Denko włosowe widziałyście już tutaj, teraz przyszedł czas na twarz i ciało. Miały być dwie części, ale chyba nie ma co tego rozbijać. Denko z wozu, blogerce lżej :P Zapraszam więc na dość długi post, w którym starałam się maksymalnie streścić moje opinie na temat kilkunastu zużytych kosmetyków. Zapraszam! 




Dopiero poznaję kosmetyki Sylveco, ale póki co trafiam na same perełki :) Tymiankowy żel do oczyszczania twarzy był jedną z nich, a w duecie z hibiskusowym tonikiem do twarzy świetnie wpisał się w schemat mojej pielęgnacji. Chciałabym poświęcić im nieco więcej czasu, więc czekajcie cierpliwie. Powiem tylko, że będzie to post pochwalny!

O kremie-wybawcy na wszelkie niedoskonałości. czyli Effaclar Duo + od La Roche Posay pisałam Wam już tutaj i zdanie swoje podtrzymuję. Ten krem naprawdę ratuje moją cerę, jeśli coś pójdzie nie tak...

Z Baikal Herbals miałam już swojego ulubieńca i był to deksykujący krem na noc, o którym pisałam tutaj. Myślałam, że regulujące serum do skóry przetłuszczającej i mieszanej będzie równie dobre. Zwiodło mnie bliźniacze opakowanie, w którym znalazłam zupełnie inny kosmetyk - nie pasuje on niestety mojej skórze... Zacznijmy może od tego, że cera w jego towarzystwie produkowała zastraszające ilości sebum, co skutkowało rozkwitem niedoskonałości. Jak widzicie, zadania głównego nie wykonał, nawet się go nie podjął. Technicznie był lekki i miał świetne opakowanie typu airless, ale co z tego? Za 30zł można znaleźć dużo lepszy krem, który chociaż minimalnie działa na korzyść naszej skóry.

Nie mam dużego doświadczenia z kremami pod oczy, ale odżywczy krem pod oczy Oeparol z kwasem omega i ceramidami wspominam przeciętnie. Nie był to niestety cudotwórca ani nawet kosmetyk po który chciałabym ponownie sięgnąć. Nałożony nieco grubszą warstwą na noc podrażniał moje oczy i rano mogłam go ściągać wacikiem, bo w ogóle się nie wchłaniał. Problemu takiego z bawełnianą Tołpą, której obecnie używam, nie zauważyłam. Nawilżenie, na którym najbardziej mi zależało również nie powala na kolana. Wszystko jest takie 'niby-dobre'. Niby działa, niby coś tam robi, niby nawilża - a jednak zmywając oczy dalej odczuwam przesuszenie i dyskomfort... Szukam dalej swojego ulubieńca.




Tołpa botanic, pokrzywka indyjska czyli antycellulitowy eliksir wyszczuplający. Kosmetyk leżał w mojej szafce bardzo długo, a kiedy zaczęłam go w końcu używać, wcale nie byłam zadowolona. Po pierwsze konsystencja to połączenie wody z olejkiem, dość klejąca w pierwszym momencie. Rozprowadza się bez problemu dzięki rozpylaczowi - duży plus. Zapach jest wyraźny i przypomina ziołowe, męskie szampony. Nie widziałam jednak miejsca dla tego kosmetyku w swojej pielęgnacji. Nie nawilżał, więc nie mógł zastąpić nim balsamu, a producent polecał używać go rano i wieczorem. Efektów wielkich nie widziałam - skóre była napięta, ale brak odpowiedniego nawilżenia sprawiał, że nie wyglądała zdrowo.

Zupełnie inne uczucia mam w stosunku do modelującego balsamu ujędrniającego Tołpa planet of nature (to jeszcze stare opakowanie, aktualnie ta seria nazywa się inaczej). Balsam świetnie skórę nawilżał i wizualnie wygładzał, a jego lekka konsystencja i dość szybkie wchłanianie zachęcały takiego leniucha smarowidłowego do regularnego używania :) Zapach był naprawdę przyjemny, roślinno-słodkawy. Gdyby nie masa innych balsamów, które mnie ciekawią - chętnie bym do niego wróciła.

Trzecim kosmetykiem marki Tołpa, tym razem z serii green, nawilżenie jest nawilżające mleczko łagodzące z bawełną, irysem, olejkiem migdałowym i masłem shea. I tutaj byłam bardzo zadowolona z działania. Mimo nieco cięższej konsystencji niż w balsamie powyżej, mleczko dobrze się wchłaniało i pięknie nawilżało skórę. Nawet moja mama, która ma skórę wyjątkowo suchą i wrażliwą, z przyjemnością korzystała z dobrodziejstw tego kosmetyku. Ogromnym plusem w tym wypadku jest otulający, kremowo-kwiatowy zapach. 

Kosmetyki marki Tołpa nie zawierają parabenów, sztucznych barwników PEG-ów, silikonów, oleju parafinowego i parabenów, Musicie jednak zwracać uwagę na to, co pisze producent, bo nie wszystkie serie są tak samo 'naturalne'. 




Żele pod prysznic Isana można wrzucić do jednego wora, ale wypadałoby im nadać kolejność 'lubienia'. I tak moje serce zdobyła różowa sówka z ekstrakrem z czereśni. Piękny, delikatny zapach owocu z kwiatowym podbiciem. Kolejna sówka, nieco słabsza to ekstrakt miodowy. Na szarym końcu uplasowała się wersja wakacyjna z ekstrakrem z mango. Ja tam mango zupełnie nie wyczuwałam... Za 3-4zł można te żele kupić i cieszyć się ich zapachami, nie wymagając przy tym cudów :) 




Jeśli oczekujecie kłębów piany w swojej wannie i przyjemnego zapachu - płyn do kąpieli z kwiatem wiśni i mleczkiem ryżowym Balea jest dla Was :) Kupujcie i kąpcie się w nim wszyscy, bo jest tani, dobry i warto poprawić sobie w ten sposób nastrój. 

Kosmetyki Wellness&Beauty kuszą wciąż i wciąż, tak jak skusił mnie żel do kąpieli i pod prysznic z owocowymi ekstraktami z mango i papai. Zapachem bił na głowę Isanę (również mango-podobną), był dość wydajny i pięknie oczyszczał skórę, nie wysuszając jej przy tym. Do tego można dodać, że opakowanie nieźle prezentuje się w łazience i jest naprawdę wygodne w użytkowaniu. Chętnie sięgnę po inne wersje zapachowe.

Jeśli miałabym Wam sprzedać jeden trik na bezproblemowe golenie, to byłoby to zostawienie pianki i żelu do golenia w szafce. Olejek pod prysznic Nivea nie jest moim ulubionym oczyszczaczem kąpielowym, ale do golenia jest wprost genialny! Skóra po zabiegu jest gładka, nie ma podrażnień i nie trzeba na wyścigi nakładać balsamu. Szczególnie latem, kiedy golimy się zdecydowanie częściej, warto mieć go w łazience. Dodatkowo nie śmierdzi tak jak olejek Isany, niestety kosztuje bez promocji prawie 15zł, to jego największy minus. Szukam pociechy w Wellness&Beauty i na pewno dam znać, czy spisuje się równie dobrze.




Grejpfrutowy krem do rąk Caudalie to już moje drugie opakowanie, które zużyłam z ogromną przyjemnością. Gładka, musowa konsystencja, cudowny zapach i działanie, które jest tu kluczowe. Krem Caudile świetnie nawilża, nie zostawia tłustego filmu i pozwala nam szybko wrócić do swoich zajęć. Oczywiście, nałożony grubszą warstwą potrzebuje trochę czasu na wchłonięcie, ale taki zabieg stosowałam wieczorem. W ciągu dnia spisywał się równie dobrze, a małe opakowanie zachęcało do noszenia go w nawet najmniejszej torebce :) Pewnie jeszcze kiedyś do mnie trafi.

Lirene i krem-maska do stóp z 30% mocznikiem pojawiła się w moich ulubieńcach i sama nie wiem co o tym myśleć, ale... im dalej w las, tym gorzej. A dokładnie mówiąc, im dłużej kosmetyku używałam, tym był bardziej mączny. Tak właśnie opisałabym uczucie, jakie zostawiał na stopach. O ile właściwości nawilżających nie mogę mu odmówić, tak ten film na stopach był dość uciążliwy. Dlatego szukam dalej, a do Lirene raczej nie wrócę.




Mac In Extreme Dimension 3D Black Lash, czyli tusz z pudełka JoyBOX pokazywałam Wam już tutaj. Nie wszystkim się spodobał, ale ja będę za nim nawet trochę tęsknić :) Niestety w tym momencie nie nadaje się już do używania. Wcale nie wysechł, ale zaczął podrażniać mi oczy i dużo intensywniej pachnieć. Nie jest to nic strasznego, ale nie odczuwam potrzeby fundowania sobie takiego dyskomfortu... Może to specyfika tego tuszu, a może zaszkodziły mu upały? Tego nie wiem.

Rimmel Stay Matte matujący puder w kolorze 003 peach glow to kolejne opakowanie mojego ulubionego pudru do twarzy :) I już za nim tęsknię! Na pewno kupię ponownie, jak tylko nieco pozużywam to, co mam.

O uniwersalnych kremach Oriflame słyszeli z pewnością wszyscy. Tender Care kiedyś można było dostać jedynie w wersji klasycznej, teraz w katalogu pojawia się waniliowa, karmelowa oraz wiśniowa kombinacja, która trafiła się właśnie mi. Długo nie miałam styczności z tym kosmetykiem i zapomniałam jak świetnie radzi sobie z przesuszonym nosem w czasie kataru, jak ładnie natłuszcza usta. Nie jestem fanką wazeliny, ale ten kremik (który mocno mi ją przypomina) wart jest uwagi. A wersja wiśniowa pachnie obłędnie! Oczywiście, opakowanie tylko dla zdeterminowanych. Ja swój 'miodek' przekładam.


I to by było na tyle :) Patrząc przez pryzmat czasu, nie zużyłam wcale tak dużo. Lato nie zachęcało mnie do odmaczania się w wannie i smarowania balsamami, niestety. Jesienią za to będę mogła nadrobić zaległości! Tylko gdzie ten wyczekiwany chłodek?

A jak Wam poszły zużycia ostatniego miesiąca? Kosmetyczne perełki odkryte? :)

pozdrawiam
Adrianna



Wakacje, przynajmniej te szkolne, właśnie się kończą. Mam nadzieję, że spędziliście je w najlepszy możliwy sposób i wspominacie ten czas z uśmiechem :) Tym szczęściarzom, którzy odpoczynek mają jeszcze przed sobą życzę sprzyjających wiatrów i spokoju. Wszystkich za to zapraszam na małe, pachnące rozdanie. Zasady są bardzo proste, więc pozostaje mi życzyć powodzenia!



Co musicie zrobić?

OBSERWOWAĆ. Do wyboru macie rogate konto na instagramie, facebooku, bloggerze lub bloglovinie. Pełna dowolność, wystarczy dopisać się na jedną z platform i dać mi o tym znać w komentarzu.

ODPOWIEDZIEĆ NA PYTANIE: Jakie jest Wasze najlepsze, najcieplejsze, najciekawsze, a może najbardziej niespodziewane wspomnienie z wakacji? Forma dowolna, rozmiar dowolny - nie liczę na opowieści o spotkaniu z Yeti w Tatrach albo pływaniu z syrenką w Bałtyku :) 

ZOSTAWIĆ KOMENTARZ:
obserwuję na ... jako ...
odpowiedź: ... 



I to by było na tyle :) Rozdanie trwać będzie od 29.08. - 15.09. włącznie. Wyniki podam na blogu do 5 dni od zakończenia rozdania. Na mail od zwycięzcy czekam przez 5 dni od ogłoszenia wyników. Potem losuję kolejną osobę. Kosmetyki zostały zakupiona przeze mnie i są oczywiście świeże, nieużywane. Wysyłka na terenie Polski ze względu na koszty, wybaczcie.

Serdecznie zapraszam i czekam na Wasze odpowiedzi!

pozdrawiam
Adrianna 



Chociaż nie spodziewałam się cudów, to jednak liczyłam, że kosmetyki Bandi okażą się dla mojej skóry dobre. Jak już pewnie widzicie po tytule posta jest inaczej, szczególnie w kwestii kremów. Peeling okazał się poprostu niegroźny. Pamiętajcie jednak, że każda cera jest wyjątkowa i wymaga innej pielęgnacji :) Jeśli jesteście ciekawe mojej opinii o subtelnym peelingu enzymatycznym i intensywnie nawilżającym kremie (zestaw ten wygrałam u INFALLIBLELIFESTYLE) oraz kremie z algami morskimi - zapraszam na post!


Bandi Delicate Care, subtelny peeling enzymatyczny




Po pierwsze, to kosmetyk zdecydowanie za delikatny. Nie robi z moją skórą nic, co mogłoby sugerować, że użyłam peelingu enzymatycznego... Dużo lepsze efekty zauważam po peelingu z Dermiki. Po nałożeniu mam wrażenie, że powierzchnia mojej skóry jest czymś obłożona i nie może oddychać, a uczucie to nie znika nawet po zmyciu kosmetyku. Konsystencja peelingu jest kremowa, gęsta i lekko klejąca. Dobrze się nakłada i chociaż powoduje na początku lekkie mrowienie, po kilku minutach ono ustaje. Biały kolor z czasem staje się przezroczysty. Pachnie specyficznie - słodko, pudrowo, owocowo? Nie wiem, ale przez 15-20 minut (tyle sugeruje producent) może skutecznie obrzydzić. Zmywa się całkiem nieźle - najpierw używam wacików (wtedy peeling przypomina miodek z ucha, wybaczcie porównanie), a resztę zmywam za pomocą pianki Alverde czy delikatnego żelu oczyszczającego.

Efekty? Skóra jest lekko ściągnięta i nieco gładsza, ale tylko tam, gdzie była gładka już wcześniej...  Podsumowując - to kosmetyk nie dla mnie. Jest za delikatny, a czas w jakim ma według producenta działać uprzykrza zapach. Kwestia gustu, ale mój podpowiada - nigdy więcej.



Macie doświadczenia z tym peelingiem? Czytałam opinie w sieci i nie jest to niestety ulubieniec tłumów. Pozostaje się więc cieszyć, że przynajmniej nie wywołał u mnie wysypu na skórze, bo i tak się u dziewczyn zdarzało.


Bandi Delicate Care, krem z algami morskimi



Bandi Hydro Care, krem intensywnie nawilżający




I tutaj mogę kremy podsumować razem, bo obie formuły zadziałały podobnie. Nie będę się mocno rozpiwywać, bo chyba nie ma to większego sensu - kosmetyków używałam krótko, więc też byłoby to niemiarodajne.

W trakcie pierwszych 2-3 dni używania byłam zachwycona :) Skóra mojej twarzy szczególnie przy kremie z algami nie świeciła się, a lekka formuła wyjątkowo mi podpasowała. Do tego zniknął problem z suchymi skórkami czy ściągnięciem skóry. Krem nawilżający był nieco cięższy, ale nadal nie wywoływał potoku sebum. Cała radość mijała w momencie, kiedy linia mojej rzuchwy i broda zaczynały wyrzucać coraz to ciekawsze zjawiska. Od drobnych niedoskonałości, po bolące bulwy. Podejścia były dwa do każdego kremu i za każdym razem ich odstawienie powodowało uspokojenie skóry po 3-4 dniach, dzięki doleczaniu cery z Effaclar Duo+. Nie mam pojęcia czy to wina konkretnego składnika czy całej formuły, ale te kremy zdecydowanie nie są dla mnie. 

Nie mówię przy tym, że kremy Bandi, które miałam okazję testować są złe i nie kupujcie ich pod żadnym pozorem, nie. Ze względu na świetne opakowania z pompką typu air less kremy powędrowały do nowych właścicielek. Obie są starsze ode mnie i ich skóry wymagają nawilżenia oraz odżywienia, dodatkowo są skórami delikatnymi i skłonnymi do reakcji alergicznej. Nie słyszałam od nich żadnych skarg i uwag, z kosmetyków są zadowolone :) 

Dlatego jeśli macie cerę tłustą, skłonną do zapychania i potrafiącą strzelić focha - poczytajcie więcej opinii w sieci. Ja swoje pielęgnacyjne kroki kieruję w inną stronę :)


Jakie macie doświadczenia z kosmetykami do twarzy Bandi? 
Wiele z Was zareagowało pozytywnie pod postem, w którym pokazywałam Wam całą trójkę i domyślam się, że jestem w niezadowolonej mniejszości :) Ale już się szczerze mówiąc przyzwyczaiłam, że polecenia i rzeczywistość z moją cerą to dwie różne sprawy. Dlatego szukam dalej i wcale nie rozpaczam!

pozdrawiam
Adrianna 


Technologia Blogger.