Muszę Wam coś wyjaśnić - jestem totalnym beztalenciem, jeśli chodzi o sprawy cukiernicze. Jedynym ciastem, którego nie jestem w stanie zepsuć jest sernik na zimno... z paczki oczywiście. Potrafię skopać nawet najprostszy przepis na kruche ciastka. No nie mam talentu za grosz do podążania za przepisem, odmierzania mąki i cukru - w kuchni wszystko robię na oko, ale jak tutaj wsypie czegoś więcej lub mniej, to często kończy się to zakalcem lub wybuchem ciasta i myciem piekarnika. Dlatego, jak już coś piekę, to muszę się pochwalić :) Nawet jeśli efekt jest daleki od zamierzonego...
Do przygotowania kozich bobków potrzeba:
- 115g masła
- 110g cukru
- 1 jajko
- 30g kakao
- 150g mąki pszennej
- ½ łyżeczki sody oczyszczonej
- cukierki krówki lub czekolada
Dlaczego kozie bobki? Bo kiedy przyniosła mi je M. i miały postać czarnych kulek z czekoladą w środku, mój mózg zaprogramował się na kozie bobki :) I żeby nie było wątpliwości - nie mam takich doświadczeń kulinarnych!
1. Kroimy krówki na połówki. Nastawiamy piekarnik na 180 stopni.
2 Do miski wrzucamy wszystkie składniki i ugniatamy. Najlepiej żeby masło chwilę postało poza lodówką, bo inaczej może stawiać opór :)
3. Zagniecione ciasto wygląda jak czekoladowy meteor. Urywamy kawałek i oblepiamy nim naszą krówkę, tak żeby wyszły w miarę okrągłe ciasteczka.
4. Układamy je na blaszce wyłożonej folią aluminiową i wstawiamy do nagrzanego piekarnika.
Pieczemy 15 minut.
I do tego momentu wszystko było super :) Ciasteczka w piecu, zaczyna ładnie pachnieć w całym domu kakaem. Już sobie myślę, jaka to jestem super i w ogóle aż... pochodzę do mojego piekarnika, gdzie zamiast prawie okrągłych kozich bobków na blaszce leżą krowie placki! Jak to? Znowu coś zrobiłam źle?! Szybka analiza przepisu, wszystko się zgadza. Piekarnik nastawiony na odpowiednią temperaturę, 15 minut minęło a ciastka nie tylko kształtem przypominają wyżej wymieniony obiekt... Ale pomyślałam sobie - trudno. Zostawiłam ciastka w piekarniku, podkręciłam delikatnie temperaturę i poszłam wypić herbatę, instynktownie "nawąchując" swądu spalenizny. Po 10 minutach zajrzałam i niestety placki nie zmieniły się w kulki, ale były już twardsze. Wyłączyłam piekarnik i wróciłam do pokoju, bez ciastek. Moja psychika nie była jeszcze gotowa na ich wyciągniecie :) Potem zagadałam się z A. i o ciastkach zapomniałam... przyznaję. Kiedy mi się przypomniało były już mocno letnie, w kierunku zimnych i wyglądały tak:
Jak powiedziała moja koleżanka - mało apetyczna wysuszona skóra słonia...
Wyjęłam moją "tabliczkę ciastek" i połamałam na kostki. Na talerzyku prezentowały się równie żałośnie :)
Wtedy postanowiłam, że spróbuję. Tak, to była poważna decyzja :) Ugryzłam, chociaż łatwo nie było.
Byłam bardzo ciekawa, co stało się z krówką, którą tak pieczołowicie owijałam w ciasto, gdyż w środku zionęła jedynie dziura...
Ale na odpowiedź długo nie czekałam. Odwróciłam moje ciastko i zguba się znalazła!
Siedziała cicho pod ciastkiem i dlatego tak ciężko mi było ugryźć. Taki zastygły karmel to nie lada wyzwanie dla naszych zębów!
Tak... jak widzicie wygląd ciastek zostawia wiele do życzenia. Ale podobno liczy się smak - a tu było wszystko w porządku :) Ciastka były bardziej suche niż perfekcyjna wersja M., ale były do zjedzenia. Oczywiście nie polecam osobom ze słabym uzębieniem oraz emerytom...
O ile z garnkami sobie jeszcze jakoś radzę, tak z blachami w ogóle...
Macie jakiś fajny przepis na ciasteczka, którego nie zepsuję?
Chętnie poczytam o Waszych wypiekach :) Mam nadzieję, że idzie wam lepiej niż mi!
pozdrawiam chrupiąco, A