Lubię masła i żele pod prysznic The Body Shop. I wiem, że cena dość wysoka, a dostępność średnia. Do tego działanie pielęgnacyjne nie opiera się na samych dobroczynnych składnikach, ale te ZAPACHY! Swoją przygodę z marką już kilka ładnych lat temu (5 dokładnie) zaczęłam od cytrynowego balsamu do ciała i przepadłam. Uwielbiam wszystkie owocowe zapachy, a do swoich ulubieńców przez długi czas zaliczałam satsume, chociaż teraz już mi się nieco przejadła. Na szczęście wybór jest ogromny, więc każdy nosek znajdzie coś dla siebie. 

Jeśli stawiacie na pierwszym miejscu działanie nawilżające, to polecam serie orzechowe, które w przypadku maseł są dla mnie idealnym zimowym opatrunkiem dla przesuszonej skóry. Ale nie samymi owocami i orzechami człowiek żyje. Miłośników waniliowych deserów zapraszam na kilka słów o zapachu vanilla brulee. Będzie słodko!


Żel znajdziemy w wygodnej butli ze szczelnym, zatrzaskiwanym korkiem. Konsystencja kosmetyku jest mleczno-żelowa - dość rzadka, ale u mnie i tak lądowała zawsze na gąbce. Dzięki temu uzyskiwałam przyjemną pianę. Zapach? CUDO. Waniliowy deser, który nie jest ani za słodki, ani za mdły. Otulający, ciepły, uwodzący zmysły. Nie zrażajcie się proszę do tego, że w opakowaniu jest tak intensywny. To tylko pierwsze wrażenie. Chociaż nie jestem wielką miłośniczką wanilii, to dla mnie było to bardzo przyjemne spotkanie z zapachem. 

Pielęgnacyjnie również nie mam zastrzeżeń, bo żel nie wpływał na przesuszenie mojej skóry - oczyszczał ją i pozostawiał delikatnie pachnącą. Wydajność zależy od Waszego poziomu chlapactwa, u mnie było np. dużo lepiej niż z żelami Le Petit Marseillais. Cena to 29zł za 250ml, ale warto pilnować promocji jeśli jesteście tymi szczęściarami, które do sklepów The Body Shop mają dostęp. A co po kąpieli?


Masło oczywiście. Jeśli jeszcze nie miałyście okazji poznać konsystencji mazideł The Body Shop, to wyobraźcie sobie deserowy krem, który pod wpływem ciepła Waszego ciała lekko rozprowadza się na skórze. Dodajcie do tego smakowity zapach i można biec do kuchni po łyżkę i jeść! Jeśli jednak opanujecie żądze, masło porządnie nawilży Waszą skórę, zostawiając na niej delikatny film oraz otulając waniliową nutą na kilka godzin po aplikacji. 

Zapach jest w porównaniu do żelu delikatniejszy - mniej słodki, a bardziej kremowy. Kosmetyk zamknięty jest w charakterystycznym, zakręcanym opakowaniu o pojemności 200ml, za które w regularnej cenie zapłacić musimy aż 69zł. Na szczęście częste są w sklepach The Body Shop różne promocje, w których masła można kupić już za 35zł. Brzmi nieco lepiej, prawda? 




Powyższa wersja zapachowa jest świąteczną edycją limitowaną i najpewniej dostaniecie ją teraz w sieci, nie wiem niestety jak obecnie sytuacja wygląda w sklepach TBS. 

Jakie zapachy są Waszymi ulubionymi w kosmetykach pielęgnacyjnych?

pozdrawiam
Adrianna



Mam duże zaległości na blogu, a część z tych zaległości stanowią recenzje zużytych kosmetyków. Z pomocą przychodzi mi nowy post - przegląd denka. Postaram się po każdych zużyciach zamieszczać post, w którym opowiem Wam o ciekawszych produktach, które mialam okazję używać w minionym miesiącu. Mam nadzieję, że pomysł się przyjmnie, a ja nadrobię nieco zaległości. Czas zupełnie mi ostatnio nie sprzyja. A teraz zapraszam Was na moją pierwszą siódemkę :) 


Mincer, olejek marula
Tyle się o nim naczytałam, że byłam prawie pewna sukcesu. Świetnie działa, szczególnie przy cerze tłustej/trądzikowej. I co? A no guzik. Tak samo jak inne olejki przetłuszczał moją skórę, do tego rozdziawiając najmniejsze nawet pory... Nie takiego efektu się spodziewałam :( Dodając do tego fakt, że od czasu do czasu coś mi po nim wyskoczyło i dużo lepiej sprawdzał się stosowany jako dodatek do glinek - powrotu nie będzie. Ale nie zrażam się jeszcze do olejków i nadal mam ochotę na serum z Bielendy. 
.
Balea, olejek pod prysznic
Do ciała używam od czasu do czasu, bo zapach mocno zniechęca, ale... znalazł u mnie nieco inne zastosowanie, w którym spełnia się idealnie :) Używam go zamiast żelu/pianki do golenia. Nogi są gładkie, nie zacinam się, a przede wszystkim nie mam suchych krostek po wszystkim. Ekstra. Kolejny do przetestowania jest olejek Nivea, mam nadzieję, że o nieco przyjemniejszym zapachu.

The Body Shop, masełko do ciała glazed apple
Jedno słowo powinno opisać wiele - TĘSKNIŁAM! Od kiedy zlikwidowali TBS w Bydgoszczy tęsknię za masłami do ciała, zapachami i w ogóle sklepem. Masełko świąteczne o przyjemnym zapachu karmelizowanego jabłka przypadło mi do gustu zarówno stopniem nawilżenia, jak i ogromną przyjemnością płynącą z używania. Może latem skuszę się na cytrynowy balsam - to był mój pierwszy kosmetyk TBS (N. pamiętasz?) i mam do niego mały sentyment.


Gosh, tusz do rzęs 'kocie oczy'
UWIELBIAM! Coś jeszcze trzeba dodać? Pięknie rozczesuje rzęsy, delikatnie je pogrubia i wydłuża. Do tego trzyma się cały dzień, nie kruszy i nie daje efektu pandy. Gdyby jeszcze cena chciała być odrobinę niższa, byłoby idealnie (cena regularna to ok. 50zł, dostępność też nie powala). Aktualnie w lichym zastępstwie używam tuszu Eveline Volumix Fiberlast. Według producenta jest to maskara pogrubiająca, rozdzielająca i podkręcająca rzęsy. Pierwsze użycia zmotywowały mnie do próby 'podsuszenia' kosmetyku, który już jest nieco lepszy. Ale do Gosha niestety dużo mu brakuje... Przede wszystkim nie trzyma podkręcenia, nie jest tak bezproblemowy w obsłudze i lubi skleić rzęsy. Może z czasem się wyrobi, ale póki co tęsknię za kocim okiem :) A najlepsze jest to, że nie mam zdjęć... Zniknęły razem z końcem żywota mojej karty do aparatu... 

Blistex, balsam do ust classic
Zasługuje na miano naustnego wybawcy :) Świetnie nawilża i pielęgnuje, a przede wszystkim chroni nasze usta przed niesprzyjającą pogodą. Jako uzupełnienie domowej pielęgnacji miodkiem Nuxe spisywał się świetnie. Z pewnością jeszcze wrócę do wersji klasycznej, bo żadna dotąd testowana nie dawała mi tak dobrych efektów. Teraz używam naprzemiennie nowości od Maybelline czyli Baby Lips z serii Dr Rescue (mam wersję z mentolem) oraz mikołajowej pomadki ochronnej Caudalie. Obie są przyjemne, z przewagą dla tej drugiej.


Seboradin, FitoCell szampon i maska z komórkami macierzystymi
FitoCell to kuracja z roślinnymi komórkami macierzystymi, które stymulują odrost włosów. Przeznaczona jest do każdego rodzaju włosów, szczególnie słabych, cienkich, skłonnych do wypadania i  przerzedzonych. Tyle od producenta. U mnie ta seria sprawdziła się naprawdę świetnie, chętnie kiedyś powtórzyłabym kurację, gdyby koszt szamponu i maski nie wynosił 40zł za butelkę. Tym bardziej jestem wdzięczna Kasi za możliwość wypróbowania :) Ogromnym plusem używania tego zestawu był fakt, że skóra mojej głowy naprawdę się uspokoiła - nie było ani łupieżu, ani przetłuszczania. Skóra była poprostu normalna. A włosy? Oj, z włosami było jeszcze lepiej! Masowe wypadanie widocznie zmalało, a przede wszystkim zauważyłam wysyp nowych włosków oraz ich szybszy wzrost. Włosy po użyciu szamponu były nieco splątane i szorstkie, ale maska (bardziej konsystencji odżywki) działała cuda. Wygładzała włosy nie obciążając ich - były miękkie, gładkie, delikatne, wyglądały zdrowo. Efekty utrzymują się do dnia dzisiejszego. Jeżeli macie problemy z wypadającymi włosami, warto spróbować. O szamponie i masce więcej przeczytacie tutaj i tutaj. 

Isana Med, szampon przeciwłupieżowy
Od czasu do czasu, kiedy wysuszą moją skórę szampony podobne do rewitalizującego od Agafii (zapach kostki do wc i jeszcze podrażnia skalp), pojawia się na mojej głowie łupież. Jeśli jest beznadziejnie sięgam po Nizoral, ale jeśli sytuacja jest do opanowania, wybieram coś z drogeryjnej półki. Do szamponu Isana przekonała mnie cena (2,99zł w promocji) i dobre wspomnienia związane z wersją mocznikową. Nie zawiodłam się - szampon oczyścił moją skórę z białej łuski i zrównoważył pracę gruczołów. Jeśli będę miała taką potrzebę, na pewno do niego wrócę, zanim sięgnę po coś mocniejszego.

Gdybym miała wybrać topową trójkę, zaliczyłabym do niej tusz Gosh, zestaw Seboradin i balsam Blistex. A Wy znacie moich zużytków? Miałyście okazję ich używać? 

pozdrawiam, A



Robiłam niedawno porządki w folderze ze zdjęciami i znalazłam kilka plików z kosmetykami, które nie pojawiły się na blogu. W ramach pokuty postaram się co jakiś czas wrzucać taką 'recenzję z dna szafy' i przypominać Wam o kosmetykach, które miałam okazję używać :) Dziś przyszła pora na idealne na aktualną aurę za oknem, otulające masło do ciała Pat&Rub. 

Seria otulająca kusi nas zapachem naturalnej wanilii, karmelu i cytryny. Jeśli myślicie, że otwierając kosmetyk z tej serii poczujecie słodki ulep, możecie się mocno pomylić. Zapach jest bardzo przyjemny, ciepły i faktycznie otulający, ale słodycz karmelu i wanilii idealnie równoważy rześka cytryna. Do tego masło konsystencją przypomina lekki, puszysty krem (producent mówi o kremie tortowym), który przyjemnie rozprowadza się na skórze. Jeśli weźmiemy za dużą porcję, może się troszkę mazać i bielić, ale po chwili wszystko się wchłania, zostawiając naszą skórę nawilżoną i pięknie pachnącą. Działanie długofalowe kosmetyku oceniam bardzo dobrze - skóra zyskała na elastyczności, była aksamitna w dotyku i przede wszystkim nawilżona i odżywiona. Niczego więcej od mazidła nie oczekuję :) Plusem jest również naprawdę dobra wydajność masła i wygodne, odkręcane opakowanie w dość skromnej szacie graficznej. 


W kwestii składu mogę powiedzieć, że producent naprawdę dobrze wywiązał się ze swoich obietnic :) Na początku woda i dwa emolienty działające na konsystencję kremu i zapewniające skórze tak dobrze znany nam 'film'. Później masło kakaowe (natłuszcza i uelastycznia skórę, łagodzi podrażnienia), olej babassu, ekstrakt z cytryny. Wśród składników znajdziecie przede wszystkim surowce naturalne i z certyfikatem ekologicznym, m.in: masło shea (nawilża i zmiękcza), masło oliwkowe (wygładza i koi), olej babassu (uelastycznia, nawilża, jest naturalnym filtrem UV), squalane (z oleju oliwkowego - nawilża), ekstrakt z cytryny (działa ujędrniająco i przeciwzapalnie), naturalną witaminę E (antyoksydant), oraz glicerynę roślinną (nawilża). 

Nie wiem, czy to skłoni Was do zakupu, jeśli przymkniecie oczywiście oko na cenę - 75zł za 250ml. Kosmetyki Pat&Rub dostępne są na stronie producenta, ale warto zaglądać również tutaj! i szukać promocji. Ja właśnie z takiej skorzystałam i masło w komplecie z peelingiem do ciała (który był prawdziwą porażką) oraz cudownym kremem do rąk z serii otulającej udało mi sie kupić za 115zł.

Miałyście okazję używać kosmetyków z tej serii? :)
pozdrawiam, A



Już dawno żaden balsam do ciała mnie nie zachwycił, a tu taka niespodzianka :) Pewnie większość z Was zna już ten kosmetyk z blogów i ogólnej baleo-manii. Do mnie trafił stosunkowo niedawno i bardzo się z nim polubiłam. Szczególnie w ostatnich dniach, kiedy temperatura poszła w dół, a moja skóra pomału zaczyna potrzebować nawilżenia. Zapraszam na receznję kokosowego kremu do ciała Balea :)


Jeśli znacie przesłodzony kokosowy ulep kosmetyczny, to tutaj go nie znajdzicie. W praktycznym, odkręcanym słoiczku o dość subtelnej szacie graficznej, znajdzicie prawdziwie kremowy kosmetyk o delikatnym, kokosowym aromacie :) Niezbyt słodkim, nie bardzo sztucznym - jak dla mnie idealnym. Konsystencja lekka, przypominająca żel-krem, dość dobrze się rozprowadza, chociaż w pierwszym momencie zostawia białe smugi na skórze. Na szczęście całość świetnie się wchłania i zostawia przyjemny, aksamitny film. Nawilżenie na poziomie średnim - nie jest to kosmetyk do skóry bardzo suchej, wymagającej specjalnej pielęgnacji. Po lecie nie mam z tym problemów, jeszcze przyjdzie czas na ciężkie masła. Z kosmetykiem Balea używanym po wieczornej kąpieli (nie codziennie, wstyd!) mogę cieszyć się gładką, miękką i przyjemną w dotyku skórą. Żadnego uczucia suchości czy ściągnięcia, dodatkowo używanie uprzyjemnia delikatny zapach utrzymujący się do rana. Krem przy pojemności 500ml i niewielkiej cenie ok. 2-3 euro jest naprawdę wydajny i starczy mi na długo :) Jeszcze dostępność mogłaby być lepsza... 

Miałyście okazję używać kosmetyków do ciała Balea? Macie wśród nich swoich ulubieńców?

pozdrawiam, A



Zimą moja normalna skóra dość znacznie się przesusza i w ruch idą wszelkie solidniejsze kosmetyki nawilżające, za którymi nie przepadam. Na co dzień wybieram łatwo wchłaniające się i lekkie konsystencje, które nie zostawiają tłustej warstwy na skórze. Ale kiedy moje ciało woła pić, masło do ciała Alverde z olejem makadamia i masłem shea jest idealnym ratunkiem :) Zapraszam na recenzję. 


Masło zamknięte jest w zwykłym, plastikowym słoiczku o pojemności 200ml. Zabezpieczone jest srebrnym wieczkiem więc mamy pewność, że nikt wcześniej nie maczał w nim palców. Konsystencja jest bardzo kremowa, przyjemna, chociaż nieco bieli skórę - trzeba poświęcić chwilę na wsmarowanie kosmetyku i nie przesadzać z ilością. Masło dobrze się wchłania i zostawia na skórze wyczuwalny, aksamitny film. Zapach jest delikatny, słodko-orzechowy, ale na pewno nie dominujący, mimo że na skórze utrzymuje się dość długo.Wydajność oceniam naprawdę dobrze, masło Alverde starczyło mi na kilkanaście solidnych użyć. Kosmetyki Alverde dostępne są w drogeriach DM i w sieci, więc przy odrobinie szczęścia znajdziecie masełko na allegro :) Koszt to ok. 3 euro, także cena moim zdaniem jak na tę jakość świetna.
A jak jest z działaniem? Nie wiem czy to zasługa olejku z orzechów makadamia, czy masła shea, ale moja przesuszona skóra po użyciu naprawdę odżyła :) Nieprzyjemne uczucie ściągnięcia zniknęło, skóra była nawilżona i gładka. Jednorazowe użycie oczywiście nie pomogło, ale przy regularnym stosowaniu mogłam sobie pozwolić na dzień-dwa przerwy w pielęgnacji. Po dwóch tygodniach używałam go od czasu do czasu, żeby utrzymać skórę w dobrej kondycji. Z chęcią jeszcze do tego kosmetyku wrócę, jeśli będę miała ku temu okazję.  

Jakie kosmetyki do ciała wybieracie? Wolicie masła czy balsamy?

pozdrawiam, A



Ostatnio topu denkowego nie było, bo i do pokazania niczego szczególnego nie miałam. Grudniowo-styczniowe denko było dość spore, więc bez problemu wybrałam swoich ulubieńców :) Zaliczyć do nich mogę oczyszczający tonik do twarzy Zioła Bajkału oraz migdałowo-arganowy olejek do włosów Alverde. Chciałam Wam dziś powiedzieć dodatkowo o czterech kosmetykach, które bardzo pozytywnie mnie zaskoczyły :)


Pharmaceris T, pianka głęboko oczyszczająca
Chociaż już sporo dobrego o piankach Pharmaceris słyszałam, wcześniej nie miałam okazji używać. Mała buteleczka była gratisem przy kupnie kremu i na pewno skuszę się na pełnowymiarowe opakowanie :) Pianka świetnie sprawdzała się przy oczyszczaniu skóry rano, kiedy nie potrzebowałam silniejszego żelu. Cera była świeża, pobudzona i przede wszystkim bez problemu pozbyłam się resztek nocnych zabiegów pielęgnacyjnych :) Już dwie-trzy pompki wystarczają do umycia całej twarzy, ale mimo wszystko ten produkt do tytanów wydajności nie należy. Podobne odczucia miałam przy piance Vichy. Kiedy pojawi się u mnie duże opakowanie i będę miała okazję dłużej używać kosmetyku, z pewnością pojawi się szersza recenzja :) Koszt to ok. 25zł w zależności od apteki.

L'Oreal Sublime Soft, chusteczki do demakijażu
Nie przepadam za takimi gadżetami, opakowanie dostałam jako gratis do zakupów. Używałam ich w dniu lenia, kiedy na mojej twarzy gościł jedynie krem lub ewentualnie puder w kamieniu - bez tuszu. Do oczyszczenia twarzy w tym trybie były w sam raz. Zostawiały skórę świeżą i czystą, nie wysuszały jej ani nie powodowały kolejnego dnia wyprysków (co często mi się zdarza przy takich "udogodnieniach"). Zmywały tusz, ale to była dla mnie katorga! Na plus mogę im śmiało policzyć to, że w żaden sposób nie podrażniały mojej twarzy czy okolic oczu. Niestety nie wiem ile kosztują :(

Balea, krem do ciała o zapachu cytrynowego ciastka
Nie jestem miłośniczką "jadalnych" zapachów, ale masło zużyłam z przyjemnością :) Mimo dość zbitej konsystencji dobrze rozprowadzało się na skórze i całkiem sprawnie wchłaniało, zostawiając zapach słodkiego, cytrynowego ciastka. Skóra po użyciu była miękka, delikatna w dotyku i przede wszystkim nawilżona, a efekt ten nie był chwilowy. Zapach utrzymywał się kilka ładnych godzin - zazwyczaj czułam go jeszcze rano. Szkoda, że była to edycja limitowana. Koszt masła do ok. 2,5 euro.

Garnier Ultra Doux, odżywka do włosów rumianek i miód kwiatowy
Odżywka ma za zadanie rozjaśniać i nadawać miękkość włosom blond, ale na moich "typowo polskich" włosach też się sprawdziła. Nie zauważyłam rozjaśnienia, ale z miękkością jak najbardziej mogę się zgodzić. Lubię odżywki Garniera za to, że ułatwiają rozczesywanie, wygładzają włosy i nie powodują ich obciążenia. Dodatkowo ta wersja nadawała im przyjemny zapach rumianku, który bardzo lubię w takiej formie :) Szkoda, że wcześniej na nią nie trafiłam, bo została wycofana. "Cena na do widzenia" wynosiła 3zł. 

Macie swoich ulubieńców styczniowego denka? A może znacie powyższe produkty? :)

pozdrawiam, A




Dziś chciałam Wam powiedzieć trochę o balsamie do ciała z masłem shea, czyli kolejnym kosmetyku Organique, do którego z przyjemnością będę wracać. Więcej o nim przeczytacie TU!,

Co obiecuje producent?
- naturalne składniki: masło Shea (Karite) z certyfikat ECOCERT, które stanowi aż 50% balsamu, wosk pszczeli, odżywcze olejki - sojowy, awokado, z pestek winogron
- aromaterapeutyczne olejki, pozwalające się nam odprężyć i odstresować
- efekty: długotrwale nawilżona skóra, odnowa warstwy lipidowej nawet bardzo suchej skóry
- balsam polecany dla skóry suchej, dojrzałej, wymagającej regeneracji

Brzmi zachęcająco? Jak zwykle mam małą wersję na wypróbowanie, o ulubionym greckim zapachu :) Nie potrafiłam go zidentyfikować, ale Pani w sklepie Organique uświadomiła mnie, że to zapach winogronowy.


Opakowanie wersji pełnowymiarowej to metalowy słoiczek, mój plastikowy - niczym się nie wyróżnia. Nie mam pojęcia ile zawiera produktu, ale myślę że ok 50ml. Opakowanie ma podstawowe informacje o składzie i świeżości produktu oraz wielgaśną naklejkę na wieczku z miejscem zakupu...


Jeżeli miałyście do czynienia z masłem shea, to konsystencja balsamu nie jest zaskoczeniem. Twarde, zbite, niejednorodne masło, przypominające co niektórym smalec (brawo mamo!) lub wazelinę. Pod wpływem ciepła naszych dłoni bezproblemowo aplikuje się na skórze i zostawia dość tłusty, świecący film. Jest to kosmetyk "większego kalibru" więc jeśli nie lubicie czuć czegokolwiek na skórze, nie polecam. Oczywiście po czasie wszystko się wchłania, ale to zależy od poziomu nawilżenia Waszej skóry. Ja nie smaruję się nim cała, więc ciężko mi określić wydajność, ale oceniam ją na 5.


Oczywiście zapach to kwestia gustu i możemy wybierać spośród kilku wariantów (m.in. trawa cytrynowa, białe piżmo, żurawina, magnolia), ale wersja grecka odpowiada mi bardzo - orzeźwiający, dość słodki zapach winogron. Jeśli macie okazję, to powąchajcie :) Utrzymuje się długo na skórze czy pościeli, więc lepiej nie trafić kulą w płot. Najważniejsze jest jednak działanie i tutaj same plusy. Kupiłam ten balsam z myślą o przesuszonych łokciach, które mocno mi dokuczały po zimie. Dochodziło do tego, że napięta skóra nie pozwalała się na nich oprzeć i drażnił mnie materiał ubrań. Masło pomogło praktycznie od razu - zaraz po aplikacji odczułam przyjemną ulgę, skóra była miękka i dużo gładsza. W kolejnych dniach używania zapomniałam o problemie. Po kilku użyciach mogłam wrócić do zwykłych kosmetyków do ciała, a efekt nawilżonej i gładkiej skóry utrzymywał się jeszcze długo. Balsamu użyłam również na nogi, chociaż nie potrzebują one tak solidnego nawilżenia. Świetnie sprawdził się na mega wysuszonej skórze mojej babci - była wprost zachwycona działaniem. Wcześniej żaden balsam tak nie nawilżył i nie natłuścił jej już 70-letniej skóry :) Jeśli lubicie masaż - polecam! Świetnie sprawdza się również w tej kwestii. 


Kosmetyki Organique dostępne są sklepach firmowych tej marki (TUTAJ lista sklepów). Ja jak widzicie na wieczku kupuję w galerii Alfa w Grudziądzu (parter) lub w bydgoskiej galerii Focus Mall (również parter, dawny TBS). Cena balsamu to ok. 25zł za 100g. Wydaje się to całkiem spora kwota, ale przy używaniu na suche miejsca i długotrwałym efekcie nawilżenia jestem w stanie taki koszt ponieść. Moje ok. 50ml opakowanie kosztowało 12zł i taki zakup jak najbardziej Wam polecam!

Na blogu pojawiła się już recenzja peelingu żurawinowego, do której odsyłam wszystkich zainteresowanych. W najbliższym (lub trochę dalszym) czasie możecie się spodziewać recenzji tych kosmetyków Organique:
- mydła Aleppo
- czarnego mydła Savon Noir
- kuli do kąpieli białe piżmo
- glinki zielonej, białej, ghassoul

pozdrawiam, A

PS. Wczoraj trochę się tu pozmieniało, poleciały już pierwsze "rogate" komplementy - serdecznie dziękuję! Mam nadzieję, że nowy wygląd przypadnie Wam do gustu i będziecie się to dobrze czuć :)


Obsługiwane przez usługę Blogger.