Dziś chciałabym Wam w miarę krótko opowiedzieć co nieco o moim makijażu oka z 3 kosmetykami Maybelline, które polecałam Wam już w poście z drogeryjnymi ulubieńcami, na których warto zwrócić uwagę w Rossmannie. Mówić to jedno, pokazać drugie :) Dlatego dziś mam nadzieję będzie krótko i treściwie o głównych bohaterach:

- kredce do brwi z cieniem BROWsatin
- żelu utrwalającym brwi BROWdrama
- tuszu do rzęs Lash Sensational (formuła tradycyjna)

Jeśli jesteście ciekawe, co można za ich pomocą na oku zmalować, zapraszam na post!



O moich brwiach można powiedzieć tyle, że nie ma ich za dużo i są bardzo jasne - kolor włosów na głowie typowo polski, więc i włoski nijakie. Ale od czego są kosmetyki? Nie spodziewajcie się tylko cudów, bo dalej trzymam się naturalnego wyglądu, w nieco tylko 'pokolorowanej' formie.

1. Pierwszym krokiem jest przypudrowanie okolic brwi, dzięki czemu lepiej trzyma się na nich kredka/cień/żel. Po przypudrowaniu przeczesuję włoski szczoteczką, jaką znajdziecie na allegro za grosze lub możecie wyczyścić taką ze zużytego tuszu. Ważne, żeby Was nie drapała. Po brwiach przychodzi czas na przeczesanie rzęs i można się zabierać za krok drugi.

2. Zawsze zaczynam od brwi, sama nie wiem czemu. Może dlatego, że bez tej 'ramy' czuję się goło? Świetnie sprawdza się u mnie kredka BROWsatin w kolorze dark brown, ale nie sugerujcie się nazwą za mocno. Jest to chłodny, nieco ciemniejszy brąz, który wygląda bardzo naturalnie nawet na takich lichotach jak moje. Maluje, przeczesuje, maluje, przeczesuje do momentu, aż uzyskam pożądany efekt. Jak pewnie wiecie kredka Maybelline oprócz bardzo cienkiego i precyzyjnego rysika posiada również gąbeczkę z cieniem, której w ogóle nie używam. Rozmazuje ona całą naszą pracę i wygląda to nieciekawie. 



3. Chociaż włosków nie mam zbyt wielu, to jednak utrwalający żel się przydaje. BROWdrama nie jest może wybitny, ale w porównaniu do Wibo czy Eveline, jego ogromnym plusem jest delikatny odcień (medium brown) oraz szczoteczka. To taka śmieszna kulka, której na początku się obawiałam. Niesłusznie, bo dzięki temu wypukłemu kształtowi jest precyzyjna i przy takich brwiach jak moje sprawdza się doskonale. Sam żel utrwala nieźle i nie muszę się martwić o brwi w ciągu dnia. Kolor to medium brown.

4. Czym byłoby oko bez pomalowanych rzęs? A no smutnym korniszonkiem. Dlatego tak bardzo lubię tusz Lash Sensational, który podkręca moje proste jak druty rzęsy, dobrze je rozczesuje i nadaje naprawdę ładny, czarny kolor. Do tego trzyma się cały dzień i nie kruszy, nawet jeśli rzęsami zahaczam o okulary ;) Wiem, że opinie na jego temat są bardzo mieszane. Dla mnie jednak jest to jeden z lepszych tuszy, jakie ostatnio miałam. Szczoteczka to wygięty grzebyk, którym docieram do najmniejszych włosków w kąciku zewnętrznym, bez ciapania całej powieki. Sukces! 




I tak właśnie w akcji wyglądają moi ulubieńcy. 
Jeśli chcecie dowiedzieć się czegoś więcej o którymś z nich, piszczcie śmiało :)

pozdrawiam
Adrianna


Ps. Małe porównanie kolorów kredek: u góry dark blond, całkowicie ciepły i u mnie wpadający w rudy, a na dole dark brown. Jak mówiłam, nie warto bać się jego nazwy :)





Jeśli miałabym wskazać kosmetyk, który wzbudził największe zainteresowanie w specjalnym, wiosennym pudełku JOYbox (tutaj pokazywałam zawartość), byłby to z pewnością tusz marki MAC. Biorąc pod uwagę cenę pudełka i cenę tuszu, jeśli udało Wam się je zamówić (walka była zawzięta), zrobiłyście niezły interes :) A jak ten interes sprawdza się w codziennym używaniu? Zapraszam na kilka słów o tuszu do rzęs MAC IN EXTREME DIMENSION LASH 3D. 




Krótko i technicznie: tusz zapakowany jest w kartonik, utrzymany w ściśle 'macowym' charakterze. W środku znajdziecie przyjemne dla oka opakowanie z błyszczącego plastiku, które mimo dość dziwnego kształtu dobrze trzyma się dłoni. Zdobi je nadruk nazwy marki, gdyby ktoś zapomniał, że to właśnie TEN MAC :) Oczywiście żartuje, to naprawdę przyjemny dodatek do dość skromnego dizajnu. A co w środku?

SZCZOTA. Naprawdę duża, silikonowa szczoteczka z całą masą włókien ułożonych są na kształt trójkąta. Pozwala to nakładać tusz cienką warstwą, z równoczesnym bardzo dokładnym wyczesaniem nadmiaru. Bardzo mi to odpowiada i mogę - jeśli mam czas i ochotę - budować efekt. Szczoteczka pozwala tak samo dobrze pomalować kącik zewnętrzny, jak i wewnętrzny. Jestem nią pozytywnie zaskoczona, bo na początku lekko mnie przeraziła.

A co z KOLOREM? Jest bardzo czarny i nie blednie w ciągu dnia. TRWAŁOŚĆ również bez zarzutu - upał czy nie, tusz trzyma się na rzęsach aż do zmycia, nie osypuje się i nie odbija. Dopiero solidna drzemka potrafi go nieco okruszyć. Problemem pozostaje jedynie CENA, która wynosi ok. 100zł/12g. Dla mnie to dużo i ponownego zakupu nie planuję, ale jeśli możecie sobie pozwolić na tusz, który zapewni Waszym rzęsom ładne podkreślenie i dzienny efekt z aspiracjami na coś więcej - polecam!




Pitu pitu, ale EFEKT się liczy, prawda? Na poniższych zdjęciach (dalekich od perfekcji) widzicie dzienne możliwości, jakie daje tusz MAC. Cienka warstwa, bardzo naturalny efekt, rozczesane włoski i czarny kolor - idealne połączenie dla moich pająkowatych, cienkich i wiotkich rzęs, które łatwo się sklejają. Nie powiedziałabym, że ten tusz jest najlepszym, co do tej pory miałam okazję używać, ale to naprawdę dobry kosmetyk. Wszystko zależy od oczekiwań :)




Biorąc pod uwagę, że moje rzęsy bez tuszu są praktycznie niewidoczne - MAC IN EXTREME DIMENSION LASH 3D robi robotę. Cieszę się, że udało mi się go upolować w pudełku i tak przystępnej cenie. 

Miałyście okazję go używać? Zrobił na Was dobre wrażenie?

pozdrawiam
Adrianna

PS. Czerwiec nie sprzyja moim literacko-blogowym popisom, proszę o wybaczenie. 





Zatęskniło mi się za starą formą denka :) Lista wszelkich kosmetycznych rozchodów i przychodów nadal istnieje i ma się dobrze. Znajdziecie ją w pasku stron, o tutaj. Mam w planach jej regularną aktualizację, ale to w poście z denkiem rozliczać się będę z miesiącznych zużyć. Mam nadzieję, że ta forma odpowiadać będzie i Wam. Widziałam, że część z Was gubiła się gdzieś między moją listą Kosmetycznego Związku Zapaśniczego, a Przeglądem Denka. Ale nie martwcie się, nastała jasność! I dziś przedstawię Wam swoje pustaki, a wyjątkowo w tym miesiącu się nie popisałam...




O kosmetykach marki FITOMED myślałam zdecydowanie za długo i dopiero teraz 'odkryłam' ziołowy żel do skóry tłustej i trądzikowej z mydlnicą lekarską (ok. 9zł w aptece DOZ). Pojemność 200ml wystarczyła mi na dwa miesiące używania rano i wieczorem, przy czym raz dziennie (lub raz na dwa dni) żelowi towarzyszyła ściereczka muślinowa. Jego wydajność oceniam więc bardzo wysoko! Nie pieni się jakoś wyjątkowo, pachnie ziołowo, jest dość gęsty i nie spływa z dłoni. Właściwości oczyszczające na plus, podobnie jak fakt, że nie wysuszył mojej skóry, ani jej nie podrażnił. Producent podkreśla, że żel posiada lekkokwaśny odczyn i nie zawiera mydeł alkalicznych, które zbytnio odtłuszczają skórę, uszkaszając jej powłokę. Nie jestem w stanie tego sprawdzić, ale kosmetyk używany z głową nie podrażnił mojej skóry (pomijam fakt, że kilka razy poszalałam ze ściereczką i wtedy oczuwałam lekkie pieczenie, ale to już moja głupota dała o sobie znać). Żel zawiera wyciąg z szałwii, melisy i oczaru oraz nagietka o działaniu oczyszczającym, regulujący wydzielanie łoju, ściągającym. Ze wszystkim się zgadzam! Żel wyjątkowo podpasował mojej skórze i chętnie jeszcze kiedyś do niego wrócę.

Kolejnym zużytym kosmetykiem jest krem nawilżający na noc z winogronem i białą herbatą ALTERRA. Nie jest to krem wybitny, który polecę każdemu, ale jeśli Wasza skóra nie wymaga nawilżającefo eliksiru, Alterra powinna się sprawdzić. Dla mnie był to świetny nocny opatrunek kiedy czułam, że moja skóra jest ściągnięta i potrzebuje bardziej konkretnej pielęgnacji. Krem jest gęsty i bieli twarz, więc trzeba chwilę poświęcić na wmasowanie go w skórę. Zapach przyjemny, typowo 'alterrowy' z taką roślinną nutką. Nie mam mu nic do zarzucenia, nie zapchał mojej cery ani nie wpływaj na jej przetłuszczanie. Jeśli nie będę miała pomysłu na inny krem nawilżający na noc, pewnie do niego wrócę. Skład ma wegański, jak większość kosmetyków tej marki, a dodatkowo kosztuje ok. 10zł w drogeriach Rossmann.

Na mojej łazienkowej półce miejsce znalazła również emulsja oczyszczająca do twarzy z granatem ALTERRA. Chyba moja skóra nie jest jeszcze gotowa na tak kremowy kosmetyk :) Nie czułam oczyszczenia stosując emulsję samodzielnie, dopiero ściereczka muślinowa dobrze wspólgrała z tym kosmetykiem. Skóra po użyciu była miękka i gładka, ale wyczuwalny był na niej film, który nie do końca dobrze działa na moją skórę. Nawet jeśli moja cera była sucha i emulsja była wręcz wskazana podczas porannego mycia, cera potrafiła się błyszczeć po godzinie i wyrzucić drobnych nieprzyjaciół w okolicach rzuchwy. Zużyłam, ale powrotów nie planuję, żelowa ze mnie dziewczyna :) Cena to ok. 8-9zł za 125ml, jest to kosmetyk wegański.




Po wychnięciu mojego ulubionego tuszu Gosh Catchy Eyes (zdetronizowanego aktualnie przez Maybelline Lash Sensational) zdecydowałam się na Volumix Fiberlast od EVELINE. Jaka to była pomyłka... Szczoteczka taka jak w Goshu, ale na tym podobieństwa się kończą niestety. Rzęsy proste jak druty, zero podkręcenia, lekkie pogrubienie. Do tego tusz sklejał moje cienkie włoski i efekt był naprawdę słaby, jeśli nie poświęciłam kilku dobrych minut na wyczesanie tuszu szczoteczką i grzebykiem Inglot. Żeby nie było tak totalnie źle powiem Wam, że mojej mamie podpasował idealnie i nie rozumie moich zachwytów Lash Sensational, ale... ile osób, tyle opinii :) Na plus na pewno trwałość i brak odbić czy kruszenia się. Cena również niewielka, bo w szafach Eveline kosztuje ok. 15zł.

Zimowy krem do rąk i paznokci z keratyną i witaminą E FLOSLEK ratował moje dłonie pod koniec zimy. Gęsta, bogata konsystencja świetnie nawilża i natłuszcza skórę, łagodząc przy tym wszystkie podrażnienia. Krem radził sobie też całkiem nieźle ze stopami :) Jako torebkowy kosmetyk nadaje się średnio, bo jego długie wchłanianie i dość lapka warstwa jaką zostawia, lepiej sprawdza się w domu, ale... jeśli szukacie porządnego kremu w okresie jesienno-zimowym, polecam zwrócić na niego uwagę. Mi udało się go kupić po sezonie za ok. 5zł, ale cena regularna nie przekracza 10zł.

Nosowy zawrót głowy, czyli żele pod prysznic BALEA z letniej edycji limitowanej :) Paradise beach o zapachu ananasa i kokosa oraz tropical sunshine pachnący mango i pomarańczą. Cudaki! Teraz dołączył do nich trzeci żel z tej serii, pachnący ananasem i kokosem paradise beach. Żele pod prysznic to dla mnie małe uzależnienie, a kosmetyki kąpielowe Balea świetnie rozbudzają apetyt na więcej. Jeśli jeszcze nie miałyście okazji spróbować, serdecznie polecam. Nie są to ani naturalne, ani super pielęgnujące egzemplarze, ale jeśli Wasza skóra nie wymaga specjalnej pielęgnacji, warto pokusić się o zakup. Dostępność w licznych sklepach internetowych, na allegro i oczywiście w drogeriach DM (Niemcy, Austra, Czechy).




Wyrzutkiem miesiąca został tonik do skóry tłustej FITOMED z mydlnicą lekarską (ok 9zł w aptece DOZ). Początek naszej znajomości był bardzo obiecujący, ale już po tygodniu regularnego używania rano i wieczorem zauważyłam, że moja skóra zaczęła mocno się przetłuszczać. Ograniczyłam użycie toniku do jednego razu, wieczorem, ale już było za późno. Moja skóra zaczęła się przesuszać, co powodowało większą produkcję sebum i mimo regularnego nawilżenia, musiałam usunąć tonik ze swojej pielęgnacji. Zaczęłam używać micelarnego płynu z Garniera do cery mieszanej i normalnej, który nie jest może cudem, ale spełnia swoją rolę. Jak tylko uda mi się wykończyć butelkę (jestem na dobrej drodze) w planach mam zakup lipowego płynu micelarnego z Sylveco. Zastanawiam się również nad tonikiem hibiskusowym, ale trochę niepokoi mnie jego specyficzna konsystencja :) Mam jeszcze trochę czasu na przemyślenie zakupu. Podsumowując, o ile żel do cery tłustej z mydlnicą lekarską sprawdził się świetnie, tak po tonik drugi raz na pewno nie sięgnę.


I to by było na tyle. Biorąc pod uwagę naprawdę duży kosmetyczny przypływ, jestem sporo na minusie, ale... odbiję to sobie w maju! Mam nadzieję, że urodzinowy miesiąc będzie mi sprzyjał :)

A jak mają się Wasze pustaki?


pozdrawiam
Adrianna 



Mam duże zaległości na blogu, a część z tych zaległości stanowią recenzje zużytych kosmetyków. Z pomocą przychodzi mi nowy post - przegląd denka. Postaram się po każdych zużyciach zamieszczać post, w którym opowiem Wam o ciekawszych produktach, które mialam okazję używać w minionym miesiącu. Mam nadzieję, że pomysł się przyjmnie, a ja nadrobię nieco zaległości. Czas zupełnie mi ostatnio nie sprzyja. A teraz zapraszam Was na moją pierwszą siódemkę :) 


Mincer, olejek marula
Tyle się o nim naczytałam, że byłam prawie pewna sukcesu. Świetnie działa, szczególnie przy cerze tłustej/trądzikowej. I co? A no guzik. Tak samo jak inne olejki przetłuszczał moją skórę, do tego rozdziawiając najmniejsze nawet pory... Nie takiego efektu się spodziewałam :( Dodając do tego fakt, że od czasu do czasu coś mi po nim wyskoczyło i dużo lepiej sprawdzał się stosowany jako dodatek do glinek - powrotu nie będzie. Ale nie zrażam się jeszcze do olejków i nadal mam ochotę na serum z Bielendy. 
.
Balea, olejek pod prysznic
Do ciała używam od czasu do czasu, bo zapach mocno zniechęca, ale... znalazł u mnie nieco inne zastosowanie, w którym spełnia się idealnie :) Używam go zamiast żelu/pianki do golenia. Nogi są gładkie, nie zacinam się, a przede wszystkim nie mam suchych krostek po wszystkim. Ekstra. Kolejny do przetestowania jest olejek Nivea, mam nadzieję, że o nieco przyjemniejszym zapachu.

The Body Shop, masełko do ciała glazed apple
Jedno słowo powinno opisać wiele - TĘSKNIŁAM! Od kiedy zlikwidowali TBS w Bydgoszczy tęsknię za masłami do ciała, zapachami i w ogóle sklepem. Masełko świąteczne o przyjemnym zapachu karmelizowanego jabłka przypadło mi do gustu zarówno stopniem nawilżenia, jak i ogromną przyjemnością płynącą z używania. Może latem skuszę się na cytrynowy balsam - to był mój pierwszy kosmetyk TBS (N. pamiętasz?) i mam do niego mały sentyment.


Gosh, tusz do rzęs 'kocie oczy'
UWIELBIAM! Coś jeszcze trzeba dodać? Pięknie rozczesuje rzęsy, delikatnie je pogrubia i wydłuża. Do tego trzyma się cały dzień, nie kruszy i nie daje efektu pandy. Gdyby jeszcze cena chciała być odrobinę niższa, byłoby idealnie (cena regularna to ok. 50zł, dostępność też nie powala). Aktualnie w lichym zastępstwie używam tuszu Eveline Volumix Fiberlast. Według producenta jest to maskara pogrubiająca, rozdzielająca i podkręcająca rzęsy. Pierwsze użycia zmotywowały mnie do próby 'podsuszenia' kosmetyku, który już jest nieco lepszy. Ale do Gosha niestety dużo mu brakuje... Przede wszystkim nie trzyma podkręcenia, nie jest tak bezproblemowy w obsłudze i lubi skleić rzęsy. Może z czasem się wyrobi, ale póki co tęsknię za kocim okiem :) A najlepsze jest to, że nie mam zdjęć... Zniknęły razem z końcem żywota mojej karty do aparatu... 

Blistex, balsam do ust classic
Zasługuje na miano naustnego wybawcy :) Świetnie nawilża i pielęgnuje, a przede wszystkim chroni nasze usta przed niesprzyjającą pogodą. Jako uzupełnienie domowej pielęgnacji miodkiem Nuxe spisywał się świetnie. Z pewnością jeszcze wrócę do wersji klasycznej, bo żadna dotąd testowana nie dawała mi tak dobrych efektów. Teraz używam naprzemiennie nowości od Maybelline czyli Baby Lips z serii Dr Rescue (mam wersję z mentolem) oraz mikołajowej pomadki ochronnej Caudalie. Obie są przyjemne, z przewagą dla tej drugiej.


Seboradin, FitoCell szampon i maska z komórkami macierzystymi
FitoCell to kuracja z roślinnymi komórkami macierzystymi, które stymulują odrost włosów. Przeznaczona jest do każdego rodzaju włosów, szczególnie słabych, cienkich, skłonnych do wypadania i  przerzedzonych. Tyle od producenta. U mnie ta seria sprawdziła się naprawdę świetnie, chętnie kiedyś powtórzyłabym kurację, gdyby koszt szamponu i maski nie wynosił 40zł za butelkę. Tym bardziej jestem wdzięczna Kasi za możliwość wypróbowania :) Ogromnym plusem używania tego zestawu był fakt, że skóra mojej głowy naprawdę się uspokoiła - nie było ani łupieżu, ani przetłuszczania. Skóra była poprostu normalna. A włosy? Oj, z włosami było jeszcze lepiej! Masowe wypadanie widocznie zmalało, a przede wszystkim zauważyłam wysyp nowych włosków oraz ich szybszy wzrost. Włosy po użyciu szamponu były nieco splątane i szorstkie, ale maska (bardziej konsystencji odżywki) działała cuda. Wygładzała włosy nie obciążając ich - były miękkie, gładkie, delikatne, wyglądały zdrowo. Efekty utrzymują się do dnia dzisiejszego. Jeżeli macie problemy z wypadającymi włosami, warto spróbować. O szamponie i masce więcej przeczytacie tutaj i tutaj. 

Isana Med, szampon przeciwłupieżowy
Od czasu do czasu, kiedy wysuszą moją skórę szampony podobne do rewitalizującego od Agafii (zapach kostki do wc i jeszcze podrażnia skalp), pojawia się na mojej głowie łupież. Jeśli jest beznadziejnie sięgam po Nizoral, ale jeśli sytuacja jest do opanowania, wybieram coś z drogeryjnej półki. Do szamponu Isana przekonała mnie cena (2,99zł w promocji) i dobre wspomnienia związane z wersją mocznikową. Nie zawiodłam się - szampon oczyścił moją skórę z białej łuski i zrównoważył pracę gruczołów. Jeśli będę miała taką potrzebę, na pewno do niego wrócę, zanim sięgnę po coś mocniejszego.

Gdybym miała wybrać topową trójkę, zaliczyłabym do niej tusz Gosh, zestaw Seboradin i balsam Blistex. A Wy znacie moich zużytków? Miałyście okazję ich używać? 

pozdrawiam, A



Jednym bozia dała piękne włosy i rzęsy, a drugim to co mam ja, czyli... :D Ale trzeba się cieszyć tym, co się ma, więc i ja się staram. Po zużyciu całego opakowania aktywnego serum do rzęs z L'Biotici efekty są niezłe. Moje rzęsy się delikatnie zagęściły, są dłuższe i mocniejsze. Teraz dla odmiany zaczynam używać Regenerum i jestem ciekawa, czy coś jeszcze poprawi ;) Ale dziś nie o odżywkach, ale o tuszu, a dokładniej o Bourjois Volume Glamour Mascara Ultra - Volumateur. Zapraszam na post.


Opakowanie jest przyjemne dla oka, różowo czarne, z klasyczną, wygodną szczoteczkę. Sam tusz nie jest na początku ani zbyt mokry, ani suchy - można powiedzieć w sam raz. Po ponad 2 miesiącach używania nadal dobrze wygląda na oku i przede wszystkim nie osypuje się nawet po naprawdę długim dniu. Nie skleja rzęs, a przynajmniej nie robi tego nagminnie - ja zawsze nakładam jedną cienką warstwę, maluję drugie oko i wracam do pierwszego. Na zdjęciach poniżej mam właśnie 2 warstwy tuszu i dla mnie efekt jest idealny ;) Nie lubię czuć tuszu na rzęsach, oglądać owadzich nóżek. Wystarczy, że włoski będą czarne i nie będą posklejane, a w kwestii koloru Bourjois spisał się nawet bardzo dobrze. Ze zmywaniem nie ma większych problemów, płyn micelarny daje sobie świetnie radę. Kosmetyk nie podrażnił mnie mimo noszenia go nawet przez kilkanaście godzin, co jest już dużym sukcesem. Czy mam jakieś zastrzeżenia? Chyba jedno. Sporo tuszu zbiera się na czubku szczoteczki i jej ciągłe czyszczenie jest uciążliwe. Poza tym - nie mam z nim żadnych problemów. Jestem zadowolona, że w końcu zamiast 2000 kalorii Max Factora kupiłam ten tusz :) Z chęcią jeszcze do niego wrócę. 


Tusz znajdziecie w szafach Bourjois w SuperPharm czy Rossmannie i warto polować na obniżki, bo mi udało się go kupić w promocji za 24zł.

Tusz dodaję do codziennych ulubieńców :) A jaki tusz u Was najlepiej się sprawdza? 

pozdrawiam, A


W tym miesiącu wykończyłam kilka naprawdę dobrych kosmetyków. Czarne mydło oliwne savon noir z Organique, o którym pisałam już tutaj, oraz mydło Aleppo, o którym jeszcze napiszę :) Do ulubieńców zaliczyć mogę również zapach, który na pewno pojawi się jeszcze w mojej kosmetyczce - Cacharel, Amor Amor kojarzy mi się z bardzo przyjemnymi momentami. Ale dzisiejsza równie udana czwórka prezentuje się tak:


Masełko do ust Nivea
Karmelowa miłość od pierwszego użycia :) Świetnie nawilża, pięknie pachnie i nieźle smakuje, dobrze wygląda i ma przystępną cenę. Teraz na tapetę weszła wersja wanilia&makadamia, której jestem bardzo ciekawa. Postaram się coś więcej o niej napisać w sezonie zimowym, kiedy takie produkty idą u mnie jak woda :)

Tusz do rzęs Essence, multi action mascara
Dobra, tania maskara :) Na początku mocno skleja mi rzęsy i jest bardzo mokra, ale jak trochę podeschnie jest moim ideałem zaraz po MF 2000 kalorii.Klasyczna szczoteczka, dobra trwałość, mocny kolor czerni - nic więcej do szczęścia mi nie potrzeba. 

Balsam do ust Bioderma z serii Atoderm
Każdej jesieni i zimy zmagam się z tym samym problemem - pękaniem skóry wokół ust... I nie chodzi o same wargi, tylko spękaną skórę wokół nich... Kremy anty-mrozowe, nawilżające, natłuszczające i wszelkiej innej generacji już przerabiałam - nie pomaga absolutnie nic. Aż natknęłam się w pełnej desperacji na ten balsam do ust i co? I cudu nie było, ale ogromna ulga :) Kilka dni sumiennego smarowania i mogłam uśmiechać się bez bólu. W tym roku już nie będę testować i na pewno ten balsam kupię. Może z nowym opakowaniem więcej o nim napisze :)

Alverde, krem do rąk z nagietkiem
Kremowa legenda można powiedzieć. Kto miał okazję być w DM z ciekawością kierował kroki w jego stronę :) Mnie nie uwiódł tak totalnie, ale trzeba mu oddać długotrwałe działanie. Mam raczej normalną skórę dłoni, nie przesusza się jakoś wyjątkowo, chociaż po sobotnich porządkach i dużej dawce chemii taki nagietkowy opatrunek był idealnym zakończeniem dnia :) Krem jest dość gęsty, ale dobrze wsmarowuje się w skórę i całkiem szybko wysycha. Zostawia dłonie gładkie, nawilżone - wyczuwalny jest delikatny film. Jak będę miała okazję, pewnie jeszcze do niego wrócę, chociaż jestem zdania, że nie zasługuje na "specjalne gimnastyki" celem jego zdobycia. 

Macie swój top wśród zużytych produktów? A może znacie powyższe? 
Czekam na Wasze komentarze :)

pozdrawiam, A



Przepraszam za chwilową przerwę w nadawaniu, ale z czasem przez ostatnie dni było ciężko :) 
Wracam po krótkiej nieobecności z nową (mam nadzieję) serią "trzy-po-trzy" czyli trzech krótkich recenzji produktów, które oceniam na tróję. Nie ma sensu się o nich rozwodzić, więc takich kilka najważniejszych cech wystarczy. 

Oczyszczający żel do mycia twarzy Soraya


Kupiłam ten żel z myślą o mieszaniu z Korundem i tu sprawdził się bardzo dobrze. Był wystarczająco gęsty i nie spływał z dłoni, można nim było porządnie wymasować twarz. Później zaczęłam go używać na co dzień i to był błąd. Po mniej więcej miesiącu czułam, że moja skóra przesuszona jest na wiór - wcale nie powierzchniowo, tylko dużo głębiej... Była szara, napięta, wyskakiwało mi coraz więcej podskórnych, bolących krost. Matowienie było krótkotrwałe, skóra po chwili zaczynała się bronić przed taką suszą. Mimo braku oczywistych suchych skórek, moja cera wyglądała coraz gorzej. Teraz ratuje ją mydłem Aleppo. Na pewno nie sięgnę po ten żel więcej na co dzień, ale z Korundem od czasu do czasu jak najbardziej.

***

Gliss Kur Ultimate Repair odzywka i szampon


Ten duet również sprawdził się tylko częściowo. Szampon używany co mycie zrobił totalne spustoszenie na skórze głowy (łupież i inne, mniej przyjemne historie). Dzięki odżywce włosy były oklapnięte i obciążone na tyle, że były praktycznie proste... zazwyczaj się skręcają. Razem i regularnie ten duet się u mnie nie sprawdza ALE! Od czasu do czasu jak najbardziej. Odżywka świetnie nabłyszcza i wygładza włosy, do tego ładnie po niej pachną - to pewnie zasługa składu, który wielu włosomaniaczkom się nie spodoba :) Szampon też nie jest zły, dobrze oczyszcza włosy i nawet w pojedynkę ułatwia rozczesywanie. 

***

Maybelline Rocket Volume Express


Tutaj chyba więcej powiedzą zdjęcia niż tekst. Szczoteczka jak dla mnie bardzo niewygodna, krótkie włoski i dość spory rozmiar utrudniają mi malowanie. Plusem tuszu jest to, że nie rozmazuje się i nie osypuje w ciągu dnia. Efekt na rzęsach? U mnie to bardzo delikatne podkreślenie, kolejne warstwy powodują mocne sklejenie rzęs. Muszę dodać, że moje rzęsy są delikatne i nie ma ich zbyt wiele. Ja za rakietę podziękuję i zostanę przy 2000 kalorii z Max Factora, który pokazywałam Wam tutaj.

Jak widzicie nie są to oczywiste buble, ale na pewno do nich nie wrócę. 
Znacie te produkty? Może u Was sprawdziły się lepiej?

pozdrawiam, A




Moje "szalone" rzęsy mogłyście już podziwiać przy kilku okazjach, m.in. TU i TU. Jestem z natury typowo polską ciemną blondynką, względnie szatynką i moje brwi jak i rzęsy są praktycznie niewidoczne. Dlatego szukam tuszu, który nadałby im przede wszystkim kolor, rozczesał je dobrze i pogrubił. Swojego ulubieńca znalazłam w szafie MaxFactor i jest to tusz 2000 calorie, dramatic volume. Dramatu nie ma, jest za to w końcu kosmetyk, do którego z przyjemnością wracam. Zapraszam na recenzję :)

Opakowanie: smukła, ciemno granatowa-czarna tubka ze złotymi napisami - nic rzucającego się w oczy, dość tradycyjna. Jak wiecie niedawno marka wprowadziła bardziej nowoczesną, kolorową szatę graficzną, która według mnie miała trafić do szerszej (młodszej) grupy odbiorców. Mnie to nie przekonało. Gdybym chciała kiczowate opakowania, zwróciłabym kroki do innej szafy.


Konsystencja i aplikacja: tusz nie jest ani za mokry, ani za suchy. Na początku wiadomo, może się odbijać jeśli nie damy mu chwili na podeschnięcie, ale to normalne. Aplikuje się bardzo dobrze - ma klasyczną szczoteczkę, która nabiera odpowiednią ilość produktu. Nie mam do niej żadnych zastrzeżeń. Lubię ją dużo bardziej niż silikonowe siostry.


Wydajność: ciężko mi powiedzieć... Nigdy nie udało mi się zużyć tuszu do momentu, aż nie zaczął zmieniać zapachu, czyli przed upływem ok. 3-4 miesięcy. Dla mnie to odpowiedni wynik biorąc pod uwagę cenę.
Zapach: przy tuszach raczej nie można mówić o zapachu :) Chemiczny, ale nie odrzucający. Nie podrażnia moich wrażliwych oczu.

dzikość rzęs uwieczniona na zdjęciu :)

Działanie: dla mnie idealne :) Tusz podkreśla moje rzęsy w sposób, jaki najbardziej mi odpowiada - naturalny. Nakładam jedną warstwę i ewentualnie delikatnie poprawiam po chwili. Rzęsy są rozdzielone, delikatnie pogrubione i przede wszystkim - widoczne! To mi wystarcza. Jeśli chcę uzyskać mocniejszy efekt - co zdarza się rzadko - drugą warstwę nakładam bardziej obficie. Tusz nie kruszy się w ciągu dnia i jest trwały - nie odbija się na powiece (nie maluję dolnych rzęs, więc nie wiem jak poradziłby sobie z łzawieniem). Do plusów można też zaliczyć jego zmywanie - wystarczy woda i odrobina mydła/żelu do twarzy, żeby pozbyć się go z rzęs :) W sytuacjach awaryjnych nie musimy obawiać się rozmazanej pandy po wyjściu z łazienki. Jestem jeszcze bardzo ciekawa wersji z podkręcającą szczoteczką. Jak trafi mi się jakaś promocja, na pewno ją kupię.


Dostępność i cena: szafy MaxFactora są chyba wszędzie, cena tuszu waha się od nawet 21zł w promocji, do 35zł. Warto się dwa razy rozejrzeć, żeby nie przepłacać :)

Lubicie tusze MF? A może macie wśród nich swojego ulubieńca?
Czekam na komentarze i pozdrawiam, A



Obsługiwane przez usługę Blogger.