Jak tylko zaczęłam myśleć o tej recenzji, przyczepiła się mnie jak rzep piosenka "Bania u Cygana" i odczepić się nie może :) Taki złośliwiec...Ale dziś ma być o włosach, a nie o perełkach muzyki rozrywkowej, więc przedstawiam Wam maskę wzmacniającą korzenie włosów, rosyjska bania.
Opakowanie: bardzo oryginalne, idealne do tak rzadkiej, uciekającej przez palce konsystencji. Plastikowy słoik z zakrętką nie jest najwygodniejszy pod prysznicem, bo często woda dostaje się do środka. Z drugiej strony dokładnie widać, ile produktu zużywamy i możemy precyzyjnie dozować kosmetyk. Mi to nie przeszkadza :)
Konsystencja: dość rzadka, lejąca - dobrze rozprowadza się na włosach i w nie wchłania.
Wydajność: podobnie jak z szamponem, nie stosowałam odżywki ciągle - używałam ją zamiennie z innymi kosmetykami. Patrząc jednak po pojedynczym zużyciu, jest całkiem nieźle.
Zapach: bardzo przyjemny, lekko mleczny. Utrzymuje się na włosach, ale nie jest dominujący.
Działanie: maska ma za zadanie wzmocnić korzenie włosów, chronić włosy, zapobiec nadmiernemu wypadaniu. Włosy mają dzięki niej być zdrowe, błyszczące i zregenerowane.
Ja z zasady nie nakładam odżywek/masek na skórę głowy, ponieważ nie reaguje ona na nie dobrze (szybciej się przetłuszcza, często pojawiają się jakieś krostki). Dlatego rosyjska maseczka lądowała na długości włosów i bardzo dobrze działała. Po jej użyciu włosy były miękkie, łatwiej się rozczesywały. Były gładkie i delikatne, po wysuszeniu przesypywały się między palcami, do tego przyjemnie pachniały. Działania na wypadanie włosów nie zauważyłam, chociaż używam kilku produktów o podobnym działaniu i ciężko mi to stwierdzić. Niemniej jestem z tej maski bardzo zadowolona i w przyszłości chętnie do niej wrócę.
Cena: 19,99zł za 400ml (plus przesyłka)
Znacie rosyjskie kosmetyki? A może miałyście okazję używać bani? :)
pozdrawiam i czekam na komentarze, A