Od razu przepraszam za ilość zdjęć, ale nie mogłam się zdecydować :)





Lakier OPI w kolorze extra-va-vaganza! z kolekcji Burlesque zima 2010 to piękny glitter, 
w którymznajdziemy srebrne, pomarańczowe i zielone drobinki. 
Na paznokciach widzicie 3 warstwy, chociaż do pełnego krycia wystarczą 2 grubsze. 
Jak możecie się domyślić zmywanie jest dość trudne, dlatego polecam metodę z folią aluminiową 
lub moje ostatnie choinkowe odkrycie, czyli baze peel-of z Essence :) Zaoszczędzi sporo nerwów. 
W konsystencji lakier jest dość gęsty, po brzegi napakowany drobinkami - dlatego ciężko określić kolor bazy. 
Używam go solo, bo jako top trochę za mocno zakrywa lakier podkładowy. 
Schnie bardzo dobrze - nawet przy trzech warstwach :) Co to trwałości ja jestem z niego zadowolona. 
Po użyciu wyrównującego powierzchnię topu potrafi przetrwać na moich paznokciach 5 dni. 
Ale jak wiecie, to również zależy od kondycji paznokci :) 
Jesnym słowem serdecznie wam go polecam, mi skradł serce od pierwszego użycia 
i używam go zarówno na większe wyjścia jak i na co dzień, bo mimo wszystko jest to dość stonowany kolor.




Co o nim myślicie?





I oczywiście życzę Wam udanej sylwestrowej zabawy, tańców do białego rana i pysznego szampana :)
A w Nowym Roku samych przyjemności !

Pozdrawiam szampańsko, A!






To mój drugi - po TriAcnealu KLIK - krem apteczny, który ma odmienić moją kapryśną skórę.
I muszę powiedzieć, że o ile poprzednik walkę podjął, tak ten krem dał ... tuby :)



Jak widzicie, krem przeznaczony jest idealnie dla mojej skóry - tłustej, z zatkanymi porami, 
nierówną powierzchnią. Plusem kremu jest to, że nie ma parabenów. Producent zapewnia nas, 
że to krem idealny - ale tak już producenci mają, że chwalą jak mogą, nie zawsze zgodnie z prawdą.




Krem ma na celu odblokować zatkane pory i je zwęzić, dodatkowo odnowić powierzchnię skóry.
Ma też działanie zapobiegające nawrotom niedoskonałości, juhu!
Przy codziennym używaniu skóra jest czysta, rozświetlona i prawie doskonała :)

No dobrze, ale po kolei...

Opakowanie: w kartonowym opakowaniu znajdziemy metalową, 30ml tubkę z bardzo wygodnym zamknięciem. 
Mamy pewność, że kosmetyk nie został wcześniej otwierany, bo cały "mechanizm" działa na klik - wystarczy przekręcić, 
bez zabawy w przebijanie metalowego zabezpieczenia, jak w przypadku wszelkich aptecznych maści. 
Plastikowe zakończenie tubki dozuje odpowiednią ilość kosmetyku i jest bardzo higieniczne.

Konsystencja: bardzo delikatna, lekko żelowa. Dobrze się rozprowadza i szybko wchłania, 
nie zostawia tłustego filmu na twarzy... do czasu.

Wydajność: na plus - przy używaniu rano i wieczorem krem starczył mi na prawie 2 miesiące.

Zapach: przyjemny, lekko cytrusowy? Nie był uciążliwy, chociaż dość wyraźny. 
Na szczęście szybko się utleniał na skórze.




Działanie: no to zaczynamy. Krem nie zrobił dla mojej skóry wiele, żeby nie powiedzieć, że całkowicie ją olał. 
Jak przy każdym takim kremie obawiałam się wysypu niespodzianek i faktycznie, trochę ich było po ok. tygodniu stosowania. 
Buzia zaczęła się oczyszczać i wyskakiwały "chwilówki". Dopiero później na skórze zaczęły pojawiać się bolące, 
podskórne krosty, na szczęście było ich dosłownie kilka i ten urodzaj trwał jakieś 2-3 tygodnie. 
Później wszystko się uspokoiło i myślałam, że przyszedł czas na moje powiększone pory. I czekałam, 
czekałam aż przyszło przesuszenie skóry... Pory pozostały nietknięte. Były czyste, ale nadal duże i widoczne. 
Krem nie wpłynął też na wydzielanie sebum, które po miesiącu zaczęło ponadprogramową produkcję przez przesuszenie, 
wynikające z używania kremu i żelu z tej samej serii. Żel odstawiłam i było trochę lepiej, 
ale nie obeszło się bez lekkiego kremu nawilżającego na noc (też z La Roche-Posay). 
I tak wykończyłam opakowanie, które dość mocno mnie rozczarowało. Spodziewałam się lepszego, 
lub co najmniej takiego samego efektu jak w czasie używania kremu Avene. 
Ale moja skóra była oporna na Effaclar K :)

Cena: za 30 ml zapłacimy ok. 50zł 
(ceny są bardzo różne, ja za swój zapłaciłam ok. 45zł razem z miniaturką żelu do twarzy)


Podsumowując: na pewno do niego nie wrócę. Jeśli będę chciała przed latem zafundować mojej skórze 
taki zastrzyk oczyszczenia na pewno sięgnę po krem Avene - TriAcneal, który dużo lepiej się sprawdził.
Krem La Roche-Posay mimo niezłych recenzji zupełnie mi nie pomógł - moja skóra po prawie dwóch miesiącach 
dalej mnie zaskakuje niespodziewajkami. Pory jak były tak są wielkie, sebum leje się strumieniami... eh. 

Następny w kolejce jest krem Normadem z Vichy, 
więc za jakiś dłuższy czas spodziewać się możecie kolejnych wieści z twarzowego frontu :)



skład dla ciekawskich:



Możecie mi coś polecić na kapryśną, tłustą skórę?
Chętnie poczytam i odpowiem na wasze pytania :)

pozdrawiam, A




Czasem przychodzi taki dzień, w którym mam ochotę rozweselić mój dzienny makijaż. Oto mój sposób:


Zaczynam tradycyjnie od podkładu. W okresie zimowym najczęściej mieszam dwa podkłady- to najlepszy sposób aby uzyskać dobre krycie, ale lekką konsystencję oraz odpowiedni kolor. W tym przypadku to: Inglot LW 500 (ciemniejszy na zdj.) i Revlon ColorStay 110 Ivory.



Zamiast bazy pod cienie, nakładam połyskujący, jasny cień w kremie- mus do powiek. Cały makijaż ładnie się na nim utrzyma. Oriflame Mousse Delight



Rozświetlam wewnętrzny kącik oka.


Dodaję fioletową kreskę Inglot matte 374, a całą powiekę pokrywam neutralnym cieniem z paletki Sleek Oh so special. Na dolnej powiece kładę delikatny róż.



Dla wyrazistości... odrobina czerni przy samych rzęsach- wciąż paletka Sleek.




Na koniec rzęsy Bourjois Queen Attitude, o którym pisałam tu: klik


Na usta nakładam delikatną różową szminkę. Dior Rouge Dior 465





Cały makijaż dopełniam kuleczkami brązującymi Oriflame i gotowe. Prosta i szybka odmiana codziennego makijażu.
Użyte kosmetyki:


http://1.bp.blogspot.com/-8bptX09JfmY/UH7mScc_QBI/AAAAAAAAAW4/f2GWoQB1BlI/s1600/szdfg+%252820%2529.JPG 

Całość prezentuje się tak:



Miłego dnia!
M.



Chciałybyśmy życzyć Wam Świąt pełnych radości, aby każda z Was spędziła ten czas tak jak lubi.
Cudownych niespodzianek pod choinką i kilku ciepłych chwil z najbliższymi :)
Nabierzcie sił, naładujcie akumulatory, aby kolejne posty były jeszcze lepsze!


A do życzeń dołączają się nasze kochane futra!
Bo jak wiecie, ten świąteczny czas można spędzać aktywnie, jak robi to Maniek...



...i lenić się od rana do wieczora, jak robi to Kicek :)



Trzymajcie się ciepło!
M&A






Lubicie szarości na paznokciach? Sam trend na takie kolory bardzo mi się podoba,
na fali szaraków kupiłam jeden, drogi, trzeci lakier i... żaden na moich paznokciach nie wyglądał dobrze... eh.
Podjęłam próbę oswojenia - szary + pękacz, kolorowy top, jakieś zdobienie.
I w końcu się udało. Noszę z powodzeniem szary lakier na paznokciach!
Jest się czym chwalić, nie? :P 



od lewej:
- Colour Alike z chyba ich pierwszej serii w kolorze 452 szara migotka
- China Glaze z kolekcji wiosna 2011 Anchors Away w kolorze pelican gray
- Catrice z szafy podstawowej, zeszłorocznej, w kolorze 280 london's weather forecast


Szara chinka robi mi trochę na złość - jeśli się przyjrzycie, można dopatrzeć się prześwitu.
Mimo dwóch warstw takowy ma miejsce i to już nie pierwszy raz mi się to zdarza.
Taki złośliwiec szary :) Trzeciej nie dokładałam, bo każdy lakier miał dwie szanse na pokazanie krycia.

China Glaze pelican gray to przyjemny, jasny szarak, bez drobinek i innych bajerów.
Jeśli macie szczęście to przy dwóch warstwach uzyskacie całkowite krycie :)
Na paznokciach trzyma się całkiem nieźle, przy czym podkreślam:
zawsze używam Seche Vite!
Dobrze wygląda pod czarnym pękaczem czy kolorowym topperem.


Szarą migotkę od Colour Alike na pewno dobrze znacie :)
Zawładnęła sercami lakieromaniaczek jak tylko została puszczona w sieć.
To szary, holograficzny lakier, który dużo lepiej wygląda w świetle dziennym.
Kryje prze dwóch warstwach, przy czym ta druga musi być taka konkretniejsza.
Mój już jest ciut wiekowy, więc tak szybko nie zasycha jak na początku. 
Niemniej mogę mu zarzucić to, że bardzo szybko ściera się z końcówek...
Oczywiście na lakierze leży i patrzy SV.


I ostatni, mój ulubieniec - catricowy mokry słoń, który niedawno widziałyście w wydaniu cyrkowym.
To oddzień szarości, który najlepiej mi się nosi - ciemniejszy, przez to bardziej 
"zauważalny" niż pozostała dwójka. Kryje pięknie przy dwóch warstwach i daje cudowne, 
kremowe wykończenie. Na paznokciach wygląda idealnie!
Schnie nieźle, chociaż ja do niecierpliwych ludzi się zaliczam, więc... SV :)

W jakim odcieniu szarości czujecie się najlepiej?
pozdrawiam, A!



Lubię owocowe balsamy z The Body Shopu, a lubię je jeszcze bardziej, kiedy są w promocji :) 
I tak też kupiłam arbuzowy balsam do ciała.




Opakowanie: balsam zamknięty jest w charakterystycznej dla kosmetyków TBS, pękatej buteleczce z twardego plastiku. 
Świetnie sprawdza się ona przy tonikach, niestety gorzej przy balsamach czy żelach pod prysznic. 
Plastik jest tak twardy, że o wyciśnięciu pozostałości kosmetyku nie ma mowy... 
Tutaj z pomocą przychodzi pompka (nie widziałam wersji z pompką w sklepie), którą przełożyłam z poprzedniego balsamu.
 Dzięki niej można wybrać praktycznie całą zawartość butelki bez gimnastyki z wydłubywaniem resztek.





Konsystencja balsamu jest lekka, można powiedzieć, że wodnista.
Dobrze się rozprowadza i wchłania, balsam nie zostawia tłustego filmu na skórze.
Bardzo lubię używać balsamów TBS latem, kiedy nie mam ochoty na ciężkie, lepiące masła czy mleczka.
Jeśli chodzi o wydajność, to przy takiej konsystencji jest bardzo dobra. 




I ważny aspekt - zapach!
Bardzo świeży, nie przesłodzony i pobudzający - grejpfrutowi czy cytrynie nie dorówna, ale jest równie przyjemny.
Na skórze nie zostaje długo, ale podczas smarowania można się nim porządnie "najeść" :) 
Działanie jak najbardziej na plus - nawilża i o to przede wszystkim chodzi.
Z mocno przesuszoną skórą, potrzebującą bogatszej konsystencji sobie nie poradzi, ale ze skórą normalną jak najbardziej. 
Zimą jest dla mnie trochę za słaby, ale przy codziennym używaniu daje wystarczające efekty. 
I aspekt często blokujący, czyli cena.
Ja swoją buteleczkę kupiłam w promocji za 12zł za 250ml, przy okazji jakiejś sezonowej wyprzedaży.
Nie wiem ile ten balsam kosztuje w cenie regularnej, ale ceny balsamów dochodzą do 39zł... Więc to trochę sporo.


 Lubicie balsamy TBS, a może wolicie coś bardziej treściwego?
Jakie są Wasze ulubione zapachy w tym sklepie? Znajdę tu miłośniczki satsumy :P
pozdrawiam, A









Miałam niedawno okazję "zasmakować" w kosmetykach zachodu, 
czyli nabytkach z drogerii dm, o czym chwaliłam się TU
I tak w moje łapki wpadł cudownie pachnący 

żel pod prysznic Balea, figi i czekolada


Od takich produktów cudów nie wymagam - mają umilać 
czas spędzony pod prysznicem. I ten świetnie się sprawdzał. 
Jeżeli jesteście sobie w stanie wyobrazić zapach fig i czekolady, 
to na pewno wiecie dlaczego :)


Żel znajdziemy w tradycyjnym opakowaniu - nie jest to nic skomplikowanego, 
ot zwykła plastikowa, zatrzaskiwana buteleczka. 
Praktyczna i wygodna. 
Dzięki niezbyt gęstej konsystencji mamy możliwość 
użycia kosmetyku do ostatniej kropli. 
Jeżeli jesteście jednak zwolenniczkami mycia ciała ręką, 
możecie mieć kłopot ze spływaniem żelu. Dla gąbko i myjko maniaczek 
konsystencja będzie idealna :) Ja byłam z niej bardzo zadowolona. 
Jeżeli chodzi o wydajność, to się wypowiedzieć nie mogę - żel to u mnie kosmetyk, 
który zużywam w ilościach mocno przesadzonych.
Przy użyciu gąbki uzyskamy przyjemną, delikatną pianę o cudownym zapachu.
Nie jest on jednak zbyt przesadzony czy uciążliwy - nie udusicie się pod prysznicem :)
Nie utrzymuje się na skórze po kąpieli. Ciepły, czekoladowy 
z nutką orzeźwiającego owocu - mniam. Ogromnym plusem 
jest również działanie - żel nie wysusza skóry, co przy nisko półkowych 
kosmetykach często się zdarza. Cena? Niewielka, ok. 6zł za 300ml. 






 jak widzicie, żel jest dość rzadki w mlecznym kolorze



Byłam z niego bardzo zadowolona i jak tylko będę miała okazję, na pewno sięgnę po inne zapachy.
Za taką cenę naprawdę warto, tym bardziej, że skóra jest po jego użyciu gładka 
i nie ma problemu z przesuszeniem :)

i jeszcze skład dla ciekawskich


Miałyście okazję używać kosmetyków Balea?
Możecie polecić coś szczególnego?

pozdrawiam, A




Moda na miętowe paznokcie widoczna była w szerokim w świecie już w roku 2009, 
do nas jak zwykle przyszła z opóźnieniem. Można za to śmiało powiedzieć, 
że zawładnęła sercami Polek na dobre :) I kolejny sezon utrzymuje się w czołówce. 

Jeśli chodzi o mnie, byłam jakoś obok całego trendu. Nie jestem miłośniczką pasteli 
ze względów czysto praktycznych - ciężko się nimi maluje, a ja jestem dość niecierpliwa :) 
Dlatego omijałam kolor tak długo, jak mogłam... aż wpadłam! 
I zaczęłam szukać kolorystycznego, a przede wszystkim odpowiednio "łatwego w obsłudze" ideału.
Aktualnie na mojej lakierowej półce znajdziecie 3 lakiery:

od lewej: 
Golden Rose numer 225
Color Club z kolekcji Back to boho jesień 2011 w kolorze New bohemian
Inglot o numerze 696
i znowu Color Club...

Lakiery pokryte są warstwą topu Seche Vite.



Na pierwszy ogień idzie mój ulubieniec, czyli lakier Color Club. Samą markę poznałam dość niedawno, 
bo w zeszłym roku, kiedy trafiłam na zestaw "Back to boho" w TkMaxxx i kupiłam te jaśniejsze kolorki.
 Całkiem niedawno weszłam w posiadanie również ciemniejszej części kolekcji :) 
Ale o mięcie dziś będzie, więc...

Kolor New bohemian to niby mięta, ale ma w sobie turkusowe tony. 
Lakier o wykończeniu kremowym, nakłada się niespodziewanie dobrze - biorąc pod uwagę, 
że to pastel. Kryje nieźle już przy dwóch warstwach (pierwsza cieńsza, druga grubsza), 
ale dla pewności wolę 3 cieńsze. O schnięciu i trwałości powiedzieć nic nie mogę, bo używam SV, 
poza tym zmieniam kolor na paznokciach co 2-3 dni. CC ma wygodny, klasyczny pędzelek, 
którym można wygodnie rozprowadzić lakier. 
Dość rzadką konsystencję, ale nie stanowi ona problemu jeśli chodzi o zalewanie skórek. 
Jeśli chodzi o cenę lakieru, to zapłacimy w sieci od 15-20zł za buteleczkę. 
Niemniej bardzo podoba mi się ten kolor. 
Widziałam, że jest porównywany z lakierem China Glaze - For Audrey.




Golden Rose to firma, do której lakierów przekonać się po prostu nie mogę... 
Próbowałam już chyba wszystkich serii i każde podejście kończyło się fiaskiem. 
No ale lakier dostałam, więc nie ma co wybrzydzać :)
Jak widzicie na zdjęciach, lakier GR o numerze 696 jest najbardziej "zielony" z całej trójki. 
Nie jest to typowy krem - pływa w nim bardzo drobny shimmer, w miętowym kolorze oczywiście. 
Nakłada się go dość ciężko, ponieważ jest bardzo rzadki i kryje przy trzech grubszych warstwach. 
Czasami konieczna jest czwarta... Dla mnie to mały koszmarek i być może jest to wina moich niewielkich
 zdolności malarskich i tej niewygodnej zakrętki... Przy takiej liczbie warstw nawet pod SV schnie długo,
 więc pominę ten punkt milczeniem. Ja serdecznie mu podziękuję...




Ostatni lakier to Inglot 696. Kolor jak najbardziej udany i według mnie najbardziej pastelowy, 
rozbielony z całej trójki. Kryje przy trzech warstwach ale to prawdziwy męczyciel - często zostawia prześwity, 
smugi i trzeba się przy malowaniu porządnie skupić. Ma wygodną konsystencję, 
więc nie trzeba się bać o zalanie skórek. Schnie długo, ale jest to jeden ze starszych lakierów w mojej kolekcji, 
więc nie będę się czepiać. Jeśli chodzi o trwałość... cena lakieru wskazywać by mogła, 
że to porządny lakier i tak faktycznie jest - trzyma się dłużej niż pozostała dwójka. 
Niestety - im nowsza seria kolorów Inglota, tym gorsza jakość.
Kolorek jak najbardziej mi się podoba, ale biorąc pod uwagę uciążliwe malowanie, 
z tym panem również się żegnam...




A jak Wam przypadł do gustu już lekko "starawy" miętowy trend?
Nosicie takie kolory wiosną, czy pora roku nie robi różnicy?

pozdrawiam, A



A miało być oszczędnie... Chyba wprowadzę w życie jakieś kosmetyczne limity, 
bo ten miesiąc dał mi nieźle do myślenia... 
A może zakaz wchodzenia do drogerii do końca roku? 
Świetny pomysł! Wszystko póki co mam, więc to może się udać :P

A póki co pokaże, co w listopadzie wpadło do mojego koszyka...


Zamówienie ze strony http://kalina-sklep.pl/


Domowy szampon ziołowy do codziennego stosowania, dla każdego rodzaju włosów.
Szukałam szamponu, którym mogłabym zmywać oleje. Myślę, że w tej roli świetnie się sprawdzi.
Za 350ml zapłaciłam 13,90zł.





Maska wzmacniająca korzenie włosów, rosyjska bania :)
Poza ciekawym opakowaniem, jestem bardzo ciekawa działania zsiadłego mleka i żytniego chleba.
Mam nadzieję, że do spółki z olejowaniem pomoże w utrzymaniu włosów na głowie.
Za 400ml zapłaciłam 19,99zł.




Scrub do ciała, atlantyckie wodorosty.
Jestem bardzo ciekawa tego scrubu, długo szukałam czegoś naturalnego, 
a ten kosmetyk nie ma w składzie SLS, parabenów i silikonów, także zapowiada się bardzo fajnie :)
Za 250ml zapłaciłam 24,00zł.




Powiem szczerze - to moje pierwsze zamówienie z tego sklepu i... na pewno nie ostatnie!
Mam ochotę na dużo, dużo więcej :) Zachęcam Was do zapomnania się z ofertą sklepów, 
jeśli szukanie kosmetyków naturalnych o nieskomplikowanym, chemicznym składzie. 
Ja jestem szczególnie ciekawa glinek i serii do twarzy. 

Na razie muszę wykorzystać zapasy, których trochę się nazbierało... 
ale na przyszły rok na pewno głębiej zapuszczę się w produkty ze sklepu Kalina :)


Zakupy z SuperPharm

Mój największy i najbardziej wyczekiwany zakup - Lolita Lempicka :) Była sporo przeceniona, dlatego się skusiłam. Zapach oczywiście kwestia 
gustu - dla mnie obłędny! Idealny na zimę, oryginalny i bardzo intensywny. Za 100ml zapłaciłam 199,99zł zamiast 349,99zł. Skorzystałam również 
z promocji na lakiery Miyo - oczywiście, lakierów mam już zdecydowanie za dużo ale... Wydawało mi się, że akurat ta piątka będzie idealna na jesień :) 
Jak zwykle, zdrowy rozsądek zostawiłam przed galerią handlową... Lakiery kosztowały 3,99zł, więc nie ma co płakać, a kolory są na prawdę świetne. 
Ten środkowy mi się zdublował, więc będzie okazja do porównania :) Przy okazji zakupów miałam możliwość zakupu Capivitu total action za 7,99zł. 
Jako, że jesień to u mnie czas, kiedy oprócz liści z drzew, lecą również włosy z głowy - wzięłam. Teraz trzeba się tylko zmobilizować 
do regularnego łykania. No i mój hit! Masełko do ust Nivea, czyli świeżutka nowość na rynku kosmetyków pielęgnacyjnych. 
Świetnie nawilża, pięknie pachnie - jak dla mnie bomba. Za całkiem dużą puszeczkę zapłacimy 7,99zł.




Wykończyłam małą Biodermę, więc przyszedł czas na nowy micel - poleciła mi go M., 
więc mam nadzieję, że się sprawdzi i u mnie :) Do tego trafiła się niezła promocja, 
bo za 200ml zapłaciłam 24,99zł przy cenie regularnej 43,99zł. 
Także Vichy Purete Termale 3w1 od dziś gości na mojej półce, w liczbie dwóch butelek, a co! 
Kolejny zakup, to zestaw Vichy - Normaderm, który już pokazywałam. Za 66,99zł dostałam:
- Normaderm żel oczyszczający 100ml

- Normaderm Pro Mat krem nawilżający o długotrwałym działaniu matującym 30ml
- Normaderm preparat oczyszczający 3w1 50ml
Także moim zdaniem, jak najbardziej się opłacało :) 
Jestem bardzo ciekawa, jak żel i krem sprawdzą się na mojej ostatnio dość porządnie przesuszonej skórze...
 Ale o tym na pewno was poinformuję. I ostatni zakup, czyli woda termalna Iwostin - również przeceniona 
z 26,99zł na 18,89 :) Nie był to zbyt przemyślany zakup, chciałam coś innego, ale te promocje... 
Jestem typową konsumencką ofiarą :)





Rossmann, Natura, sieć

I ja skusiłam się na świąteczne zapachy Original Source - pomarańcza z lukrecją i śliwka z syropem klonowym :) 
Oba zapachy bardzo przyjemne, chociaż niestety... wysuszają mi skórę i bez balsamu się nie obejdzie. 
Za 200ml zapłacimy 8,99zł. Drugim kosmetykiem jest pianka do golenia Venus ekstrakt z melona 
i grejpfruta. Wiem, zarzekałam się, że Isany nie zamieniam na nic innego ale... 
Za 200ml tej pianki zapłaciłam 5,99zł, na Isanę promocji nie było więc spróbuję. 
Zobaczmy, jak się sprawdzi. Mimo tego, że jestem fanką Lactacydu, 
to od czasu do czasu staram się skoczyć w bok i tym razem skoczyłam po AA :) 
Jest do odświeżający płyn do codziennego użytku i za 200ml zapłaciłam ok. 11zł




Jesienią moja skóra dość mocno się przesusza, a kiedy biorę prysznic rano nie mam za bardzo czasu na balsamowanie. Dlatego bardzo często sięgam po żel Nivea z perełkami olejku. Akurat w promocji trafiła się wersja melonowa, więc taka wpadła do koszyka :) Kosztowała ok. 8zł za 250ml. 
Do koszyka wpadł również olejek Green Pharmacy do masażu o działaniu antycellulitowym. Za 200ml zapłaciłam 9zł i mam nadzieję, że w zestawie z chińskimi bańkami da jakieś efekty :)




No i szalejące wyprzedaże w Rossmannie :) Długo chodziłam wokół szminki L'Oreal Rouge Caresse 
i w końcu mam!W regularnej cenie dostaniemy ją za 43zł, a w promocji kosztowała ok. 30zł
Nie pamiętam :) Ale na pewno się opłacało! Do tego ma świetny kolor (102 mauve cherie) 
i nie wysusza ust. Jakby tego było mało - naprawdę długo utrzymuje się na ustach! Ideał :) 
Zastanawiam się nad innym kolorem, mam jeszcze kilka dni.
Podkład wszystkim dobrze znany, czyli Bourjois Healthy Mix (51 light vanilla) - ostatni na półce, 
który nie był otwarty. Ludzie czasami mnie irytują - otwierają pełnowartościowe podkłady i mają w nosie to,
że obok stoi tester! Za podkład zapłaciłam niewiele ponad 40zł / nie pamiętam zupełnie tych cen. 
I na koniec Super Stay 10H Tint Gloss od Maybelline za ok. 18zł w kolorze bardzo zaskakującym -
 370 infinite mauve :) Większość pomadek mam w tym kolorze. 




od góry:
- szminka L'Oreal 102 mauve cherie
- super stay Maybelline 370 infinite mauve
- róż Inglot 99, o którym niżej :)
- podkład Bourjois Healthy Mix 51 light vanilla



Róż Inglot - bardzo delikatny kolorek, chciałam coś takiego na zimę z drobinkami. 
Skorzystałam z wyprzedaży stoiska i mam go za całe 10zł. Kolorek to 99. 
Delikatna, zgaszona brzoskwinka ze złotymi drobinkami. Bardzo, bardzo fajny! 
Wygląda świeżo i w miarę naturalnie.




I nowa kolekcja lakierów Golden Rose Jolly Jewels
Byłam zachwycona pierwszymi zdjęciami i zachwyt opadł... po pierwszym malowaniu. 
Biel z kolorowymi piegami to 115, a błękit ze złotem to 111. 
Za buteleczkę zapłaciłam 12,99zł
Pewnie za jakiś czas pojawią się na blogu swatche i wtedy powiem coś więcej.




Mała, zapoznawcza wizyta w sklepie Organique 
- glinka ghassoul, więcej o niej TU! ok. 2,50zł
- peeling cukrowy z żurawiną, więcej o niej TU! ok. 12zł
- kula do kąpieli białe piżmo 16zł




Krem z Sylveco dobija dna, wiec poszukiwania kremu idealnego trwają :)
Pierwszy to Fuss Wohl intensywny krem do pielęgnacji suchej skóry stóp z Rossmanna za ok. 7zł
W składzie między innymi gliceryna, wosk pszczeli  10% mocznik. 
Drugi to krem z Oriflame z masłem shea i kwasem salicylowym zmiękczający 
i regenerujący skórę - zamówiłam ze zniżką u koleżanki, więc nie mam pojęcia ile kosztuje, 
ale ja płaciłam ok. 10zł. Zobaczymy jak się sprawdzą. 
Na pewno coś o nich napiszę, jeśli będą warte lub nie warte uwagi.




I mój zapachowy ulubieniec na koniec :) 
Zmrożone jagody, czyli owoce leśne z zimową nutą.
Koszt to około 12zł.




Za dużo, zdecydowanie za dużo...
Miałyście któryś z kosmetyków? Chętnie poczytam wasze opinie.

pozdrawiam, A


Obsługiwane przez usługę Blogger.