W ostatnim poście skarżyłam się na to, że czasy świetności lakieru OPI nantucket mist niestety już minęły i czas się rozejrzeć za godnym następcą. Wpadłam na pomysł zmieszania kilku lakierów, ale niestety nie mam za grosz do tego talentu ani wyobraźni :D Dlatego z mojego mieszanie wyszedł inny, równie ładny kolor. Zapraszam na post :)


OPI to taka brzoskwinka z odrobiną różu, mocno kremowa, dość delikatna - krótko mówiąc śliczna. Bierzcie poprawkę na to, że zupełnie nie umiem opisywać koloru,  ale zdjęcia mówią wszystko. Przeglądając internety trafiłam na wiele podobnych lakierów, ale albo były za różowe, albo dużo intensywniej pomarańczowe, albo za mocno rozbielone. Dlatego też próbowałam zamieszać sama i chociaż kolor na początku był prawie taki sam, to po kilku godzinach nieco się zmienił i przestał przypominać OPI :) Ale nie ma tego złego, bo sam w sobie bardzo mi się podoba. Ma w sobie więcej różu i jest takim typowym, naustnym mauve, który uwielbiam. Kremowy, lekko przygaszony róż - nosi się przyjemnie i pasuje na co dzień, bo nie jest zbyt krzykliwy. A jak Wam się podoba? 


Myślę, że OPI jeszcze ze mną zostanie, nie mam serca wyrzucić go do kosza... 
Został podreperowany rozcieńczalnikiem, ale to pewnie krótkotrwała poprawa. 
Będę szukać dalej, już na drogeryjnych półkach :)

pozdrawiam, A



Lubię, kiedy na paznokciach się coś dzieje - lubię, ale nie zawsze :) Tym razem jednak naszło mnie na trochę błysku, więc w ruch poszły dwa topy Catrice - srebrny 40 I'm dynamite oraz różowy 45 kitch me if you can. Za lakier bazowy poszłużył mi szary lakier Astor z serii Fashion Studio 312 mountain stone oraz brzoskwiniowy OPI nantucket mist. Bazą standardowo jest eliskir z jedwabiem Wibo, a całość trzyma Essie good to go


Co mogę powiedzieć o całości? Do głowy przyszło mi połączenie srebrnego topu z brzoskwinią i różowego z szarością - całość na paznokciach podoba mi się bardzo :) Top nałożyłam jedną warstwą, więc nie jest tego za dużo według mnie w kontraście do dość klasycznej bazy. To moje pierwsze spotkanie z lakierami Astor i jestem z tej szarości bardzo zadowolona - dwie warstwy dają pełne krycie, lakier jest dość gęsty i nie rozlewa się po skórkach. Pędzelek standardowy, cienki, wygodny. Z topami Catrice miałam już okazję się spotkać i kolejny raz doprowadziły mnie do irytacji - przy pierwszym odkręcaniu zakrętki wyłamał się korek. Osz! Zaraz zabiorę się za przelewaniu, bo nie miałam żadnej wolnej buteleczki i ratowałam się taśmą klejącą... OPI, ach OPI. Powiem tak - pierwsze spotkanie było średnie, później sięgałam po ten kolor co jakiś czas, a teraz? Teraz do niczego się już nie nadaje. Czas się pożegnać i poszukać następcy, niestety. Tutaj mam akurat jedną grubszą warstwę nantucket mist, ale bez topu nakładam zawsze dwie warstwy. Wysuszanie całości przyspieszyłam Essie, bez którego już nie umiem malować paznokci. I jak podoba Wam się całość? :)

Mam wielką prośbę do Was - znacie podobny kolor do OPI? Lakier jest bez żadnych drobinek, totalny, klasyczny krem. Brzoskwiniowy z dodatkiem różu, ale bardzo delikatnym dodatkiem. Podobny wydaje się być lakier z serii Holiday Golden Rose o numerze 66, ale szukam innego wykończenia.

Jeśli wpadnie Wam coś na myśl - czekam na propozycje :)


pozdrawiam, A




Ostatni odcinek pojedynku płatków pod oczy i pierwsze miejsce zajął kosmetyk Montagne Jeunesse! Usuwające efekt cieni pod oczami płatki z kolagenem i lukrecją spodobały mi się najbardziej z całej puli (Perfecta, L'Biotica i Marion poza konkursem). Opakowaniu z grubej folii? na suwak, w którym znajdziemy dwa zestawy płatków, pozwala skorzystać z pełnowartościowej drugiej pary po jakimś czasie trzymania całości w lodówce. I ten krok jest bardzo ważny, bo zanurzone w płynie płatki świetnie chłodzą okolicę oczu, doskonale ją nawilżając i uelastyczniając. Odpowiedzialne są za to, według producenta, roślinny kolagen oraz lukrecja, która wpływa również na zwalczanie ciemnego zabarwienia skóry. Na opakowaniu znajdziemy również informację, że skóra po użyciu płatków jest lżejsza i jędrniejsza, z czym mogę się zgodzić. Zauważyłam, że po zdjęciu płatków, które są załkowicie żelowe i świetnie trzymają się skóry, okolica pod oczami wygląda naprawdę dobrze. Znika opuchlizna poranna, skóra jest nawilżona i napięta. Cienie są rozjaśnione ale muszę zaznaczyć, że naturalnie nie są oną moją główną bolączką - zazwyczaj pojawiają się po nieprzespanej nocy ;) Nie zauważyłam żadnego podrażnienia oczu czy skóry. Płatki dostępne są przede wszystkim w drogeriach Natura, a ich cena to ok. 11-15zł (w zależności od promocji, lub jej braku). 


skład dla ciekawskich:

Płatki są moimi ulubieńcami i na pewno jeszcze do nich wrócę :) 

pozdrawiam, A



Lubię swoje usta. I tak chyba mogłabym zakończyć ten post, gdyby nie chęć pokazania Wam kilku kosmetyków, które przeszły przez moją kosmetyczkę, zostawiając po sobie lepsze lub gorsze wrażenie. Dziś kilka słów o wartej uwagi szmince Bourjois z serii Rouge Edition w kolorze 04 rose tweed



Premierę zaliczyła jakiś rok temu i wtedy zupełnie mnie oczarowała :) Cudownie kremowa, miękko sunęła po ustach, zostawiając na nich nawilżającą warstwę koloru. Jeśli jesteście fankami naturalnych odcieni mauve na ustach, to warto ją sprawdzić w drogerii. Kolor 04 rose tweed ma w sobie sporo beżu i przy niektórych karnacjach może uchodzić za wyraźniejszy odcień nude :) Wykończenie kremowe, chociaż traci na 'kremowości' w miarę noszenia. Graficznie szminka jest dość prosta, nie ma się nad czym rozwodzić - minusem jak dla mnie jest kształt samego sztyftu, bo precyzyjne nałożenie koloru jest trudne. Komfort noszenia jak przystało na firmę Bourjois na wysokim poziomie - kosmetyk z ust schodzi równomiernie, ale nie spodziewajcie się super trwałości. Nie spotkałam jeszcze tak kremowej, długotrwałej szminki (no może za wyjątkiem Mac). Co przeszkadzało mi w szmince? Jeśli macie zwyczaj pocierania wargą o wargę, pomadka będzie mocno wylewać się poza kontur ust. To właśnie było przyczyną rozstania, jak i dość drażliwy dla mnie smak i zapach. Jestem niestety bardzo czuła na takie 'atrakcje' kosmetyków kolorowych, dlatego też wybieram je dość ostrożnie :) Szafy Bourjois dostępne są w wielu drogeriach i ceny akurat tej serii wahają się od 30zł do nawet 50zł - warto szukać promocji. Paleta kolorów jest dość klasyczna, więc jeśli szukacie czegoś wow, lepiej rozejrzeć się za inną serią :)

Ze swojej strony szminkę Bourjois Rose Edition mogę polecać. Ładnie wygląda na ustach i nie podkreśla suchych skórek i chociaż nie jest super trwała, jej nakładanie jest naprawdę przyjemne. 

Miałyście okazję jej używać?

pozdrawiam, A


Technologia Blogger.