze mówiąc przyzwyczaiłam, że polecenia i rzeczywistość z moją cerą to dwie różne sprawy. Dlatego szukam dalej i wcale nie rozpaczam!

pozdrawiam
Adrianna 





Jeśli jeszcze o nim nie słyszałyście o kremie Effaclar Duo + z La Roche-Posay, to znam jedno sensowne wytłumaczenie. Wasza skóra jest bezproblemowa, czego serdecznie zazdroszczę! Moja niestety regularnie raczy mnie przetłuszczaniem strefy T, wysypem paskudztw na linii rzuchwy, rozszerzonymi porami i średnio zachęcającym stanem ogólnym. Jak z tym wszystkim poradził sobie Effaclar Duo +?

Bardzo dobrze, a właściwie tak, jak jeszcze żaden krem do tej pory. Co miało się wykluć na twarzy, wykluło się, a kolejne niedoskonałości pojawiały się głównie po szaleństwach kulinarnych :) Skóra uspokoiła się na tyle, że dręczyły mnie jedynie zmiany związane z cyklem miesięcznym. Pory były wyraźnie zmniejszone. Nieźle prawda?




Największa obawa związana z przesuszeniem skóry się nie spełniła - pamiętajcie tylko o tym, żeby zrównoważyć działanie Effaclaru dobrym kremem nawilżającym na dzień/noc, w zależności od tego, w jakiej kombinacji bardziej będzie Wam odpowiadał. Ja aktualnie używam go na noc, na dzień funduję mojej skórze coś odżywczo-nawilżającego i nie mam problemów z suchymi skórkami czy przesuszonymi miejscami na twarzy.

Z czym więc krem sobie nie poradził? Z wydzielanym przez moją skórę sebum. Nadal niestety solidnie się świecę, a ostatnio moja skóra nadrabia stracony (?!) czas... Co do rozjaśnienia zmian czy przebarwień po starych niedoskonałościach, to cudownego uzdrowienia nie zauważyłam, ale przynajmniej nowe paskudy przechodzą bez echa. Reszta jest delikatnie jaśniejsza, ale też nie mam takich 'pamiątek' dużo, więc krem nie mógł za bardzo się wykazać.




Techniczna strona kremu również mi odpowiada - wygodne opakowanie z nakrętką, precyzyjnym dziubkiem i miękką tubą, którą można maltretować do ostatniej kropli kosmetyku. Szata graficzna raczej skromna, typowa dla tej linii La Roche-Posay, zapakowana oczywiście w biało-niebieski kartonik. Konsystencja kremu lekka, żelowo-kremowa. Szybko się rozsmarowuje, wchłania i jest naprawdę wydajna. Do zapachu jestem już tak przyzwyczajona, że ciężko mi w nim wyczuć cokolwiek charakterystycznego. Na pewno nie jest wyczuwalny na skórze. Cena kremu uzależniona jest od miejsca zakupu - najmniej zapłaciłam za niego 35zł, najwięcej... 47zł? Warto szukać okazji, chociaż nie jest tak źle, jeśli weźmiemy pod uwagę dobrą wydajność i 40ml pojemności.




Skończyłam wlaśnie trzecie lub czwarte opakowanie i moja cera potrzebuje przerwy. Zauważyłam, że Effaclar Duo + już tak dobrze nie radzi sobie z oczyszczeniem i napadami wyprysków, do których coraz częściej dochodzi (mam już na oku kilku podejrzanych). Dlatego na jakiś czas znika z mojej kosmetyczki, ale jeśli nie znajdę dobrego następcy - zaproszę go ponownie do mojej pielęgnacji :)


Miałyście okazję używać tego kremu? Sprawdził się u Was?

pozdrawiam
Adrianna 






O ile kwietniowe denko było raczej skromne, tak w maju poszło mi już o niebo lepiej :) Powrót do starej formy motywuje do zużywania i pisania Wam o tych lepszych, ciekawszych, a czasami totalnie nie udanych kosmetycznych przygodach. Zapraszam na post z majowymi zużyciami.




B A L E A,  I S A N A,  L P M , O R G A N I Q U E

Na prowadzenie wśród kąpielowych ulubieńców ulubieńców wyszedł żel pod prysznic La Petit Marseillais, o zapachu pomarańczy i grejpfruta. O ambasadorskiej paczce już pisałam i zdania nie zmieniam - jestem zakochana w tych zapachach!

Żele pod prysznic Balea pojawiają się w moich denkach regularnie, ale szerzej Wam chyba o nich nie wspominałam. Dlaczego? Bo są to poprostu świetnie pachnące, dobrze myjące żele bez większych ochów. Wersja ananasowo-kokosowa Paradise Beach z letniej kolekcji limitowanej również taka była. 

Sporym zaskoczeniem za to był dla mnie żel pod prysznic Isana Fitness. Świetny, bardzo odświerzający zapach i przyjemna, jogurtowa konsystencja oraz niska cena skłaniają do ponownego zakupu :) 

Wykończyłam również kolonialną piankę do mycia ciała Organique (o wersji pomarańczowej i cukrowej już pisałam). Nie wiem, czy kupiłabym ją ponownie sobie, ale mężczyźnie - na pewno. 




P E T A L  F R E S H, A L T E R R A, I S A N A, K H A D I

O duecie Petal Fresh pisałam Wam już w poście o pielęgnacji włosów. O ile winogronowa odżywka do ostatniej kropli była świetna, tak cytrusowy szampon nawilżający pod koniec opakowania powodował szorstkość i sztywność włosów... Nieładnie.

Wykończyłam też walające się po kosmetyczce miniaturki szamponu Isany 7 ziół i odżywki z granatem Alterra. Szampon jest dobry od czasu do czasu, ale do codziennego użytku u mnie się nie sprawdza, a o odżywce pisałam już tutaj i chętnie jeszcze do niej wrócę. 

Z mojej nieuwagi na zdjęciu zabrakło olejku do włosów stymulującego wzrost Khadi. Byłam z niego bardzo zadowolona, ale w czerwcu planuję zakup olejku Ikarov. Może taka zmiana wyjdzie moim włosom na dobre, bo do Khadi mam wrażenie już się przyzwyczaiły. Jednym słowem - robił co miał robić, ale na długie olejowanie u mnie się nie nadawał, bo nieco obciążał włosy i skórę głowy. 3-4 godziny wystarczyły, żeby skóra głowy się uspokoiła i włosy wyglądały zdrowo.




G A R N I E R, T O Ł P A, I S A N A, E T R E  B E L L E

Garnier, płyn micelarny 3w1 do cery normalnej i mieszanej - usuwa makijaż, oczyszcza, przywraca równowagę. Gdybym miała wybór, do oczu używałabym wersji różowej, a do twarzy zielonej. Płyn dobrze oczyszcza skórę twarzy, ale moje oczy niestety podrażnia. Powrotów nie planuję. 

Tołpa Botanic, krem rewitalizujący i uelastyczniający biały hibiskus 30+. Wygładza drobne zmarszczki, nawilża, uelastycznia. Miałam nadzieję, że będzie to lekki, nawilżający krem na dzień, który nieco doda mojej skórze napięcia (w pozytywnym znaczeniu!). Niestety, jest to tak nijaki krem, że nie widziałam sensu o nim pisać. Na początku był naprawdę niezły, ale z czasem brakowało mi nawilżenia, a zaczęło się mocniejsze przetłuszczanie skóry... Nie dla mnie.

Isana, plasterki na wypryski z kwasem salicylowym. Pierwszy listek, czyki 12 sztuk za mną :) Dobry ratunek, chociaż jeśli spodziewacie się natychmiastowej pomocy - szukajcie czegoś innego. 

Etre Belle, kolagenowo-aloesowa maska odbudowująco-nawilżająca. Nie jestem fanką masek w płacie i ta również mnie do nich nie przekonała. O ile działanie miała świetne, tak leżenie plackiem z zimną, wilgotną szmatką na twarzy mnie nie odpręża. Ale efekty bardzo na plus! Skóra nawilżona, gładka i elastyczna na kilka kolejnych dni. 




N U X E, E M B R Y O L I S S E, R E V L O N

O balsamie w słoiczku Nuxe Reve de Miel słyszał chyba każdy i opinie są mocno podzielone. To jeden z tych kosmetyków, które albo się kocha, albo nienawidzi. Ja kocham, ale napiszę Wam o nim więcej, jeśli przetrwa ze mną kolejną zimę. Tej sprawdził się idealnie, ale może dała mu fory :)

Miniatura BB kremu Embryolisse z SPF 20 trafiła do mnie w pudełku JOYbox i gdyby nie cena, skusiłabym się na pełnowymiarowe opakowanie. Krycie ma słabe, ale ładnie ujednolica cerę i dla mnie idealnie sprawdza się na co dzień. Trafił nawet do ulubieńców, więc coś jest na rzeczy. 

Podkład Revon Nearly Naked miał być wybawieniem dla mojej mieszanej skóry. Satynowe wykończenie, lekkość i naturalny efekt mocno zachęcały do wypróbowania. O ile zimą wszystko było w porządku, tak wiosną podkład na mojej skórze wyglądał źle. Zaraz po nałożeniu jest bardzo widoczny, przypudrowany wygląda jeszcze gorzej. Jeśli dam mu czas do 'przegryzienia' się z moją skórą i sebum, jest o niebo lepiej, ale... zaczynam się bardzo szybko świecić i nie jest to na pewno satynowe wykończenie. Bez przypudrowania zaczyna się ścierać, przypudrowany wygląda jak ciastko. Technicznie nakłada się dobrze, kolor 110 ivory jest bardzo jasny, na mojej skórze nawet lekko różowy. Na razie mam serdecznie dość takiej makijażowej nagości.

Iiii zapomniałam jeszcze o zużytym masełku cytrynowym do skórek Burt's Bees, ale zachwalałam je już tutaj, więc zachęcam do klikania i czytania :)


WYRZUTKI MIESIĄCA:

NIVEA CARE. Krem ten dostałam do testów po wypełnieniu internetowej ankiety. Obietnica odżywienia bez uczucie lepkości, szybkie wchłanianie i formuła idealna dla każdego typu skóry, również pod makijaż brzmi świetnie, prawda? Fakty są takie, że krem pachniał bardzo przyjemnie, szybko się wchłaniał i był naprawdę lekki. Zero świecenia, a skóra wyglądała zdrowo i była nawilżona. Niestety trzeciego dnia zobaczyłam, że w okolicach rzuchwy dzieje się naprawdę źle. Podskórne gule, zaskórniki, a na nosie mocno rozszerzone pory. Nie było innej przyczyny, więc odstawiłam ten krem i z pomocą Effaclaru Duo+ oraz plasterków Isana na wypryski wracam do normalności. Moja mama kremem jest zachwycona, ja już do testów nie wrócę. 

STARA MYDLARNIA, PEELING DO UST. Wszystko o tym paskudztwie zostało już powiedziane, więc odsyłam Was do posta. 


Jeśli dobrnęliście do końca posta, to serdecznie Wam gratuluję! 
W nagrodę możecie mi powiedzieć, jak Wam w maju poszło zużywanie :)

pozdrawiam
Adrianna 





Zatęskniło mi się za starą formą denka :) Lista wszelkich kosmetycznych rozchodów i przychodów nadal istnieje i ma się dobrze. Znajdziecie ją w pasku stron, o tutaj. Mam w planach jej regularną aktualizację, ale to w poście z denkiem rozliczać się będę z miesiącznych zużyć. Mam nadzieję, że ta forma odpowiadać będzie i Wam. Widziałam, że część z Was gubiła się gdzieś między moją listą Kosmetycznego Związku Zapaśniczego, a Przeglądem Denka. Ale nie martwcie się, nastała jasność! I dziś przedstawię Wam swoje pustaki, a wyjątkowo w tym miesiącu się nie popisałam...




O kosmetykach marki FITOMED myślałam zdecydowanie za długo i dopiero teraz 'odkryłam' ziołowy żel do skóry tłustej i trądzikowej z mydlnicą lekarską (ok. 9zł w aptece DOZ). Pojemność 200ml wystarczyła mi na dwa miesiące używania rano i wieczorem, przy czym raz dziennie (lub raz na dwa dni) żelowi towarzyszyła ściereczka muślinowa. Jego wydajność oceniam więc bardzo wysoko! Nie pieni się jakoś wyjątkowo, pachnie ziołowo, jest dość gęsty i nie spływa z dłoni. Właściwości oczyszczające na plus, podobnie jak fakt, że nie wysuszył mojej skóry, ani jej nie podrażnił. Producent podkreśla, że żel posiada lekkokwaśny odczyn i nie zawiera mydeł alkalicznych, które zbytnio odtłuszczają skórę, uszkaszając jej powłokę. Nie jestem w stanie tego sprawdzić, ale kosmetyk używany z głową nie podrażnił mojej skóry (pomijam fakt, że kilka razy poszalałam ze ściereczką i wtedy oczuwałam lekkie pieczenie, ale to już moja głupota dała o sobie znać). Żel zawiera wyciąg z szałwii, melisy i oczaru oraz nagietka o działaniu oczyszczającym, regulujący wydzielanie łoju, ściągającym. Ze wszystkim się zgadzam! Żel wyjątkowo podpasował mojej skórze i chętnie jeszcze kiedyś do niego wrócę.

Kolejnym zużytym kosmetykiem jest krem nawilżający na noc z winogronem i białą herbatą ALTERRA. Nie jest to krem wybitny, który polecę każdemu, ale jeśli Wasza skóra nie wymaga nawilżającefo eliksiru, Alterra powinna się sprawdzić. Dla mnie był to świetny nocny opatrunek kiedy czułam, że moja skóra jest ściągnięta i potrzebuje bardziej konkretnej pielęgnacji. Krem jest gęsty i bieli twarz, więc trzeba chwilę poświęcić na wmasowanie go w skórę. Zapach przyjemny, typowo 'alterrowy' z taką roślinną nutką. Nie mam mu nic do zarzucenia, nie zapchał mojej cery ani nie wpływaj na jej przetłuszczanie. Jeśli nie będę miała pomysłu na inny krem nawilżający na noc, pewnie do niego wrócę. Skład ma wegański, jak większość kosmetyków tej marki, a dodatkowo kosztuje ok. 10zł w drogeriach Rossmann.

Na mojej łazienkowej półce miejsce znalazła również emulsja oczyszczająca do twarzy z granatem ALTERRA. Chyba moja skóra nie jest jeszcze gotowa na tak kremowy kosmetyk :) Nie czułam oczyszczenia stosując emulsję samodzielnie, dopiero ściereczka muślinowa dobrze wspólgrała z tym kosmetykiem. Skóra po użyciu była miękka i gładka, ale wyczuwalny był na niej film, który nie do końca dobrze działa na moją skórę. Nawet jeśli moja cera była sucha i emulsja była wręcz wskazana podczas porannego mycia, cera potrafiła się błyszczeć po godzinie i wyrzucić drobnych nieprzyjaciół w okolicach rzuchwy. Zużyłam, ale powrotów nie planuję, żelowa ze mnie dziewczyna :) Cena to ok. 8-9zł za 125ml, jest to kosmetyk wegański.




Po wychnięciu mojego ulubionego tuszu Gosh Catchy Eyes (zdetronizowanego aktualnie przez Maybelline Lash Sensational) zdecydowałam się na Volumix Fiberlast od EVELINE. Jaka to była pomyłka... Szczoteczka taka jak w Goshu, ale na tym podobieństwa się kończą niestety. Rzęsy proste jak druty, zero podkręcenia, lekkie pogrubienie. Do tego tusz sklejał moje cienkie włoski i efekt był naprawdę słaby, jeśli nie poświęciłam kilku dobrych minut na wyczesanie tuszu szczoteczką i grzebykiem Inglot. Żeby nie było tak totalnie źle powiem Wam, że mojej mamie podpasował idealnie i nie rozumie moich zachwytów Lash Sensational, ale... ile osób, tyle opinii :) Na plus na pewno trwałość i brak odbić czy kruszenia się. Cena również niewielka, bo w szafach Eveline kosztuje ok. 15zł.

Zimowy krem do rąk i paznokci z keratyną i witaminą E FLOSLEK ratował moje dłonie pod koniec zimy. Gęsta, bogata konsystencja świetnie nawilża i natłuszcza skórę, łagodząc przy tym wszystkie podrażnienia. Krem radził sobie też całkiem nieźle ze stopami :) Jako torebkowy kosmetyk nadaje się średnio, bo jego długie wchłanianie i dość lapka warstwa jaką zostawia, lepiej sprawdza się w domu, ale... jeśli szukacie porządnego kremu w okresie jesienno-zimowym, polecam zwrócić na niego uwagę. Mi udało się go kupić po sezonie za ok. 5zł, ale cena regularna nie przekracza 10zł.

Nosowy zawrót głowy, czyli żele pod prysznic BALEA z letniej edycji limitowanej :) Paradise beach o zapachu ananasa i kokosa oraz tropical sunshine pachnący mango i pomarańczą. Cudaki! Teraz dołączył do nich trzeci żel z tej serii, pachnący ananasem i kokosem paradise beach. Żele pod prysznic to dla mnie małe uzależnienie, a kosmetyki kąpielowe Balea świetnie rozbudzają apetyt na więcej. Jeśli jeszcze nie miałyście okazji spróbować, serdecznie polecam. Nie są to ani naturalne, ani super pielęgnujące egzemplarze, ale jeśli Wasza skóra nie wymaga specjalnej pielęgnacji, warto pokusić się o zakup. Dostępność w licznych sklepach internetowych, na allegro i oczywiście w drogeriach DM (Niemcy, Austra, Czechy).




Wyrzutkiem miesiąca został tonik do skóry tłustej FITOMED z mydlnicą lekarską (ok 9zł w aptece DOZ). Początek naszej znajomości był bardzo obiecujący, ale już po tygodniu regularnego używania rano i wieczorem zauważyłam, że moja skóra zaczęła mocno się przetłuszczać. Ograniczyłam użycie toniku do jednego razu, wieczorem, ale już było za późno. Moja skóra zaczęła się przesuszać, co powodowało większą produkcję sebum i mimo regularnego nawilżenia, musiałam usunąć tonik ze swojej pielęgnacji. Zaczęłam używać micelarnego płynu z Garniera do cery mieszanej i normalnej, który nie jest może cudem, ale spełnia swoją rolę. Jak tylko uda mi się wykończyć butelkę (jestem na dobrej drodze) w planach mam zakup lipowego płynu micelarnego z Sylveco. Zastanawiam się również nad tonikiem hibiskusowym, ale trochę niepokoi mnie jego specyficzna konsystencja :) Mam jeszcze trochę czasu na przemyślenie zakupu. Podsumowując, o ile żel do cery tłustej z mydlnicą lekarską sprawdził się świetnie, tak po tonik drugi raz na pewno nie sięgnę.


I to by było na tyle. Biorąc pod uwagę naprawdę duży kosmetyczny przypływ, jestem sporo na minusie, ale... odbiję to sobie w maju! Mam nadzieję, że urodzinowy miesiąc będzie mi sprzyjał :)

A jak mają się Wasze pustaki?


pozdrawiam
Adrianna 






Już dawno nie miałam tak słabego miesiąca, jeśli chodzi o poziom zadowolenia ze zużytych kosmetyków. Oczywiście i w marcu trafiły mi się te warte wyróżnienia, do których zaliczyć mogę m.in. waniliowy zestaw The Body Shop oraz cudownie pachnący maliną i piwonią żel pod prysznic Le Petit Marseillais. Napiszę Wam również już niedługo o peelingu, który przywrócił moją wiarę w porządne zdzieraki :) Ale dziś mam dla Was piątkę średniaków (i jednego przyjemniaczka), które niczym się nie wyróżniały i cieszę się, że już opuściły moją kosmetyczkę. Zapraszam na post!




Dermedic Hydrain 3 Hialuro, krem pod oczy do skóry suchej
Krem kupiłam zachęcona innym kosmetykiem tej serii. Serum nawilżające dołączyło do moich ulubieńców, ale krem pod oczy niestety tam miejsca nie zagrzeje. Konsystencja kosmetyku jest bardzo lekka, żelowo-kremowa i idealna na dzień. Krem trafił do mnie w chwili, kiedy moje powieki były naprawdę suche i błagały o nawilżenie. Używałam go na dzień i na noc, przy czym wieczorem nakładałam solidną porcję i to mi do pewnego czasu wystarczało, ale było coraz gorzej, a może MNIEJ. Mniej nawilżenia, mniej wygładzenia wrażliwej skóry pod oczami. A najdziwniejsza rzecz zaszła po kilkudniowym odstawieniu kremu - stan powiek wrócił do normy, ani nie były przesuszone, ani nawilżone. Może krem robił więcej szkody niż pożytku? Spróbowałam, powrotów nie planuję. Dodatkowo cena ok. 30zł za 15ml również nie zachęca. Na tapecie: Oeparol, odżywczy krem pod oczy z kwasami omega i ceramidami.


Oeparol Hydrosense, płyn micelarny do demakijażu
Płyn, który doceniłam w połowie. Zmywał makijaż przeciętnie (weźcie pod uwagę, że u mnie to zazwyczaj sam tusz, ewentualnie jasne cienie) i czasami po myciu twarzy żelem pojawiała się pod oczami panda. Chcąc zmyć podkład z twarzy, trzeba było się porządnie namachać niejednym wacikiem, co niestety podrażniało skórę. Plusem było to, że Oeparol nie powodował łzawienia i podrażnienia oczu, ale mimo wszystko - to trochę za mało. Wielkim minusem jest za to fakt, że się pienił. O przelaniu kosmetyku do butelki z atomizerem nie było mowy, bo na waciku lądowała puszysta piana. Ale nawet wylany bezpośrednio z butelki na wacik potrafił zachowywać się podobnie... Jeśli szukacie czegoś delikatnego i Wasz demakijaż jest niewymagający, za cenę ok. 10zł za 200ml można spróbować, ale jakoś szczególnie nie polecam. Na tapecie: Garnier, płyn micelarny 3w1 skóra normalna i mieszana.




Perfecta Oczyszczanie, peeling enzywamtyczny minerały morskie + enzym z papai
To był mój pierwszy peeling enzymatyczny i już wiecie, że nie ostatni :) Jego działanie na skórę było poprawne. Używany regularnie nie robił skórze żadnych dodakowych problemów mimo mało ciekawego składu. Suche skórki usuwał, ale jeśli na twarzy pojawiał się większy problem - potrzebna była pomoc mechaniczna. Jego największą wadą według mnie jest to, że trzeba go nakładać na noc jak krem. Wiadomo, zabezpieczanie poduszki jest potrzebne, ale to według mnie ciągle mało higieniczne rozwiązanie. Po porannym zmyciu kosmetyku skóra była gładka, bez oznak wysuszenia. Pory w normie. Jeśli szukacie czegoś taniego, bo peeling kosztuje ok. 10zł za 50ml, to wypróbujcie. Ja już podziękuję. Na tapecie: Dermica Pure, łagodny peeling enzymatyczny do cery suchej i normalnej.

Organique, maseczka algowa z dynią i glukozą
To chyba najsilniejszy punkt tego zestawienia. Chociaż nie przepadam za rozrabianiem maseczek algowych, dla działania maski dyniowej jestem się w stanie pomęczyć. Maska peel-of ma za zadanie oczyścić skórę z toksyn, łagodzić stany zapalne, wyrównać koloryt oraz wygładzić powierzchnię. Polecana jest dla skóry odwodnionej, matowej, wrażliwej, zmęczonej i łuszczącej się. Brzmi dobrze i działa dobrze! Skóra po zdjęciu maski wygląda lepiej - jest miękka, gładka, podrażnienia są widocznie zmniejszone. Znika uczucie ściągnięcia i skóra wygląda jak po dniu na słońcu :) Prawdziwe bladziochy muszą tutaj uważać, na szczęście ten efekt nie jest długotrwały. Długo nie mogłam się do niej przekonać, ale sedecznie ją Wam polecam. Maska kosztuje 22,50zł za 50g co starszczy na kilka - kilkanaście zabiegów. 




Purederm, plastry na nos z węglem drzewnym
Z plastrami jak jest wie chyba każdy. Z prawdziwymi brzydalami zamieszkującymi nasz nos sobie nie poradzą, ale pomniejszych przyjaciół mogą wyciągnąć. Dla mnie to mimo wszystko bardziej gadżet, po który już sięgać nie będę. Lepiej te pieniążki dołożyć do sensownie oczyszczającej maski. Plastry kupiłam w Biedronce za ok, 6-7zł. W opakowaniu znajdziemy 6 sztuk. 

Bielenda Sexy Look, intensywne serum modelujące biust 
Kosmetyków do biustu miałam już wiele, ale dopiero ten zupełnie zniechęcił mnie do używania. Nie robił nic począwszy od nawilżenia, po ujędrnienie. Na temat obietnic producenta o efekcie powiększenia i podniesienia biustu się nie wypowiem, bo to spora przesada. Zużyłam z wielkim bólem i jeśli szukacie kosmetyku do biustu - szukajcie na innej półce. 20zł za 125ml to niewiele, ale efekty są żadne, więc... Szkoda czasu i nerwów. Na tapecie: Tołpa dermo body bust, serum wypełniające do biustu.


Znacie powyższe kosmetyki? A może macie o nich inne zdanie?

pozdrawiam
Adrianna 



Po pierwszym poście z przeglądem denka, który przyjęłyście bardzo dobrze, przyszedł czas na edycję lutową. W minionym miesiącu zużyłam całkiem pokaźną grupkę kosmetyków, o których z chęcią opowiem Wam chodź kilka słów (taki był zamiar, wyszło nieco długo - wybaczcie). Zapraszam więc na kosmetyczny misz-masz :)


Fitomed, oczarowy płyn do twarzy z kwiatem pomarańczy



Na początku płynu oczarowego Fitomed używałam jedynie jako dodatku do glinek, bo jako tonik nie do końca jego działanie mi odpowiadało. Została jednak ponad połowa butelki, a płyn bakteriostatyczny Pharmaceris się skończył, więc... spróbowałam :) I muszę przyznać, że dopiero po czasie doceniłam jego właściwości. Dobrze tonizołam skórę, nie pozostawiał lepkiej warstwy, oczyszczał i pewnie jeszcze kiedyś do niego wrócę. Nie był to może kosmetyk równy Pharmaceris, ale biorąc pod uwagę naturalny skład - jego działanie oceniam naprawdę wysoko. Zapach jest według mnie nieszkodliwy dla nosa, ale akurat mój potrafi się przyzwyczaić/polubić wiele smrodków (czytaj wszelkiej maści olejki indyjskie). Opakowanie to plastikowa butelka z minimalistyczną etykietą i podstawowymi informacjami. Plusem jest tu na pewno pompka, którą bez wahania przełożyłam do toniku. Uwielbiam takie rozwiązania! Pozwalają dozować płyn według potrzeb i zawartość butelki starcza na dłużej :) Cena to ok. 12-15zł (w zależności od miejsca) za 250ml. Aktualnie zastąpił go kosmetyk tej samej marki - tonik do skóry tłustej z szałwią lekarską. 
Dla ciekawych wrzucam skład oczarowego płynu z kwiatem pomarańczy:




Merz Special, kremowy mus do twarzy z kwasem hialuronowym



Zastanawiałam się nad pełną recenzją tego kosmetyku, ale przyznaję bez bicia - częściej używała go moja mama, której podpasował idealnie (48 lat, skóra zniszczona, sucha i wrażliwa). Mus kremowy, jak ookreśla go producet (i jest bliski prawdy), ma redukować zmarszki i nawilżać skórę. 
Głównym zadaniem kosmetyku jest wspieranie naturalnego mechanizmu nawilżenia skóry poprzez trzy działania:
- odbudowę nawilżenia skóry; zawiera kwas hialuronowy, który jest istotnym elementem tkanki łącznej. Utrzymuje on naturalne nawilżenie skóry. Obecny w musie kremowym sok z aloesu pomaga przywrócić optymalny balans nawilżenia i ma kojący wpływ na odwodnioną skórę.
- wzmocnienie równowagi wodno-lipidowej; morska glukozamina wspomaga efekt nawilżenia poprzez stymulację naturalnej produkcji kwasu hialuronowego w komórkach skóry. Wzmacnia naturalną barierę wodno-lipidową i poprawia regenerację skóry.
- ochronę przed utratą nawilżenia; unikalne włączenie do formuły musu kremowego ekstraktu z wodorostów chroni przed utratą nawilżenia, zapobiegając zmniejszaniu zasobów wilgotności skóry.

Mus kremowy Merz Spezial konsystencją przypomina lekką piankę do golenia, która w kontakcie ze skórą zamienia się w puszysty i gładki krem. Trzeba jednak wypracować sobie 'wielkość kleksa' :) Kosmetyku używałam na noc i zbyt duża ilość potrafiła nieco przetłuszczać moją skórę. Na szczęście szybko doszliśmy do porozumienia, a  skóra  rano była cudownie gładka i suche skórki znikały. Wizualnie cera wyglądała dużo lepiej - jak po dobrej, regenerującej i ujędraniającej maseczce. Wszelkie podrażnienia były złagodzone (często zdarzają mi się takie zimą, szczególnie koło nosa lub okolic oczu, a krem przynosił prawdziwą ulgę). Nie zauważyłam żadnego działania niepożądanego i zimą chętnie do niego wrócę - może wtedy zauważę też działanie przeciwzmarszkowe, w końcu wchodzę w ćwierćwiecze :)

Opakowanie metalowe, zapakowane w kartonik z wyczerpującymi informacjami o jego zawartości. Aplikator typowy dla piankowych konsystencji, działał sprawnie do ostatniej porcji. Ciężko mi określić wydajność, ale koniec kosmetyku nie był nagłą niespodzianką. Jedynym minusem może być tu cena, która jest dość wysoka. Jeśli znajdziecie go w zestawie z drażetkami, zapłacicie od 35-40zł i możecie wybierać miedzy wersją kolagenową i hialuronową. Samodzielnie cena kremu to nawet 60-70zł (szczerze nie rozumiem takiej polityki).


Alterra, żel pod prysznic limonka i agawa



Od dłuższego już czasu chciałam wypróbować żele pod prysznic Alerra, a pojawienie się nowej wersji zapachowej, która totalnie zauroczyła mój nos, okazało się idealną okazją :) Żel pod prysznic z limonką i agawą miał świeży i mocno pobudzający zmysły zapach. Pierwsze skojarzenie to cytrynowa mamba, która z czasem przechodziła w coś bardziej roślinnego. Konsystencja żelowa, przezroczysta. Nie jest to rasowy pieniacz, szczególnie przy niewielkiej ilości na gąbce, ale mi to nieszczególnie przeszkadza. Wydajność przez to nieco kuleje, więc można to policzyć jako minus, ale... kosmetyki bliższe naturze mają swoje prawa. Nie zauważyłam działania wysuszającego - kosmetyk dobrze oczyszczał skórę i zostawiał ją przyjemnie gładką, szczególnie w duecie z ostrą gąbką. Na pewno wrócę do niego latem, kiedy temperatury poszybują w górę. Koszt za 250ml żelu to od 5-7zł, w zależności od promocji w drogeriach Rossmann. 



Organique, korzenny płyn do kąpieli


Wielokrotnie powtarzałam, że nie jestem miłośniczką wylegiwania się w wannie. Do zakupu takich kosmetyków skusić mnie może jedna rzecz - zapach! W powyższym wypadku był to korzenny aromat płynu do kąpieli Organique. PRZEPIĘKNY. Ciepły, klimatyczny, słodki i korzenny. Cudo. Nie umiem tego sensownie przybliżyć, musicie zwyczajnie powąchać przy najbliższej okazji :) W wannie tworzył przyjemną, kremową pianę i pozwalał się zrelaksować. Nie zauważyłam pozytywnego czy negatywnego działania na skórę - leżenie w gorącej wodzie nie sprzyja nawilżeniu, dlatego po kąpieli zawsze używam balsamu/masła do ciała. Płyn dostaępny jest w salonach Organique w cenie 22zł za 125ml. Jeśli seria nie zostanie wycofana, to jesienią chętnie sięgnę po masło do ciała z tej linii zapachowej. 



Rimmel, puder matujący do twarzy Stay Matte



Ulubieniec, z którym pierwsze spotkanie kilka lat temu wcale nie było takie pozytywne :) Używam go solo w dniu lenia nakładając nieco grubszą warstwą i scalając wodą termalną Uriage lub klasycznie, utrwalając podkład. W obu wypadkach daje 3-4 godzinny mat (jeśli w ogóle można o czymś takim mówić, w wypadku skóry tłustej). A nawet jeśli ten efekt mija, nie mamy od razu smalcowatej twarzy, tylko zdrowo wyglądającą cerę z lekkim błyskiej. Jest drobno zmielony i trochę pyli, ale to w końcu puder. Jedynym minusem jest tutaj opakowanie, które zupełnie nie nadaje się do transportu. Stay Matte występuje w kilku odcieniach, mi akurat podpasował 003 peach glow, bo nadaje skórze zdrowy odcień. Cena w szafach Rimmel to ok. 20zł za 14g. W sieci oczywiście dostaniecie go taniej, ale jeśli jest w promocji - nie warto bawić się w zamawianie :) Mogę go z pełnym przekonaniem wpisać na listę ulubieńców, do których z wielką ochotą wrócę. 




Regenerum, regenerujące serum do rzęs



Jestem trochę na bakier z kosmetykami do pielęgnacji rzęs, ponieważ moje wrażliwe oczy nie reagują na nie zbyt dobrze. Postanowiłam jednak zaryzykować i skorzystałam z promocji, w której regeneracyjne serum do rzęs Regenerum kosztowało w SuperPharm poniżej 30zł. Raz kozie śmierć :) Producent o swoim kosmetyku mówi całkiem sporo:


Już po kilku regularnych użyciach wiedziałam, że codzienne nakładanie serum z eylinerem nie wchodzi w grę. Linia rzęs była podrażniona, zaczerwieniona i widoczne były naczynka? przekrwione żyłki? Na pewno wiecie o co mi chodzi. Zaczęłam więc używać serum co drugi dzień, lub po 2-3 dniach używania robiłam krótką przerwę. Nie wiem czy idę dobrą drogą, ale moje oczy nie przepadają za świetlikiem w żelowej formie i być może to było powodem takiej reakcji. Serum ze szczoteczką nie robiło mi krzywdy, więc używałam częściej, nakładając je również na brwi. Pewnie zastanawiacie się gdzie moje zdjęcia przed/po z wachlarzem rzęs? Nie ma i nie będzie, ponieważ efekt nie został zauważony przez mój aparat :) Musicie uwierzyć mi na słowo, że takowy na moich rzęsach się pojawił. Nawet brwi wyglądają lepiej. 



Przede wszystkim zauważyłam wzmocnienie rzęs, na czym najbardziej mi zależało. Przed używaniem Regenerum gubiłam kilka rzęs przy każdym demakijażu oczu. Teraz ten problem ograniczył się do jednej, może dwóch rzęs przy mocniejszym tarciu. Kolejną rzeczą, na której mi zależało, było - jakby to nie brzmiało - wygładzenie rzęs. Nie wiem dlaczego tak się dzieje, ale jeśli nie używam żadnej odżywki, nakładanie tuszu jest naprawdę irytujące. Rzęsy pokryte są nierówno, uciekają gdzieś pod szczoteczką. Kiedy używałam Regenerum, tusz ładnie sunął po rzęsach. Wiem jak to brzmi - nie jest to wina tuszu, tylko tej 'szorstkości' rzęs. 
Zauważalna jest również różnica w grubości i długości włosków - są nadal jasne, ale pomalowane tuszem zyskują naprawdę sporo uroku :) Myślę, że gdybym używała serum regularnie, efekty byłyby jeszcze lepsze. Cena jest taka straszna, więc jeśli nie planujecie rzęs do nieba - polecam Wam wypróbowanie Regenerum. Sama aktualnie powrotów nie planuję - może pokuszę się o zakup pomadki z Alterry, albo poszukam promocji na Long 4 Lashes. Muszę jedynie doczytać jak radzi sobie z wrażliwymi oczami - macie w tym temacie jakieś doświadczenie? 

 
Mam nadzieję, że dotrwaliście do końca :) Jeśli tak dodam tylko, że do topu denka lutego zaliczyć mogłabym puder Stay Matte Rimmel, żel oczyszczający do twarzy Effaclar La Roche Posay (o którym w końcu wypadałoby napisać recenzję...) oraz cukrową piankę Organique o herbacianym zapachu.

pozdrawiam, 
Adrianna 



Przed Wami wyjątkowy post, w którym z wielką radością przedstawiam Wam mój ulubiony (jak dotąd) krem do twarzy na noc! Jeśli macie cerę problematyczną z pewnością wiecie, że znalezienie odpowiedniego kosmetyku jest naprawdę trudne. Z resztą chyba każda z cer potrafi być problematyczna w tym temacie :) Przed Wami same ochy i achy o kremie detoksykującym na noc do cery tłustej i mieszanej Baikal Herbals. Zapraszam. 


Od producenta:
Delikatny krem do twarzy o wysokiej zawartości biologicznie aktywnych ekstraktów z ziół bajkalskich. Usuwa toksyny, głęboko nawilża i przywraca uczucie świeżości. Dzięki roślinnym składnikom aktywnym zapewnie naturalną równowagę skóry, zapobiega tłustemu połyskowi, usuwa podrażnienia i zaczerwienienia, nadaje skórze zdrowy i zadbany wygląd. Dzięki naturalnym komponentom krem skutecznie przywraca skórze jej funkcje ochrone oraz eliminuje ślady zmęczenia i stresu. Składniki aktywne: swertia bajkalska (niebielistka) przywraca naturalną równowagę skóry, ściąga pory i zapobiega "świeceniu" się skóry. Uczep trójlistny ma działanie uspokajające, eliminuje podrażnienia i zaczerwienienia skóry. Malwa niebieska odżywia skórę w witaminy A, B i C, pomaga usunąć toksyny. Organiczny ekstrakt z białej herbaty działa pobudzająco i regenerująco na skórę. Wykazuje działanie przeciw starzeniowe. Organiczny olejek z nagietka wykazuje działanie regenerujące, oczyszcza i działa zmiękczająco na skórę.

Mogłaby to być najkrótsza recenzja z takim podsumowanie podsumowaniem - i ja tego doświadczyłam, i ze skórą piękną się budziłam :) Ale nie oszczędzę Wam swojej pisaniny i trochę o kremie powiem. 
Zapakowany w kartonik plastikowy pojemnik typu airless działał świetnie, aż do ostatniej pompki. Jedynym minusem było to, że ciężko było określić kiedy ta ostatnia pompka będzie. Lekka konsystencja i przyjemny, roślinny zapach to kolejne plusy. Jeśli jesteście wrażliwi na zapachy, szybko się on utlenia. Krem dobrze rozprowadzał się na skórze, po chwili wchłaniał i nie zostawiał tłustej warstwy. Jego wydajność była naprawdę wysoka, biorąc pod uwagę cenę w sklepie stacjonarnym 22zł/50ml (w sieci poniżej 20zł). 
Jeśli chodzi o działanie, mogłabym przyznać rację producentowi. Używając na dzień kremu Effaclar Duo+ potrzebuję nawilżenia nocą, ale zazwyczaj kremy o nawilżającym działaniu są za ciężkie. Baikal Herbals był na tym polu równocześnie dobrym kremem normalizującym, jak i nawilżającym. Rano skóra nie była przetłuszczona, jej stan oceniam jako normalny. Nawilżona, miękka i gładka, jak nigdy w moim przypadku - znikały nawet suche skórki. Wszelkie wypryski goiły się szybciej, a podrażnienia były stopniowo wyciszane. Nie wiem jak odnieść się do eliminowania śladów zmęczęnia i stresu - skóra całościowo wyglądała lepiej. Dodam tylko, że zaczęłam regularnie używać ściereczki muślinowej, co również pozytywnie wpływa na stan mojej cery. Jeśli nie przekonałam Was jeszcze do spróbowania, możecie rzucić okiem na skład:


Nie spodziewałam się, że ten niepozorny krem będzie mi tak odpowiadał. Teraz zrobię sobię przerwę na zużycie hialuronowej pianki Merz Spezial oraz resztek olejku marula. Ale do nocnego, rosyjskiego detoksu z pewnością wrócę :)

Miałyście okazję używać tego kremu? Lubicie kosmetyki Baikal Herbals?

pozdrawiam, A



Już prawie zapomniałam o tej serii postów, ale po ostatnim denku należy się powrót na blogowe salony :) Formuła jest bardzo prosta - z minionych zużyć wybieram 3 kosmetyki, które w szkolnej skali oceniania (1-6) zasługują na soczystą tróję. Ani nie są dobre, ani fatalne, krótko mówiąc przecietniaki. Mam do takich w ostatnim czasie niemałe szczęście niestety... Zapraszam na post!



Anida, odżywczy krem do rąk z woskiem pszczelim i olejem makadamia 
Gdybym miała wrócić do któregoś z produktów, byłby to ten krem. Przyjemnie pachniał, nieźle się wchłaniał i dawał suchym dłoniom uczucie ulgi. Co w takim razie było z nim nie tak? A no intensywność tego uczucia... Wraz z niższymi temperaturami skóra moich dłoni zaczęła się mocniej przesuszać, a krem działał coraz słabiej. Wniosek jest prosty - na niewymagające warunku atmosferyczne krem jest w sam raz, jesienią i zimą trzeba szukać czegoś lepszego :) Cena ok. 3-4zł.

Perfecta Slim Fit, modelujące serum do biustu
Miałam już kilka drogeryjnych kremów do biustu i z większości byłam zadowolona. Nie dawały one w większości cudownego efektu push-up opisywanego na opakowaniu, ale ujędrniały skórę biustu i idealnie ją nawilżały. Przy regularnym stosowaniu biust wyglądał bez porównania lepiej, niż przy używaniu zwykłego balsamu - można nawet się pokusić o stwierdzenie, że wydawał się pełniejszy (ale przypisuję to przede wszystkim poprawie elastyczności). Co w takim razie robiło serum Perfecty? A NO NIC! Pachniało przecietnie, wchłaniało się całkiem nieźle i słabo nawilżało skórę, dodatkowo przy regularnym stosowaniu ją zapychając. W promocji SuperPharm zapłaciłam 9zł i kolejny raz przekonałam się, że kosmetyki do ciała tej firmy nie są dla mnie.

Eva Natura z serii Herbal Garden, czyki krem pod oczy i na powieki z ekstraktem z ziela świetlika (dzień i noc)
Próbowałam przekonać moje oczy do ziela świetlika, niestety bezskutecznie. Kolejny raz zareagowały podrażnieniem i wysuszeniem skóry pod oczami, oraz podrażnieniem samych oczu. Poddaję się. Cena to ok. 3-5zł w zależności od sklepu. 

Żeby zakończenie było trochę bardziej optymistyczne powiem tylko, że wszystkie marniaki mają już swoich zastępców, którzy spisują się o niebo lepiej. Jestem w pełni świadoma, że kosmetyki które się u mnie nie sprawdziły, mogą być Waszymi ulubieńcami, więc... Nie skreślajcie ich od razu :)

Miałyście okazję spotkać się z moją trójką klasową? 

pozdrawiam, A



Oczyszczanie skóry twarzy przy każdym typie cery jest bardzo ważne. Codzienny makijaż, zanieczyszczenia środowikowe, resztki kosmetyków - trzeba się tego skutecznie pozbyć :) Wieczorną pielęgnację wspieram więc maseczkami oczyszczającymi, w których małe zamieszanie wprowadziła ostatnio maska głąboko oczyszczająca na wodzie bławatkowej Łaźnia Agafii. Działa? Działa! Jeśli chcecie wiedzieć jak, zapraszam na post.


Maskę oczyszczającą z Łaźni Agafii otrzymujemy w miękkim opakowaniu z zakręcanym dziubkiem (fachowość opisu najważniejsza). Wygodne? Moim zdaniem nie do końca, jeśli kosmetyk ma nam służyć jedynie do użytku domowego (w podróży za to jest niezastąpiona). Dlatego maska trafiła do słoiczkowego opakowania, w którym swobodnie mogłam gmerać pędzlem. W konsystencji jest gęsta - typowo glinkowa, świetnie trzyma się skóry i z niej nie spływa. Nie ma problemu z rozprowadzaniem na twarzy. Nie zasycha tak mocno jak maski glinkowe, szczególnie przy nałożeniu grubszej warstwy, co sama uskuteczniam Jeśli używacie glinek, zapach powinien być Wam znaną nutą bagienka i świeżości. Nie jest to jednak zapach uciążliwy czy dominujący. Maska najlepiej sprawdza się w czasie kąpieli - ciepłe powietrze i para dodatkowo rozszerza pory, w które maska może wniknąć i je oczyścić (tak sobie to tłumaczę, jeśli jest inaczej - śmiało, wyprowadźcie mnie z błędu). Maskę trzymam na skórze ok. 15 minut, następnie bez większych problemów zmywam ciepłą wodą. 


Działanie, które można przypisać błękitnej glince, bardzo mi odpowiada :) Skóra po zmyciu maski jest czysta, pory zwężone, a podrażnienia wyciszone. Pierwsze użycia powodowały lekkie szczypanie, ale nie miało to wpływu na podrażnienie skóry. Przypomnę Wam tylko, że mam skórę tłustą/mieszaną, którą niby nic nie jest w stanie podrażnić, ale ma swoje newralgiczne miejsca jak np. skóra wokół oczu. Maska nie wysuszyła skóry w tych okolicach, ani na delikatnych policzkach. Mogę nawet uznać, że skóra po użyciu jest w stanie harmonijnego nawilżenia i oczyszczenia - nie świeci się, ale też nie jest matowa z powodu zaburzenia naturalnej warstwy ochronnej. Nie miałam też problemów z wysypem niespodzianek na twarzy, co czasami zdarza mi się po oczyszczających maskach. To wszystko składa się na nowego, maseczkowego ulubieńca :)


Skład dla ciekawskich. Moim laickim okiem jest naprawdę dobrze :) 


Jeśli nie macie bardzo wrażliwej skóry, maskę mogę śmiało polecić. Biorąc pod uwagę niewielką cenę w sklepach stacjonarnych jak i internetowych (ok. 6-7zł/100ml) i działanie - warto wyprówbować. Ja chętnie jeszcze do niej wrócę, mając na uwadze również inne maski z Łaźni Agafii. 


Jaki maski oczyszczające sprawdzają się najlepiej u Was? 

pozdrawiam, A


Obsługiwane przez usługę Blogger.