No i uzbierała się kolejna piątka pustych opakowań :) O powodach dlaczego miesięczne denko zmieniło się w 'piątkę' pisałam już tutaj. A dziś opowiem Wam trochę o kosmetykach, które skupiły się w tej edycji na twarzy. Przypadek? Zapraszam!




O żelu siarczkowym do twarzy Balneokosmetyki pisałam Wam już w tym poście i mogę śmiało powiedzieć, że będzie mi go brakować. Po pierwsze dobrze oczyszczał, po drugie nie wysuszał - nawet jeśli po umyciu skóry nie tonizowałam jej od razu i nie nakładałam kremu, nie czułam żadnego ściągnięcia czy dyskomfortu. Przy żelach oczyszczających to cecha na wagę złota. Teraz zużywam żelo-maseczki Visibly Clear z Neutrogeny i niestety działanie wysuszające jest odczuwalne. Cała seria do cery z niedoskonałościami Balneokosmetyki sprawdza się u mnie dobrze, więc w najbliższym czasie spodziewać możecie się kilku słów o kremie do twarzy. 




Lipowy płyn micelarny Sylveco to kosmetyk, który doceniłam jak tylko opuścił moją kosmetyczkę - na pewno do niego wrócę! :) Pisałam o nim tutaj i czepiałam się nieco faktu, że tusz zmywa się nim dość opornie. Cofam to! Wolę chwilę pomajstrować przy oku niż za jednym pociągnięciem wacika wysuszać skórę powiek. Jeśli macie wrażliwe oczy i nie używacie kosmetyków wodoodpornych - serdecznie polecam.




Nie mam dużego doświadczenia z peelingami enzymatycznymi, ale muszę przyznać, że bardzo pozytywnie wpłynęły na moją skórę. Łagodny peeling enzymatyczny do cery suchej i normalnej Dermica Pure nie był może najlepszym 'wygładzaczem', ale stosowany regularnie dawał świetne efekty bez podrażnienia czy wysuszenia skóry. Kremowa konsystencja i dość wyraźny, trochę glinkowy zapach bardzo mi odpowiadały. Nakładał się bez problemu, nie spływał z twarzy i dobrze zmywał (do zmywania wszelkich masek, peelingów i innych twarzowych przyjemności używam gąbeczek Calypso). Producent sugeruje trzymanie peelingu na skórze 3-5 minut, ale przy mojej dość tłustej skórze pozwalałam sobie na około 10 minut. Wracać do niego nie będę, ale cerom które nie wymagają silnego złuszczania powinien się spodobać. U mnie był idealnym uzupełnieniem ściereczki muślinowej, której używam do codziennego.




Przyszedł czas na kilka ochów o hydrolacie z róży damasceńskiej. Jego głównym zadaniem jest odświeżanie, delikatne nawilżanie, działanie przeciwzapalnie, wzmacniające, gojące i łagodzące. Dodatkowo posiada właściwości antyoksydacyjne i przeciwzmarszkowe. Można go używać jako toniku, mgiełki do twarzy, tonikowej maseczki czy okładu na zmęczone, podrażnione powieki. Na każdym polu sprawdza się moim zdaniem świetnie. Genialnie tonizuje twarz i przygotowuje ją do nałożenia kremu. Hydrolat różany świetnie spisał się zarówno przy wieczornej jak i porannej pielęgnacji. Jak pachnie róża z pewnością wiecie, ale jeśli nie jesteście jej miłośniczkami - może być ciężko :) Mi ten zapach bardzo się podoba, bo nie pachnie starą pudernicą, jeśli tego się boicie. Z pewnością jeszcze do niego wrócę, bo właśnie na bazie różanego hydrolatu mam w planach zrobić drugą porcję toniku z glukonolaktonem.




Moim ostatnim, piątym denkiem, jest głęboko nawilżający krem do rąk Evree. Z tym głębokim nawilżeniem to jednak bym uważała, bo do naprawdę styranych rąk lepszy jest koncentrat w nieco mniejszym opakowaniu, ale... jeśli Wasze dłonie nie są jakoś wyjątkowo przesuszone, Evree z pewnością Wam się spodoba. Naprawdę nieźle nawilża, dość szybko się wchłania i przyjemnie rozprowadza na skórze. Zapach to już kwestia indywidualna, ale dla mnie był dość przyjemny. Nie wiem czy wrócę do tej wersji, bo nawet w kwestii kremów do rąk mam listę produktów, które mnie zaciekawiły... I to wszystko przez Was! :D


Bardzo mocna piątka do kosza, z której zużycia wcale się nie cieszyłam. 
Szczególnie podpasował mi żel do twarzy, płyn micelarny i hydrolat różany. 
A Wam co wpadło w oko? :)

pozdrawiam
Adrianna 



Chociaż nie spodziewałam się cudów, to jednak liczyłam, że kosmetyki Bandi okażą się dla mojej skóry dobre. Jak już pewnie widzicie po tytule posta jest inaczej, szczególnie w kwestii kremów. Peeling okazał się poprostu niegroźny. Pamiętajcie jednak, że każda cera jest wyjątkowa i wymaga innej pielęgnacji :) Jeśli jesteście ciekawe mojej opinii o subtelnym peelingu enzymatycznym i intensywnie nawilżającym kremie (zestaw ten wygrałam u INFALLIBLELIFESTYLE) oraz kremie z algami morskimi - zapraszam na post!


Bandi Delicate Care, subtelny peeling enzymatyczny




Po pierwsze, to kosmetyk zdecydowanie za delikatny. Nie robi z moją skórą nic, co mogłoby sugerować, że użyłam peelingu enzymatycznego... Dużo lepsze efekty zauważam po peelingu z Dermiki. Po nałożeniu mam wrażenie, że powierzchnia mojej skóry jest czymś obłożona i nie może oddychać, a uczucie to nie znika nawet po zmyciu kosmetyku. Konsystencja peelingu jest kremowa, gęsta i lekko klejąca. Dobrze się nakłada i chociaż powoduje na początku lekkie mrowienie, po kilku minutach ono ustaje. Biały kolor z czasem staje się przezroczysty. Pachnie specyficznie - słodko, pudrowo, owocowo? Nie wiem, ale przez 15-20 minut (tyle sugeruje producent) może skutecznie obrzydzić. Zmywa się całkiem nieźle - najpierw używam wacików (wtedy peeling przypomina miodek z ucha, wybaczcie porównanie), a resztę zmywam za pomocą pianki Alverde czy delikatnego żelu oczyszczającego.

Efekty? Skóra jest lekko ściągnięta i nieco gładsza, ale tylko tam, gdzie była gładka już wcześniej...  Podsumowując - to kosmetyk nie dla mnie. Jest za delikatny, a czas w jakim ma według producenta działać uprzykrza zapach. Kwestia gustu, ale mój podpowiada - nigdy więcej.



Macie doświadczenia z tym peelingiem? Czytałam opinie w sieci i nie jest to niestety ulubieniec tłumów. Pozostaje się więc cieszyć, że przynajmniej nie wywołał u mnie wysypu na skórze, bo i tak się u dziewczyn zdarzało.


Bandi Delicate Care, krem z algami morskimi



Bandi Hydro Care, krem intensywnie nawilżający




I tutaj mogę kremy podsumować razem, bo obie formuły zadziałały podobnie. Nie będę się mocno rozpiwywać, bo chyba nie ma to większego sensu - kosmetyków używałam krótko, więc też byłoby to niemiarodajne.

W trakcie pierwszych 2-3 dni używania byłam zachwycona :) Skóra mojej twarzy szczególnie przy kremie z algami nie świeciła się, a lekka formuła wyjątkowo mi podpasowała. Do tego zniknął problem z suchymi skórkami czy ściągnięciem skóry. Krem nawilżający był nieco cięższy, ale nadal nie wywoływał potoku sebum. Cała radość mijała w momencie, kiedy linia mojej rzuchwy i broda zaczynały wyrzucać coraz to ciekawsze zjawiska. Od drobnych niedoskonałości, po bolące bulwy. Podejścia były dwa do każdego kremu i za każdym razem ich odstawienie powodowało uspokojenie skóry po 3-4 dniach, dzięki doleczaniu cery z Effaclar Duo+. Nie mam pojęcia czy to wina konkretnego składnika czy całej formuły, ale te kremy zdecydowanie nie są dla mnie. 

Nie mówię przy tym, że kremy Bandi, które miałam okazję testować są złe i nie kupujcie ich pod żadnym pozorem, nie. Ze względu na świetne opakowania z pompką typu air less kremy powędrowały do nowych właścicielek. Obie są starsze ode mnie i ich skóry wymagają nawilżenia oraz odżywienia, dodatkowo są skórami delikatnymi i skłonnymi do reakcji alergicznej. Nie słyszałam od nich żadnych skarg i uwag, z kosmetyków są zadowolone :) 

Dlatego jeśli macie cerę tłustą, skłonną do zapychania i potrafiącą strzelić focha - poczytajcie więcej opinii w sieci. Ja swoje pielęgnacyjne kroki kieruję w inną stronę :)


Jakie macie doświadczenia z kosmetykami do twarzy Bandi? 
Wiele z Was zareagowało pozytywnie pod postem, w którym pokazywałam Wam całą trójkę i domyślam się, że jestem w niezadowolonej mniejszości :) Ale już się szczerze mówiąc przyzwyczaiłam, że polecenia i rzeczywistość z moją cerą to dwie różne sprawy. Dlatego szukam dalej i wcale nie rozpaczam!

pozdrawiam
Adrianna 






Już dawno nie miałam tak słabego miesiąca, jeśli chodzi o poziom zadowolenia ze zużytych kosmetyków. Oczywiście i w marcu trafiły mi się te warte wyróżnienia, do których zaliczyć mogę m.in. waniliowy zestaw The Body Shop oraz cudownie pachnący maliną i piwonią żel pod prysznic Le Petit Marseillais. Napiszę Wam również już niedługo o peelingu, który przywrócił moją wiarę w porządne zdzieraki :) Ale dziś mam dla Was piątkę średniaków (i jednego przyjemniaczka), które niczym się nie wyróżniały i cieszę się, że już opuściły moją kosmetyczkę. Zapraszam na post!




Dermedic Hydrain 3 Hialuro, krem pod oczy do skóry suchej
Krem kupiłam zachęcona innym kosmetykiem tej serii. Serum nawilżające dołączyło do moich ulubieńców, ale krem pod oczy niestety tam miejsca nie zagrzeje. Konsystencja kosmetyku jest bardzo lekka, żelowo-kremowa i idealna na dzień. Krem trafił do mnie w chwili, kiedy moje powieki były naprawdę suche i błagały o nawilżenie. Używałam go na dzień i na noc, przy czym wieczorem nakładałam solidną porcję i to mi do pewnego czasu wystarczało, ale było coraz gorzej, a może MNIEJ. Mniej nawilżenia, mniej wygładzenia wrażliwej skóry pod oczami. A najdziwniejsza rzecz zaszła po kilkudniowym odstawieniu kremu - stan powiek wrócił do normy, ani nie były przesuszone, ani nawilżone. Może krem robił więcej szkody niż pożytku? Spróbowałam, powrotów nie planuję. Dodatkowo cena ok. 30zł za 15ml również nie zachęca. Na tapecie: Oeparol, odżywczy krem pod oczy z kwasami omega i ceramidami.


Oeparol Hydrosense, płyn micelarny do demakijażu
Płyn, który doceniłam w połowie. Zmywał makijaż przeciętnie (weźcie pod uwagę, że u mnie to zazwyczaj sam tusz, ewentualnie jasne cienie) i czasami po myciu twarzy żelem pojawiała się pod oczami panda. Chcąc zmyć podkład z twarzy, trzeba było się porządnie namachać niejednym wacikiem, co niestety podrażniało skórę. Plusem było to, że Oeparol nie powodował łzawienia i podrażnienia oczu, ale mimo wszystko - to trochę za mało. Wielkim minusem jest za to fakt, że się pienił. O przelaniu kosmetyku do butelki z atomizerem nie było mowy, bo na waciku lądowała puszysta piana. Ale nawet wylany bezpośrednio z butelki na wacik potrafił zachowywać się podobnie... Jeśli szukacie czegoś delikatnego i Wasz demakijaż jest niewymagający, za cenę ok. 10zł za 200ml można spróbować, ale jakoś szczególnie nie polecam. Na tapecie: Garnier, płyn micelarny 3w1 skóra normalna i mieszana.




Perfecta Oczyszczanie, peeling enzywamtyczny minerały morskie + enzym z papai
To był mój pierwszy peeling enzymatyczny i już wiecie, że nie ostatni :) Jego działanie na skórę było poprawne. Używany regularnie nie robił skórze żadnych dodakowych problemów mimo mało ciekawego składu. Suche skórki usuwał, ale jeśli na twarzy pojawiał się większy problem - potrzebna była pomoc mechaniczna. Jego największą wadą według mnie jest to, że trzeba go nakładać na noc jak krem. Wiadomo, zabezpieczanie poduszki jest potrzebne, ale to według mnie ciągle mało higieniczne rozwiązanie. Po porannym zmyciu kosmetyku skóra była gładka, bez oznak wysuszenia. Pory w normie. Jeśli szukacie czegoś taniego, bo peeling kosztuje ok. 10zł za 50ml, to wypróbujcie. Ja już podziękuję. Na tapecie: Dermica Pure, łagodny peeling enzymatyczny do cery suchej i normalnej.

Organique, maseczka algowa z dynią i glukozą
To chyba najsilniejszy punkt tego zestawienia. Chociaż nie przepadam za rozrabianiem maseczek algowych, dla działania maski dyniowej jestem się w stanie pomęczyć. Maska peel-of ma za zadanie oczyścić skórę z toksyn, łagodzić stany zapalne, wyrównać koloryt oraz wygładzić powierzchnię. Polecana jest dla skóry odwodnionej, matowej, wrażliwej, zmęczonej i łuszczącej się. Brzmi dobrze i działa dobrze! Skóra po zdjęciu maski wygląda lepiej - jest miękka, gładka, podrażnienia są widocznie zmniejszone. Znika uczucie ściągnięcia i skóra wygląda jak po dniu na słońcu :) Prawdziwe bladziochy muszą tutaj uważać, na szczęście ten efekt nie jest długotrwały. Długo nie mogłam się do niej przekonać, ale sedecznie ją Wam polecam. Maska kosztuje 22,50zł za 50g co starszczy na kilka - kilkanaście zabiegów. 




Purederm, plastry na nos z węglem drzewnym
Z plastrami jak jest wie chyba każdy. Z prawdziwymi brzydalami zamieszkującymi nasz nos sobie nie poradzą, ale pomniejszych przyjaciół mogą wyciągnąć. Dla mnie to mimo wszystko bardziej gadżet, po który już sięgać nie będę. Lepiej te pieniążki dołożyć do sensownie oczyszczającej maski. Plastry kupiłam w Biedronce za ok, 6-7zł. W opakowaniu znajdziemy 6 sztuk. 

Bielenda Sexy Look, intensywne serum modelujące biust 
Kosmetyków do biustu miałam już wiele, ale dopiero ten zupełnie zniechęcił mnie do używania. Nie robił nic począwszy od nawilżenia, po ujędrnienie. Na temat obietnic producenta o efekcie powiększenia i podniesienia biustu się nie wypowiem, bo to spora przesada. Zużyłam z wielkim bólem i jeśli szukacie kosmetyku do biustu - szukajcie na innej półce. 20zł za 125ml to niewiele, ale efekty są żadne, więc... Szkoda czasu i nerwów. Na tapecie: Tołpa dermo body bust, serum wypełniające do biustu.


Znacie powyższe kosmetyki? A może macie o nich inne zdanie?

pozdrawiam
Adrianna 



Internety oszalały na wieść o tych kosmetykach - odnosicie podobne wrażenie? Kolejny post o tej serii można traktować jak zło koniecznie, względnie reakcję alergiczną :) Dlatego postaram się zwięźle przedstawić Wam moje zdanie na temat trzech produktów marki Ziaja z serii liście manuka - normalizującego żelu myjącego, pasty głębokiego oczyszczania twarzy i toniku zwężającego pory. Od dłuższego czasu sięgam w pielęgnacji twarzy po kosmetyki apteczne, szczególnie po serię Effaclar La Roche-Posay. Od Ziaji oczywiście nie oczekiwałam cudów, ale miałam nadzieję, że nie zrobi mojej skórze 'gorzej'. Jeśli jesteście ciekawe opinii - zapraszam :)


Na pierwszy ogień pójdzie żel :) Mam cerę tłustą, ze skłonnością do zapychania, więc po dniu pełnym zanieczyszczeń, potrzebuję porządnego oczyszczania. Używam do tego zazwyczaj gąbki Calypso, o której już wspominałam lub od niedawna ściereczki muślinowej. Żel sprawdził się dobrze, ale to przede wszystkim zasługa wyżej wymienionych - samodzielnie oczyszczał niestety powierzchownie, nie radził sobie z porami. Zauważyłam za to, że faktycznie nie wysusza skóry i nie podrażnia, ale z pewnością nie łagodzi zaczerwienień. W kwestii zapachu mogę powiedzieć, że cała seria pachnie świeżo, ma taką mroźną nutę, która bardzo mi się podoba :) Opakowanie i pompka bez zarzutu, przy końcówce było trzeba się troszkę pogimnastykować, ale to żaden problem. Wydajność niezła - żel mimo SLS nie pieni się jakoś wyjątkowo, co akurat mi nie przeszkadza. Używany rano i wieczorem wystarczył na ponad miesiąc, co przy cenie ok. 9zł jest dobrym wynikiem. Raczej do niego nie wrócę, bo powrót do Effaclar był jak powiew świeżego powietrza, ale jeśli nie macie poważnych problemów z cerą - warto wypróbować :)


Moim ulubieńcem okazała się głęboko oczyszczająca pasta do twarzy przeciw zaskórnikom. Nie zastąpiła peelingu, bo mimo wszystko była za delikatna, ale używana co 2-3 dzień świetnie uzupełniała działanie żelu :) Myślę, że dla delikatnych cer będzie wystarczająca. Konsystencją przypominała pastę do zębów z drobinkami, przyjemnie odświeżała skórę i po masażu wygładzała ją. Zauważalne było oczyszczenie i przede wszystkim zwężenie porów - nie był to niestety efekt długotrwały, ale dobre i to. Opakowanie pasty uważam za koszmarne - już po kilku użyciach nie domykał mi sie korek, co powodowało zasychanie pasty w szyjce. Zapach kosmetyku bardziej kremowy niż całej serii - przypomina trochę krem do stóp... Wydajność całkiem niezła, ja używałam tej pasty również na dekolt, więc starczyła mi na miesiąc. Kosztowała ok. 9zł (ceny mogę się wahać w zależności od miejsca zakupu). Myślę, że jeszcze kiedyś do niej wrócę :)


Na koniec zostawiłam sobie tonik zwężający tonik na dzień i na noc, bo mimo pierwszych pozytywnych wrażeń, kolejne były już mniej optymistyczne. Niestety, tonik mimo szczerych chęci nie 'doczyszcza' tego, co pominął żel. Jest delikatny i od biedy można nim zmyć makijaż (wskazana cierpliwość). Na pewno nie wspomaga łagodzenia zmian trądzikowych, bo zupełnie nie ma działania antybakteryjnego, za co tak lubiłam płyn bakteriostatyczny Pharmaceris. Nie ściąga porów i nie zauważyłam działania mikrozłuszczającego. Odświeża, nie podrażnia, ale to trochę za mało... Ogromny plus za opakowanie - szkoda, że wszyscy producenci nie stosują atomizerów do toników czy płynów micelarnych, dzięki czemu wydajność jest bajeczna. Cena ok. 7zł również zachęca do zakupu. Ja na pewno już do niego nie wrócę i w połowie opakowania poddaję się, wracając z podkulonym ogonem do mojego ulubieńca :) 

Do kremów z tej serii nawet nie podchodziłam, bo poprzednie próby oswojenia marki na twarzy kończyły się katastrofą. Przy powyższej serii moja cera wróciła do stanu sprzed używania kosmetyków aptecznych - dużo zanieszyczeń, ropne wypryski i grudki podskórne szczególnie na rzuchwie. Upewniłam się tylko, że powrotów do kosmetyków drogeryjnych nie ma :) Odkurzyłam żel Effaclar i krem Duo [+], dokupiłam płyn bakteriostatyczny Pharmaceris z serii T i doprowadzam moją skórę do porządku. Z zestawu, który pokazywałam Wam w poście o zmianach w pielęgnacji, zostawiłam sobie krem na noc Baikal Herbals, który z kosmetykami La Roche Posay radzi sobie świetnie. 



Moja skóra potrzebuje porządnego i regularnego ścierania. Już od kilku lat używam peelingów, szczoteczek do twarzy czy gąbeczek, dzięki którym moja skóra pozbywa się martwego naskórka i jest lepiej oczyszczona. Ostatnio moim hitem jest korund, o którym pisałam tutaj - UWIELBIAM! :) Ale dziś zapraszam Was na recenzję brylantowego peelingu do twarzy z ekstraktem z grejpfruta Organic Therapy. 


Co mówi producent?
To drogocenna pielęgnacja, w której bazowymi składnikami są ekstrakty z grejpfruta oraz diamentowy proszek. Ten pierwszy nasyca skórę witaminami, mikroelementami i aminokwasami, głęboko nawilża i wygładza zmarszczki. Diamentowy proszek delikatnie usuwa martwą warstwę naskórka, wyrównuje skórę, sprzyjając dotlenieniu komórek.

Peeling znajduje się w miękkiej tubie z zatrzaskiem, opakowanie jest estetyczne i przy tej konsystencji idealne - nie mam zastrzeżeń. Konsystencja kosmetyku jest kremowa, dość rzadka. Na zdjęciu poniżej widać, że w kremie zatopione są małe drobinki. Nie ma ich tam za dużo, przez co peeling nie należy do silnych zdzieraków i wszystko zależy od siły masażu. Podkreślam - mam cerę tłustą i jestem raczej gruboskórna! Kosmetyk bez problemu można nałożyć na skórę i nie spływa z niej, dobrze się spłukuje. Ze względu na tak lekką konsystencję jest naprawdę wydajny. Zapach jest delikatny, świeży, wyczuwalna jest owocowa nuta. W kwestii działania mogę powiedzieć, że to peeling ćwiczący cierpliwość. Moja skóra potrzebowała porządnego, dokładnego masażu, żeby efekt wygładzenia był zauważalny. Ilość drobinek jest według mnie za mała, a konsystencja za lekka. Skóra po użyciu była gładsza i delikatna, ale nie przepadam za takimi "kremami" - zmywam je dodatkowo żelem do twarzy i tak też robiłam w tym przypadku. Jeśli pominęłam ten krok, kolejnego dnia mogłam się spodziewać jakiejś niespodzianki na twarzy. Ale nie bierzcie tego za pewniak - u mnie każde użycie kosmetyku o takiej konsystencji kończy się podobnie. Peeling faktycznie nie wysuszał skóry, ani jej nie podrażniał. Nie zauważyłam działania na zmarszczki, bo takowych jeszcze nie mam. Delikatny, nawilżający film niestety mojej cerze nie służył. Myślę jednak, że byłby całkiem w porządku dla delikatniejszej buzi :)


Skład kosmetyku wygląda następująco: Aqua with infusions of Organics Citrus Paradisi Fruit Extract (organiczny ekstrakt grejpfruta), Organics Hellanthus Annuus (Sunflower) Seed Oil (organiczny olej słonecznikowy), Isopropyl Palmitate, Glyceryl Stearate, Poliethylene Glycerin, Cetearyl Alcohol, Cetearyl Gluccoside, Xanthan Gum, Parfum, Benzyl Alcohol, Benzoic Acid, Sorbic Acid, Mica, Titanium Dioxide, Silica, Citric Acid.

Kosmetyki Organic Therapy dostępne są w internetowych sklepach z kosmetykami rosyjskimi, między innymi tutaj w cenie 18,50zł za 150ml. Nie planuję ponownego zakupu, wolę kupić korund i mieszać go z żelem do twarzy. To tańsze i dużo korzystniejsze dla mojej skóry wyjście. Nie uważam, żeby peeling OT był zły - zwyczajnie nie trafił w moje potrzeby. 

Miałyście okazję go używać? Jestem bardzo ciekawa Waszych peelingowych ulubieńców :)

pozdrawiam, A



Chciałam Was przeprosić za przerwę w nadawaniu, ale czasami taki oddech się przydaje. Na pewno sporo rzeczy mnie przez te kilka dni ominęło, więc dzielę się moim dzisiejszym cudakiem i zaczynam odwiedziny u Was :) Jeśli ktoś jeszcze nie zna magicznego, białego proszku - czas nadrobić zaległości! Dziś przedstawię Wam korund, który podbił moją pielęgnację już jakiś czas temu.


Co można przeczytać o nim na zróbsobiekrem.pl?

Znajduje zastosowanie w profesjonalnych gabinetach kosmetycznych a także w domowych peelingach. Systematyczne stosowanie peelingów zwiększa wchłanianie substancji czynnych przez skórę, pobudza mikro-krążenie, oczyszcza i wzmaga odnawianie skóry. Efektem regularnego stosowania peelingów jest pogrubienie się warstw żywych komórek skóry, natomiast cieńsza staje się warstwa rogowa. Peeling mechaniczny pobudza mikrokrążenie skórne i dotlenia skórę. Wyrównuje się koloryt skóry. Skóra staje się bardziej elastyczna i gładsza. Za pomocą korundu usuwamy mechanicznie - ścieramy wierzchnią warstwę skóry, głównie obumarły naskórek. Usunięcie tej warstwy skóry powoduje pobudzenie do szybszego wzrostu i odnowy warstwy naskórka, oraz pobudza do wzrostu komórki warstw głębszych.
Peeling powinien być stosowany regularnie 1-2 razy w tygodniu. Oprócz dobroczynnych skutków peelingu opisanego powyżej bardzo ważną rolą tych zabiegów jest przygotowanie do dalszych zabiegów. Usunięcie obumarłego naskórka i odblokowanie porów znacznie poprawia wchłanianie aktywnych substancji zawartych w preparatach kosmetycznych i zwiększa skuteczność ich działania.


Od lat używam peelingów do twarzy i mogę śmiało powiedzieć, że żaden z nich nie równa się z korundem. Moja skóra jest mało delikatna i potrzebuje regularnego wygładzania i ścierania martwego naskórka. Na początku korundu używałam raz w tygodniu lub rzadziej. Teraz sięgam po niego co 4-5 dni, uzupełniając codziennie ścieranie gąbką Calypso, o której już pisałam klik! Jak widzicie na zdjęciu wyżej, korund to po prostu biały, drobnoziarnisty piasek, który w połączeniu z żelem do mycia twarzy działa cuda :) Stosunek żelu i korundu zależny jest od efektu, jak chcę uzyskać. Po kilkuminutowym masażu moja skóra jest odświeżona, wygładzona i jakby... lżejsza? To bardzo przyjemne uczucie. Do tego przy regularnym użyciu wygląd skóry się poprawia, kremy lepiej wchłaniają, a pory są wyraźnie zmniejszone. Na pewno nie ma na to wpływu jedynie korund, ale idealnie uzupełnia pielęgnację. Można go łączyć zarówno z żelem do twarzy, jak i z olejkiem (czego nie próbowałam, ale moja skóra nie przepada za olejkami).
Korundu używam również raz na jakiś czas do peelingu dłoni i skórek - w tym przypadku łączę go zazwyczaj z mydłem w płynie. Świetnie sobie radzi z wygładzeniem skóry dłoni, wygładza skórki wokół paznokci jak i samą płytkę :)
W kwestii ceny nie ma sobie równych - za opakowanie widoczne na zdjęciu zapłaciłam ok. 10zł z przesyłką (allegro). Wydajność jest ogromna, więc warto zaryzykować nawet jeśli obawiacie się, że dla Waszej skóry będzie za mocny. Wykorzystanie go w roli peelingu do ciała również przyniesie korzyść :)

Podsumowując - korund jest dla Was, jeśli szukacie dobrze wygładzającego peelingu w przyzwoitej cenie. Ja jestem z niego bardzo zadowolona i po kolejnym, nieudanym z resztą spotkaniu z drogeryjnym peelingiem do twarzy (o którym napiszę za jakiś czas), dochodzę do jednego wniosku. Po co wydawać pieniądze i szukać, skoro można za kilka złotych mieć korund? :)

Jakie są Wasze doświadczenia z tym kosmetykiem? A może macie swoje peelingowe hity?

pozdrawiam, A



Przyszedł czas na drugi odcinek serii trzy-po-trzy, czyli krótkich recenzji trzech produktów, które oceniam na tróję :) Na pierwszy odcinek zapraszam tutaj, a dziś na tapecie jest peelingujący żel, innowacyjny balsam i peeling do ciała. Zapraszam!

Joanna Naturia, żel peelingujący po prysznic z imbirem


Zazwyczaj sięgam po zwykłe żele, lub zwykłe peelingi - ale tutaj skusił mnie przede wszystkim zapach! Jeśli lubicie imbirową serię The Body Shop, to na pewno się Wam spodoba :) Producent obiecuje nam oczyszczoną, odprężoną i odświeżoną skórę, która będzie miła w dotyku. Nie mówi nic niestety o tym, że dość rzadki żel w kontakcie z wilgotną skórą ucieka między palcami, a drobinek jest niewiele. Na co dzień używam gąbki, więc moja skóra na takie delikatne sugestie ścierające prawie nie reaguje... Od czasu do czasu faktycznie przyjemnie go użyć, żeby wykonać odprężający masaż, ale dla mnie to w łazience zbędny, pięknie pachnący gadżet.


 ***

Nivea, nawilżający balsam do ciała pod prysznic


Innowacja - chyba najczęściej powtarzane słowo przy okazji tego cudaka. Balsam miał ułatwić życie zabieganym, aktywnym lub nie lubiącym balsamowania kobietom. Nakładamy go na mokrą skórę pod prysznicem (zajmuje to mniej czasu, niż nałożenie balsamu po umyciu), potem spłukujemy (rachunek czasowy się wyrównuje, ale plusem jest brak problemu z czasem wchłaniania) i cieszymy się miękką, jedwabistą, a przede wszystkim nawilżoną skórą. Ja mogę powiedzieć tyle - przy normalnej skórze balsam jest w sam raz, szczególnie rano, kiedy nie mam czasu czekać na wchłonięcie się mazidła. Obok tych plusów balsam ma też ogromny minus, bo przy regularnym stosowaniu zapycha mi skórę. Pojawiają się jakieś ropne wypryski na ramionach i dekolcie... Na pewno nie jest to kosmetyk niezbędny, u mnie już więcej nie zagości.

***

Kruidvat, peeling do twarzy z olejkiem z drzewa herbacianego


Peeling kupiłam w holenderskiej drogerii i był to ich produkt własny (tak jak dla Rossmanna, Isana). Po pierwsze - zauważyłam, że nie służy mi gliceryna w składzie... Po użyciu pojawiło się kilka niespodzianek i innych historii twarzowych, więc zaczęłam zmywać go żelem i problem zniknął :) Poza tym kremowa konsystencja bardzo mi odpowiada, kosmetyk świetnie rozprowadza się na skórze i można nim zrobić dłuższy masaż twarzy. Stopień ścierania oceniam jako średni - dla cery bardzo wrażliwej raczej nie polecam, ale moja skóra lubi takie "ostrzejsze" traktowanie :) Po użyciu skóra jest wygładzona, przyjemna w dotyku - ale czuć delikatnie tę warstewkę gliceryny, której pozbywam się żelem. Biorąc pod uwagę niską cenę (ok. 12zł w przeliczeniu) peeling jest całkiem udany.

***

Znacie któryś z tych produktów? A może coś Was zaciekawiło? 

pozdrawiam, A



Uwielbiam peelingi do twarzy :) Moja skóra jest mało delikatna, z chwilowymi przebłyskami, że jednak coś może ją podrażniać. Od lat używam mocnych, mechanicznych peelingów z małymi, gęstymi drobinkami zatopionymi w żelu. Taka konsystencja odpowiada mi najbardziej. Dlatego chętnie sięgnęłam po kosmetyk Alverde, peeling do twarzy z ekstraktem z pereł i alg morskich. Zapraszam na recenzję :)


Opakowanie: peeling znajduje się w miękkiej, tradycyjnej tubie zamykanej na zatrzask. Dzięki przezroczystym ściankom można kontrolować zużycie kosmetyku, a materiał jest miękki i zużyłam kosmetyk do ostatniej kropli bez rozcinania opakowania. 
Konsystencja i aplikacja: tutaj peeling ma pierwszego minusa - jest potwornie rzadki! Najczęściej sięgam po peelingi żelowe, ale lubię takie naładowane drobinkami i gęstawe. Ten, w formie delikatnej galaretki uciekał między palcami i nakładałam go sporo, żeby "poczuć" efekt. Może przy delikatnej skórze lepiej by się sprawdził, ale moja potrzebuje porządnego złuszczenia. 


Wydajność: niezła, chociaż 50ml i taka konsystencja nie wróżyły nic dobrego. Biorąc pod uwagę niską cenę, jest całkiem w porządku. Gdyby jeszcze działał... 
Zapach: lekko alkoholowy, delikatnie cytrusowy? Taka zimna, orzeźwiająca nuta - miałam już kosmetyk o takim samym zapachu, ale nie mogłam go sobie przypomnieć. Po chwili wpadłam na to, że przypomina mi żel do stóp z Avonu o limonkowym zapachu. O ile na stopach jeszcze jako tako się spisywał, tak w okolicach nosa jest specyficzny.
Działanie: kosmetyk ma w sobie niebieskie, widoczne na zdjęciu powyżej drobinki, których jest stosunkowo niewiele. Ma również drobny pył w dużo większej ilości, który dopiero przy mocnym masowaniu (wręcz tarciu) daje jakikolwiek efekt. Dla mnie zdecydowanie za słaby... Używałam go czasami zamiast żelu czy mydła do twarzy, bez szkody dla skóry co drugi dzień. Plusem jest to, że nie zapychał i na początku nie wysuszał mojej cery. Dopiero kiedy zużyłam ponad połowę opakowania zauważyłam, że po użyciu delikatne ściąga. To mogę wybaczyć, ale braku porządnego efektu starcia naskórka już nie. Dobre oczyszczenie to za mało, żeby nazwać kosmetyk peelingiem - prędzej żelem peelingującym. Na pewno do niego nie wrócę.
Dostępność i cena: kosmetyki Alverde są dostępne jak wszystkie dobrze wiecie w drogeriach DM. Peeling ten kosztował niecałe 2 euro, dokładnie 1,95 i tyle właśnie jest wart. 

skład i słowo od producenta:


zdjęcie można powiększyć, klikając w nie

Znacie ten peeling? Może u Was się sprawdził?
Ja na pewno do niego nie wrócę, ale wrażliwców nie zniechęcam - jeśli alkohol Wam nie przeszkadza.

pozdrawiam, A

ps. Przepraszam za przestój na blogu, ale przyjechała moja mama i musimy nadrobić zaległości :) Postaram się w najbliższych dniach częściej do Was wpadać, ale nic nie obiecuję. 


Obsługiwane przez usługę Blogger.