Październik i listopad można śmiało nazwać czasem silnego natarcia promocji na nasze portfele. Płynęły z każdej drogerii, z niektórych nawet falami. Mniej odporne jednostki poniosło i wyszły z siatami zapasowych kosmetyków, nie wiedząc właściwie jak to się stało. Nie dziwię się wcale, znam to! Stajemy przed półką (mocno już odartą z godności), popychane i szturchane przez równie spragnione zakupów kobiety (niektóre nawet agresywne). Mamy plan i próbujemy go realizować, ale przecież połowa ceny to świetna okazja do wypróbowania tego co polecała Kaśka, a Zośka to już ma kolejne opakowanie tego, co polecała Aśka. Skutek jest taki, że plan realizujemy z nawiązką. Jeśli jesteście ciekawe jak mi poszło - zapraszam na post :).




Rossmann ze swoją promocją -49% na kosmetyki kolorowe wzbogacił moją kosmetyczkę o 6 nowych i nieznanych mi wcześniej rzeczy. Lakiery pokazywałam Wam już wcześniej, ale dla przypomnienia są to następujące kolory:
- 340 berries and cream, Rimmel 60 seconds super shine (czekam na dobre/lepsze światło, żeby pokazać Wam go w pełnej krasie)
- 502 hot chocolate season, Astor Quick&Shine (miał już swoją chwilę na blogu, klik)
- 711 punk rock, Rimmel Salon Pro by Kate (ten lakier znają już chyba wszyscy z poprzednich rzutów promocyjnych, ale niebawem się pojawi).

Z promocji na kosmetyki do ust nie skorzystałam, bo ciekawił mnie tylko jeden kolor pomadki matowej Bourjois. Znając moje szczęście nie jest dostępny w Polsce, bo w szafie ani na polskich blogach go nie znalazłam. Peszek! Ale nie odmówiłam sobie ochronnej pomadki do ust z 100% naturalnym olejem z nasion wiesiołka Oeparol (ok. 5zł). 




Tydzień z kosmetykami do oczu niczym mnie nie skusił i myślałam, że podobnie będzie z ostatnim, twarzowym rzutem promocji. Ale wczoraj wpadłam do Rossmanna i zupełnie tego nie żałuję, szczególnie po dzisiejszym mizianiu :) Podkład Revlon Color Stay w chyba najpopularniejszym kolorze 150 buff (cena regularna 69,99zł/ teraz 35,69zł). Dumałam chwile nad wersją i wzięłam do cery mieszanej i tłustej - muszę przyznać, że jestem bardzo pozytywnie zaskoczona. Nałożony jajem BB w rozsądnej ilości i utrwalony ryżowym pudrem Paese wygląda naprawdę ładnie. Zobaczymy jak po dłuższym czasie będzie na niego reagować moja wybredna skóra. 

Miałam już wychodzić, ale wypatrzyłam ostatni róż Max Factor Creme Puff w kolorze 10 nude mauve (cena regularna 49,99zł/ teraz 25,49zł). Jak nie przepadam za połyskującym polikiem, tak ten róż po pierwszym użyciu zmienił moje podejście. Jest cudowny - delikatny, naturalny, świetnie się nakłada. To zdecydowany faworyt tych zakupów. Już w poprzedniej edycji promocji w drogeriach Rossmann te róże miały spore wzięcie. Ja mam dopiero teraz i nie żałuję!




Dzięki promocji w drogerii Natura (nie pamiętam dokładnie której, było ich kilka) kupiłam transparentny puder matujący marki KOBO (nie znam niestety ceny regularnej, ja zapłaciłam ok. 13zł). Szczerze mówiąc to jakoś średnio jestem do niego przekonana, ale chciałam coś w kompakcie bardziej trwałym niż Rimmel Stay Matte, bo mój puder Alverde już się kończy. Stanęło na KOBO i zobaczymy co na mojej skórze zdziała. 

Od dawna też chodziły za mną puszki do pudru i kupiłam je w Inglocie, gdzie dwupak kosztuje 15zł. Muszę przyznać, że są mega mięciutkie i bardzo przyjemnie się ich używa. Na pewno dużo lepiej radzą sobie z pudrem sypkim niż pędzel. 




Kiedy większość hasała między półkami z kolorówką, na półkach z pielęgnacją w drogerii Rossmann przecenione były kosmetyki marki Evree. Olejek różany do twarzy tej marki mam już na wykończeniu i bardzo lubię, więc zdecydowałam sie na coś do ciała. Do koszyka wpadł olejek do ciała Super Slim (15zł) i krem ratunek dla rąk (6zł). Krem kupiłam trochę na wyrost, ale jakoś nie mogę się przekonać do mocznikowego Balea i kisi się na półce. Pogoda jest tak paskudna, że zużyję oba do świąt, to pewne. 




Pomału też naruszam moje szamponowe zapasy i gorąco myślę o Insight :) Czymś jednak do tego czasu myć głowę muszę i kupiłam za kilka złotych szampon ułatwiający rozczesywanie włosów Babydream. Swojej premiery jeszcze nie miał, ale to kwestia najbliższych dni. Za 4,99zł kupiłam gąbki do demakijażu Calypso, które służą mi do zmywania masek lub mycia twarzy żelem. To już kolejne sztuki, które świetnie się spisują. Obie rzeczy oczywiście zakupione w Rossmannie. 

Jak widziałyście na pierwszym zdjęciu powiększyłam nieco moją 'blogerską', a w tym przypadku 'vlogerską biblioteczkę'. Obie książki są pięknie wydane i mają ciekawą treść, ale nic więcej na razie powiedzieć nie mogę. Ewą jestem zachwycona od dawna, więc nie spodziewajcie się, że powiem coś, co do zakupu Was zniechęci. Radzką podglądam, ale ubrania są dla mnie raczej obowiązkowym elementem niż przyjemnością. Miło by jednak było mieć te 'elementy' fajne i pasujące do mojej figury bąka.

I to by było na tyle w temacie promocyjnych zakupów w drogeriach Rossmann. Więcej już w tym miesiącu nie kupię, bo jak pewnie część z Was przygotowuję pomału listę zakupów na Dzień Darmowej Dostawy, który będzie miał miejsce 1 grudnia. Więcej informacji i listę sklepów znajdziecie tutaj. 

Znacie powyższe kosmetyki? A może już nie możecie patrzeć na łupy z Rossmanna? :D
Czekam na Wasze zdanie w komentarzach.

pozdrawiam
Adrianna 






Chociaż miałam nadzieję przedłużyć wrześniowy ban zakupowy, o którym pisałam tutaj na październik, to plan ten legł w gruzach. I to wcale nie przez moje wyposzczenie zakupowe, o nie! Zwyczajnie kilka kosmetyków naprawdę zakończyło swój żywot wcześniej, niż się tego spodziewałam. Dodatkowo jeden został przejęty przez moją mamę, ale nie mam jej tego za złe. Jest takim sucharkiem, że każda oznaka nawilżenia jej skóry mnie cieszy - nawet, jeśli oznaką jest mój balsam :) Ale do rzeczy! Już pokazuję, co mam.




Skończył się lipowy płyn micelarny z Sylveco, z którego byłam naprawdę zadowolona. Brak pomysłu na cokolwiek innego i szybka potrzeba spowodowały, że kupiłam nawilżający płyn micelarny 2w1 z BeBeauty. Od kiedy miałam jeden z tych płynów (nie pamiętam który) minęło już sporo czasu i zdążyłam zapomnieć czy robił mi duże kuku, czy nie. Dlatego mam okazję na odświeżenie wrażeń. Póki co moje oczy mają się dobrze, a to z myślą o nich wybieram zawsze płyn micelarny. Oby tak dalej ;)

Denko zobaczyłam również w kremie pod oczy Tołpa Green Nawilżenie z bawełną i irysem, do którego mam mieszane uczucia... Nie wiem, czy napiszę o nim coś więcej, bo był to krem niezły, ale na kolana mnie nie powalił. I na tym chyba zakończę przygodę z Tołpą, jeśli chodzi o pielęgnację okolić oczu. Do koszyka trafił za to taniutki krem pod oczy Alterra Hydro z winogronem i białą herbatą (ok. 7zł, Rossmann). Używałam z tej serii kremu na noc i dobrze wspominam jego właściwości nawilżające, więc mam nadzieję, że będzie porównywalny.




Ze strony e-naturalne.pl  zamowiłam 10% tonik z glukonolaktonem (17,90zł), czyli mój pierwszy krok do kwaśnej jesieni. Toniku używam już od prawie dwóch tygodni i jestem z niego naprawdę zadowolona :) Na efekty i moją sensowną recenzję trzeba jeszcze poczekać, ale mam w planach post o aktualnej pielęgnacji twarzy, więc wtedy napiszę więcej. Do przygotowania toniku wybrałam śmierdzący hydrolat lawendowy (6,50zł/50g) i nieco mniej śmierdzący hydrolat oczarowy (6,80zł/50g). Lawenda wylądowała w toniku, a oczar służy mi do przecierania skóry kiedy na noc używam serum korygującego z Bielendy - glukonolakton się z nim nie polubił, co boleśnie odczułam na skórze...
Do zamówienia dorzuciłam z czystej ciekawości peeling enzymatyczny z owoców tropikalnych (6,50/10g), ponieważ ku końcowi miał się mój łagodny peeling enzymatyczny z Dermiki. To mój pierwszy peeling enzymatyczny w formie proszku, więc zobaczymy co z tego będzie :)




Kolejny zakup poczyniłam z winy mamy, która jest totalnym sucharkiem i jeśli podpasuje jej już jakiś balsam, warto zapisać to w kalendarzu :) I tak właśnie było z balsamem Balea Soft-Ol z olejkami 40%. Miałam okazję się nim raz czy dwa posmarować i moja skóra niestety nie wpijała tak chętnie tej olejkowej warstewski, którą zostawiał. Na noc był w porządku, ale rano musiałam zakładać ubrania na wilgotne jeszcze od kosmetyku ciało. Skóra mojej mamy spija jego każdą ilość, więc ja w zamian kupiłam sobie mleczko regenerujące do skóry zniszczonej i przesuszonej z Le Petit Marseillais (w Naturze kosztowało 8zł!). U mamy swędzenie skóry pojawiło się kilka minut po użyciu LPM, za to ja jestem bardzo zadowolona. Szczególnie z szybkiego wchłaniania.




Krem do biustu to kosmetyk, który jest ze mną już od kilku lat. Ostatnie fuknięcia wydaje z siebie Tołpa Dermo Body Bust, o którym miałam wielką ochotę napisać, jako o wybawcy. I tak faktycznie było na początku używania - skóra była wyraźnie napięta, gładka, a biust wizualnie wyglądał lepiej. Nie wiem, czy ktoś rzucił na ten kosmetyk czar, ale kiedy zużyłam ponad połowę zawartości tubki, wszystkie efekty zniknęły... Skóra wróciła do swojej zwyczajnej formy, a do tego nie odczuwam nawet najmniejszego działania nawilżającego. Dlatego mocno rozczarowana postawiłam na coś dużo tańszego, czyli Ziaja Multi Modeling, serum proteinowe modelujące biust (6,99zł na stoisku Ziaja). Nie liczę na lifting z wypełnieniem, ale na nawilżenie i lekkie napięcie skóry. Trzymajcie kciuki! A jeśli miałyście okazję używać kremu do biustu z Pat&Rub (nadal ta kwota jest dla mnie zabójcza) dajcie koniecznie znać w komentarzach. 


W październiku udało mi się zużyć głęboko nawilżający krem do rąk Evree przeznaczony do skóry suchej i szorstkiej (raczej normalnej ze skłonnością do przesuszenia, dla tej wymagającej polecam serum!). Trafił więc do mnie prosto z promocji w Rossmannie krem do rąk i stóp głęboko nawilżający Ziaja (niecałe 4zł!). Kupiłam go z myślą o nocnej pielęgnacji, więc jego ciężka konsystencja zupełnie mi nie przeszkadza, a brak mentolowego zapachu to prawie błogosławieństwo. Jeśli się sprawdzi, na pewno napiszę o nim więcej. 




Mam już serdecznie dość kremu do skórek z ekstraktem z białej herbaty i ogórka Sally Hansen, który mało pochlebnie przedstawiłam Wam tutaj. Moje skórki buntowały się bardzo i sam krem do rąk nie pomagał. Evree Max Repair, regenerujące serum do paznokci kupiłam w Rossmannie za ok. 15zł/8ml i jestem z niego bardzo zadowolona. Używam przede wszystkim na skórki (bo płytkę paznokcia mam zazwyczaj pomalowaną) i widzę dużą poprawę. Jestem jeszcze ciekawa odżywki do skórek Cuticle Rehab od Sally Hansen i będę na nią polować w Rossmannowej promocji :)  (2-6 listopada). Zostając w temacie paznokci, do mojego lakierowego pudełka dołączył lakier Essie w kolorze Bordeaux, który pokazywałam już tutaj.




Ostatnio moje powieki są tak czerwone, że chwilami wyjście z domu bez czegokolwiek na nich jest dość... nieestetyczne. Nie wiem właściwie co się dzieje, bo efekt ten atakuje mnie z zaskoczenia. Nie jest związany ani z przemęczeniem, ani z odżywką do rzęs (sprawdzałam). Z pomocą przyszedł mi Maybelline Color Tattoo Creamy Mattes w kolorze 91 creme de rose. To taki nudziak o lekko różowym zabarwieniu, którego na mojej skórze powiek nie widać. Za to świetnie wyrównuje kolor i maskuje wszelkie zaczerwienienia i popęknane żyłki. Jest to zabieg szybki, na czym najbardziej mi zależało. Gdyby jeszcze utrzymywał się nieco lepiej, byłby moim ideałem ;) Zapłaciłam za niego bez promocji 24zł w drogerii Natura.

Z myślą o podrasowaniu efektu, jaki na moich rzęsach daje tusz Maybelline Lash Sensational kupiłam skoncentrowane serum do rzęs 3w1 Advanced Volumiere Eveline. Jestem średnio zadowolona, bo bardziej podobał mi się efekt z tuszem solo. Ciekawość zaspokojona, ale lekki niesmak po tylu pozytywnych recenzjach pozostał. Liczyłam na efekt wow, a nic takiego się nie stało... No cóż, będę używać w przyszłości z innymi tuszami i liczę, że efekt będzie lepszy.




Z wielkim żalem pożegnałam szminkę MAC w kolorze Hot Gossip. Była to moja pierwsza makówka, prezent od kochanej przyjaciółki (G, wracaj tu do mnie!). Kolor bardzo mi się podobał, ale nie był dzienniakiem, a ja nie miałam odwagi do noszenie go bez okazji. Niestety pomadka po ładnych kilku latach zmieniła zapach i zaczęła przesuszać i podrażniać usta, co wcześniej przy formule cremesheen nie miało miejsca. Dlatego ze smutkiem się z nią żegnam :( Żeby nie czuć opuszczenia za mocno, miejsce zostawione przez makówkę zajęłam dwoma produktami do ust marki Golden Rose, które chodziły za mną od dłuższego czasu. I tak, z polecenia Maxineczki, trafiły do mnie dwie kredki: Matte Lipstick Crayon w kolorze nr 10 oraz Dream Lips Lipliner nr 511. O dziwo szczególnie ciemniejszy kolor przypadł mi do gustu i mam nadzieję przekonać się do niego na co dzień. Koszt to ok. 12 i 6zł.




W prezencie od mojej kochanej dziewczyny dostałam balsam Eos o zapachu owoców leśnych(?). W każdym razie pachnie świetnie i używam go z przyjemnością :) Na pewno nie jest to silnie nawilżający balsam, który będzie mi służył zimą, ale póki moje usta nie zamienią się w dwa wiórki, nie mam do niego zastrzeżeń.

Na ostatni moment do zdjęć załapała się świeżutka dostawa z DMu od taty. Dzięki raz jeszcze!



Przyszła pora na kolejną, po letniej, kolekcję limitowaną żeli pod prysznic Balea. Tym razem seria składa się z trzech kwiatowo-owocowych zapachów:
- fiołek z maliną: jest słodko, malinowo, ale podstawa zapachu jest mocno kwiatowa. Piękny, kobiecy zapach.
- kwiat neroli i czerwona pomarańcza: świeży, ale też słodki i soczysty zapach. Przypomina nieco mambę :)
- róża i owoc pasji: ten zapach z pewnością podbierać będzie Wasz facet! Nie czuję tam róży, a czystego mężczyznę prosto spod prysznica :P

I gdyby kąpieli było za mało, to mam jeszczy płyn do kąpieli Balea. Pachnie jabłkiem z cynamonem, z przewagą według mnie jabłka - nie jest ani za słodkie, ani zbyt cynamonowe. Dla mnie to świetny zapach i na pewno skorzystam z takiej kąpielowej przyjemności :) Dostałam też nowe jajeczka Ebelin, czyli kolejny ukłon marki w stronę BeautyBlendera - tym razem w wersji do korektora. Jajeczka do podkładu mocno podratowały moje umiejętności, a raczej ich brak w temacie nakładania podkładu. Mam nadzieję, że z korektorem będzie podobnie. Zestawy jajeczek mam dwa i za niedługo pojawi się małe rozdanie - może ktoś się skusi :)





K O N I E C 

Rozpisałam się okropnie! :) Mam nadzieję, ze mi to wybaczycie, skoro w zeszłym miesiącu nie było zakupowego posta. A jak moje plany podbojów drogeryjnych wyglądać będą w listopadzie?

Po pierwsze - w promocjach drogerii Rossmann nie będę szaleć. Nie mam przygotowanej listy zakupów i w zasadzie niczego nie potrzebuję. Kusi mnie jedynie tusz do rzęs :) Dla przypomnienia terminy:

2.11 – 6.11. 2015 – szminki, błyszczyki, kredki do ust, lakiery, produkty do pielęgnacji paznokci

7.11 – 13.11.2015 – tusze do rzęs, cienie do powiek, eyelinery, kredki do powiek

14.11 - 20.11.2015 - pudry, podkłady, róże, bronzery, korektory

Po drugie, będę uzupełniać tylko bieżące potrzeby. Zmieniam nieco pielęgnację swojej cery, więc może być ciekawie. Trzymajcie kciuki! 


A jak wyglądają Wasze październikowe zakupy? :) 
Polujecie na coś szczególnego w Rossmannie?

pozdrawiam
Adrianna 



Żartuje, zostało mi jeszcze trochę niemieckich słodyczy :). A więc zniknęłam na dłużej niż planowałam i dalej niż myślałam, ale jestem! Walizka rozpakowana, pranie wstawione, zdjęcia nabytków zrobione więc... czas na zakupowy post. Zapraszam. 

Słowem wstępu odwiedziłam 4 ogniska finansowej zagłady, które znaleźć możecie za zachodnią granicą: DM, Primark, Rossmann i Rituals. Jak widać przeważają kosmetyczne miejsca, bo ciuchowa to ja raczej nie jestem - jeśli już coś ze mną zostanie na dłużej, to musi być ulubione i nie rozstajemy się do pierwszych dziur i wyrzucenia łacha siłą przez moją mamę. 

Dlatego Primark ku wielkiemu zdziwieniu zgromadzonych porwał mnie najmniej. Powróciłam szczęśliwie z: dwiema małymi świeczkami, paczką czarnych skarpetek-stópek, koszulką, dwiema piżamkami i dołem od stroju (bo stanik był niewymiarowy). 

Ogromnym zaskoczeniem był dla mnie Rossmann i szeroka gama kosmetyków Alterra - łącznie z kolorówką - której u nas pewnie szybko nie znajdziemy. Zakup jednak poczyniłam tam aż jeden, bo nie chciałam brać w ciemno. 

DM to już stały punkt programu i kolejny raz miałam w czym wybierać (dla Was też coś mam, a jakże!). Tutaj zaczynam już lecieć standardem i kieruję się w dobrze znanym mi, kąpielowym kierunku. Do szaf z kolorówką zajrzałam, ale nic mi w oko nie wpadło oprócz pudru do twarzy z Alverde. Pielęgnacyjnie zdecydowanie lepiej, czyli cała ja.

No i stacja końcowa moich zakupowych wojaży - Rituals. Olaboga, mogłabym tam mieszkać. Zapachy, klimat sklepu no i kosmetyki! Wyszłam z maleństwami w zestawie, które tylko drażnią apetyt na więcej. Wącham, próbuję, zachwycam się aromatem i nie rozumiem, dlaczego te kosmetyki są tak drogie - rozjaśnijcie mój umysł, skoro składowo raczej szału nie ma (albo to ja się na składach nie znam). 

Miał być krótki wstęp, ale wyszło jak zawsze :). Teraz już tylko szybka prezentacja, obiecuję!




I S A N A,  E V R E E  -  R O S S M A N N (PL)

Jeszcze w Polsce udało mi się kupić kilka rzeczy:

Isana, peeling pod prysznic grejpfrut i rabarbar - ok. 4zł. Pachnie jak owocowy pyszny kompot! Nie wiem jak będzie ze zdzieraniem, ale sam zapach skutecznie mnie przekonał do zakupu.

Isana, żel pod prysznic z ekstraktem z czereśni - ok. 3zł. Drugi ptaszek do kolekcji, który tym razem pachnie słodkimi owocami. Czy czereśniami? Tego pewna nie jestem.

Evree, głęboko nawilżający krem do rąk - skóra bardzo sucha i szorstka - ok. 6zł. Krem kupiłam na podróż i zapomniałam go zabrać. Brawo JA. W domu znalazł jednak troskliwą opiekę i nastąpiło wrogie przejęcie :). Podobnie z resztą stało się z biedronkowym żelem pod prysznic o zapachu pistacjowych lodów... 




M A R I O N,  A L T E R R A,  Z I A J A,  G R E E N  P H A R M A C Y  
-  N A T U R A,  R O S S M A N N (PL)

Marion, olejki orientalne jojoba i słonecznik - ok. 4zł. To już ostatnia nieznana mi dotąd wersja. Jak się skończy chyba poszukam innej opcji na zabezpieczanie końcówek. 

Alterra, olej do włosów suchych i łamliwych z pestek moreli BIO - 15zł. Czekałam na tę nowość i w sumie nie miałam okazji tak naprawdę dobrze potestować, żeby wyrobić sobie zdanie o działaniu. No nic, nadrobię zaległości. 

Ziaja, chłodząca mgiełka  z mentolem i witaminą C twarz, ciało, włosy - ok. 7zł. Mam mieszane uczucia. Zapach świetny, bo połączenie drzewa tamaryndowego i zielonej pomarańczy przyjemnie odświeża, ale... Nie zauważyłam właściwości nawilżających, a chłodzenie jest bardzo krótkotrwałe. Dla samej przyjemności zapachowej, która trwa kilka chwil, nie widzę sensu w używaniu tego kosmetyku. 

Green Pharmacy, matujący krem normalizujący zielona herbata do cery tłustej i mieszanej - 10zł. To dla mnie nowość, nie miałam jeszcze okazji używać tego kremu. Wpadł do mojej kosmetyczki dość przypadkowo, bo jestem w trakcie zmian w pielęgnacji twarzy. Zobaczymy co z tego będzie :).




R I T U A L S  -  S K L E P  F I R M O W Y  (DE)

Touch of Happiness, krem do ciała słodka pomarańcza i drzewo cedrowe. Happy Buddha, żel do mycia ciała w piance mandarynka i yuzu. Fortune Scrub, scrub do ciała mandarynka i yuzu. Fortune Oil, olejek pod prysznic słodka pomarańcza i drzewo cedrowe. Cały zestaw miniatur kosztował 17,50e, mają one pojemności od 50 do 75ml. Zapach jest obłędny! Niepowtarzalny, nieco męski. Cudowny - mogłabym mieć takie perfumy. O działaniu powiedzieć za wiele nie mogę, bo póki co wącham sobie i się krótko mówiąc jaram - nieco starsze dzieci tak właśnie mają. 




B A L E A,  L A V E R A,  T R E A C L E M O O N  -  D M 

Balea, krem do rąk z mocznikiem 5% - ok. 2e. Naprawdę nieźle rokuje i jest nieco lżejszy - tak mi się wydaje - niż mocznikowa Isana. Zapach mi jedynie trochę przeszkadza, bo jest taki słodko-niewiadomo-jaki. Ale nawilża przyjemnie, więc zużyję na pewno.

Lavera, szampon jabłkowy do włosów normalnych intensywnie nawilżający - ok. 4e. Kręciłam się wokół szamponów Alverde, ale z żadnym z nich nie miałam jakiś wyjątkowo ciepłych skojarzeń. Postawiłam więc na markę dotąd mi zupełnie nieznaną. Pachnie cudownie, jak świeże kwaśne jabłka. Zobaczymy jak będzie sprawdzać się na włosach. 

Treaclemoon, mini balsam do ciała iced strawberry dream - 1e, miniaturka. Chwyciłam z ciekawości przy kasie, bo nie przepadam za takimi słodkimi, jedzeniowymi zapachami w balsamach. Ale truskawki zrobiły na moim nosie wyjątkowo dobre wrażenie! 

Balea Soft-Ol, balsam do ciała z olejkami 40% - 3e. To już zakup wybiegający w jesienną przyszłość i pierwszy przesusz spowodowany kaloryferami. Masła są jeszcze wtedy dla mnie za ciężkie, a ten balsam zapowiada się naprawdę nieźle.




N E U T R O G E N A,  A L T E R R A,  A L V E R D E,  B E E  N A T U R A L  
-  D M,  R O S S M A N N (DE)

Neutrogena, Visibly Clear 2 in 1 żel do mycia twarzy i maseczka oczyszczająca - ok. 4e. Ten kosmetyk chodził mi po głowie już od dawna, ale zamówienie z sieci plus koszty przesyłki studziły wszelki zapał. Kiedy zaczęłam mieć problemy z cerą po przyjeździe do Niemiec wiedziałam, że to idealny moment. I nie zawiodłam się! Cera uspokoiła się, nowych wyprysków nie przybywało. Teraz używam raz dziennie, żeby nie wysuszyć za bardzo mojej skóry, ale w chwili twarzowej masakry jest jak znalazł. Na szerszą recenzję jeszcze Was zaproszę :)

Alterra, pianka do mycia twarzy z granatem i kiwi - ok. 2,50e. Kupiłam z myślą o porannym myciu twarzy i odświeżaniu jej w ciągu dnia. Na razie czeka w kolejce, ale jestem bardzo ciekawa co ma nam do zaproponowania Alterra. Krem myjący z tej serii z granatem nie jest dla mnie.

Alverde, puder w kompakcie - ok. 4e. Już kiedyś próbowałam nabyć ten puder i skończyło się przywiezieniem podkładu w kompakcie... Tym razem sprawdziłam kilkukrotnie opakowanie przed dojściem do kasy. Akurat kończy się mój Rimmel, więc niedługo zacznę używanie.

Bee Natural, pomadka do ust z woskiem pszczelim mango - ok. 3e. Nie widziałam wcześniej tych pomadek, a mango kusiło - jak zawsze z resztą. Latem pomadka ochronna Caudalie jest dla mnie trochę za ciężka i trudno mi jest znieść ten zapach/smak na ustach. Tutaj na szczęście problemu nie mam :). 




B A L E A,  A L V E R D E  -  D M

Balea, żel pod prysznic z perełkami olejku z wyciągiem z moreli - ok.1e. Żele pod prysznic to stały punkt programu, ale tym razem nie poszalałam. W Niemczech miałam okazję używać żelu z perełkami olejku i tak mi się spodobał, że przygotowując się do wyjazdu, capnęłam butelkę dla siebie.

Balea, żel pod prysznic z maliną i trawą cytrynową - ok. 0,60e. Połączenie zapachowe idealne dla mnie. Słodkie, ale też orzeźwiające. Coś pomiędzy brzoskwinią żelu z perełkami wyżej, a kolejnym przyjemniaczkiem z Alverde.

Alverde, żel pod prysznic z miętą i bergamotką - ok. 2e. Letni prysznic, o jakim marzy każdy podróżujący komunikacją miejską. Zapach, który chciałoby się wypić - dosłownie! Słyszałam już ochy na jego temat, więc capnęłam bez zastanowienia.


Większości kosmetyków nie miałam okazji jeszcze sensownie poużywać, stąd to post typowo chwalipięcki. Mam zaległości w denku, recenzjach, wszystkim... Chyba przyda mi się jakiś plan odgruzowania bloga :) A co u Was słychać? 

pozdrawiam
Adrianna 





Mam ostatnio spory problem z organizacją swojego czasu. Ogólnie nie mam do tego specjalnego daru od kiedy tylko pamiętam, ale teraz staje się to dla mnie wyjątkowo uciążliwe... Czas przecieka mi między palcami, co nie sprzyja niestety żadnej pracy twórczej i widzicie to dobitnie na blogu. Postaram się poprawić statystyki od przyszłego miesiąca - końcówka czerwca zapowiada się jeszcze lekko nieogarnięta :) Zapraszam dziś na post lekki i przyjemny, czyli zakupowy. Nie ma tego dużo i bardzo mnie to cieszy! 




A L T E R R A,  I S A N A,  P E T A L  F R E S H

Moje włosy przeszły ostatnio na suchą stronę mocy, co bardzo mnie martwi... O ile skóra głowy się uspokoiła, tak włosy na długości bardzo się wysuszyły. Do czasu ścięcia ratować się będę nawilżającą odżywką Alterra do włosów suchych i zniszczonych z granatem i aloesem, z której już wcześniej byłam zadowolona (klik). Cena w drogeriach Rossmann waha się między 6,99zł, a 10zł/200ml, dlatego warto kupić ją w promocji. 

Mocznikowy szampon z Isany to już kolejna butelka i jak tylko pojawi się w niższej cenie (standardowa cena w drogeriach Rossmann to 4,99zł, promocyjna nawet 2,99zł/200ml) zrobię zapas. Po wadze butelki wyczuwam, że nie tylko mi ten szampon pasuje :) 

A skoro mocznikowy szampon się już kończy, to dokupiłam odmładzający szampon do włosów z wyciągiem z pestek winogron i oliwek Petal Fresh. Miałam już z tej serii odżywkę, z której byłam zadowolona, więc szampon ciekawił mnie tym bardziej. O odżywce odmładzającej pisałam już w tym poście, podobnie z resztą jak o szamponie nawilżającym z cytryną, który nie spełnił do końca moich oczekiwań. Na początku wszystko było w porządku, ale pod koniec opakowania włosy po myciu były sztywne i szorstkie. Może z odmładzającą formułą będzie lepiej. Cena za szampony i odżywki Petal Fresh w drogeriach Rossmann to 19,99zł/355ml.




P O Ł C Z Y N  Z D R Ó J,  I S A N A 

Od babci mojej dziewczyny dostałam niedawno kulę do kąpieli z połczyńską borowiną, która zapachem wypełniła mi całą szafkę! A pachnie przepięknie, bardzo świeżo gdyż jest to połączenie cytryny z maliną. Jak się pewnie domyślacie kulę dostałam prosto z uzdrowiska w Połczyn Zdroju. Jest spora, więc chyba podzielę ją na dwie kąpiele.

Isana wypuściła dwa wakacyjne żele pod prysznic, które szybko wskoczyły do mojego koszyka. Pierwszy z nich to kremowy żel pod prysznic z miodem kwiatowym. Pachnie przyjemnie i w opakowaniu typowego słodkiego miodu nie wyczuwam, ale też jakoś specjalnie nad tym nie ubolewam. W wakacyjnej butelce znajdziecie żel pod prysznic na lato z ekstraktem z mango. I tutaj już jest smuteczek, bo tego mango praktycznie nie czuć... Jest owocowo, jest miło, ale trochę mnie też zapach rozczarował. Spróbowałam, ale kolejnej butelki na pewno nie kupię. Cena standardowa jeśli chodzi o Isanę, ok. 3zł/300 ml w drogeriach Rossmann. Dużo lepiej wspominam zużyty właśnie żel do kąpieli i pod prysznic Wellness&Beauty z owocowymi ekstraktami z mango i papai.




M A Z I D Ł A,  C A T R I C E 

Podłączyłam się do zamówienia z mazideł i tak trafił do mnie malutki ekologiczny hydrolat z róży damasceńskiej oraz olej kokosowy (50ml każdy, cena poniżej 10zł za buteleczkę). Hydrolatu mam zamiar używać do glinek, bo do tej pory leżą i się jeżą (brawka), a olej kokosowy ponownie przetestuję na moich włosach. Pierwsze podejście nie należało do udanych, ale może coś się przez ten czas zmieniło. 

Jedynym zakupem nieplanowanym jest Beautifying Lip Smoother z Catrice w kolorze 020 apricot cream (cena regularna w drogeriach Natura to ok. 15zł, ja skorzystałam z 40% rabatu). Długo się nad nim zastanawiałam, potem chciałam podobny produkt z Clarins. ale zniechęcała mnie cena. W końcu capnęłam tańszy kosmetyk. Słowem wyjaśnienia powiem tylko tyle, że typowych błyszczyków nie lubię, są dla mnie zbyt wyczuwalne i klejące. Ostatnia przygoda z błyszczykiem Celia Delice skończyła się 'efektem kylie jenner' na ustach, co załagodził Alantan. Z Catrice na szczęście nic takiego się nie dzieje i jeśli uda mi się go zużyć, na pewno kupię Clarins. 




C D,  S A N E X

Początek lata to też dla mnie czas poszukiwań nowego antyperspirantu. O ile Dove do tej pory wystarczał, tak moja skóra ostatnio się na niego uodparnia i czas na jakąś zmianę. Z czystej ciekawości kupiłam deo atomizer CD o zapachu lilii wodnej (osiedlowa drogeria, 16zł/75ml). Nie zawiera soli aluminium, olejów mineralnych, silokonów, parabenów, barwników ani składników pochodzenia zwierzęcego. Ciekawe jak się to będzie miało do kwestii ochrony przed nieprzyjemnym zapachem. 

Sanex kompletna ochrona 7 korzyści (Rossmann, cena ok. 10zł/50ml) niestety poległ na całej lini... Szkoda, bo był bardzo delikatny i nie robił krzywdy skórze pod pachami nawet po goleniu. No ale to by było na tyle, jeśli chodzi o plusy.


Skorzystałyście z promocji w drogeriach Natura? 
Jestem bardzo ciekawa, co wpadło do Waszych kosmetyczek w czerwcu :)


pozdrawiam
Adrianna





Maj był miesiącem, który dosłownie uciekał mi między palcami. Dwa tygodnie do urodzin, później prawie tygodniowe świętowanie i mamy koniec miesiąca :) Ale na zakupy czas znalazłam, nie martwcie się - nałóg trzeba pielęgnować. Dlatego zapraszam Was dziś na post o nowościach kosmetycznych, które w tym miesiącu się u mnie pojawiły. Trochę się tego nazbierało!




PIERWSZE SPOTKANIE - B A N D I

O marce Bandi czytałam na Waszych blogach wielokrotnie, ale do tej pory nie miałam okazji używać kosmetyków tej marki. Dlatego raz jeszcze dziękuję Agnieszce z bloga INFALLIBLELIFESTYLE (w nowej, pięknej odsłonie), u której udało mi się wygrać krem intensywnie nawilżający z serii Hydro Care oraz subtelny peeling enzymatyczny z serii Delicate Care. Do paczki dołączony był plik próbek i muszę przyznać, że czuję się chyba po raz pierwszy zachęcona do ich zużycia :) 
Bez zastanowienia capnęłam też w Empiku za 5zł gazetę Face&Look (pierwsze słyszę) z 30ml kremu Bandi z algami morskimi z serii Delicate Care. Jak widzicie mam zapas kremów na dłuuugi czas, a to dopiero początek pielęgnacyjnego szaleństwa w tym miesiącu!




S Y L V E C O - RUNDA DRUGA

Jestem chyba jedną z ostatnich osób, które dopiero poznają kosmetyki Sylveco, ale... jakie to poznawanie jest przyjemne! Do tymiankowego żelu, który spisuje się naprawdę dobrze, dołączył lipowy płyn micelarny (17zł/200ml) i hibiskusowy tonik do twarzy (16zł/150ml). Użyte dopiero kilka razy, ale pierwsze wrażenie jak najbardziej na plus! Teraz mam niezły kosmetyczny zapas jeśli chodzi o twarz, ale może skuszę się na kosmetyki do włosów tej marki. Coś polecacie?




ROSSMANN -40% B I E L E N D A, I S A N A, E V R E E, T O Ł P A 

Na początku zupełnie nic mnie nie kusiło i pomyślałam, że może uda mi się ominąć tę promocję z daleka, ale... Przejrzałam swoją listę Ochów! i znalazłam na niej serum Mezo Power z 10% kwasem migdałowym Bielenda (cena regularna ok. 27zł/30ml) oraz Evree Magic Rose (cena regularna ok. 30zł/30ml). No i kupiłam. Na liście znalazł się jeszcze krem pod oczy biały hibiskus Tołpa, który podobno został wycofany z drogerii Rossmann, więc w jego miejsce trafił do mnie nawilżający krem łagodzący pod oczy tej marki (cena regularna ok. 25zł/17ml). Po testach kremu Nivea Care musiałam poszukać czegoś punktowego na wypryski (nie pytajcie) i capnęłam z półki plasterki przeciw wypryskom Isana YOUNG (cena regularna ok.9zł/36 sztuk). 




T H E  B A L M, M U R I E R, B O U R J O I S

Urodzinowo spełniło się moje różowe chciejstwo, którym jestem oczarowana! Róż theBalm w kolorze down boy to piękny, delikatny odcień, który wygląda świeżo i naturalnie na twarzy, a tego właśnie było mi trzeba. W promocji makijażowej -49% w Rossmannie w końcu zdecydowałam się na matową pomadkę Bourjois Rouge Edition Velvet nr 10 don't pink of it! (cena regularna ok. 50zł) oraz balsam do skórek Sally Hansen (cena regularna ok. 20zł, na zdjęciu poniżej). A w facebookowym rozdaniu u ALI, CO MA KOTA udało mi się wygrać odżywkę do rzęs Murier Lash. Jestem bardzo ciekawa i dziś zaczynam testowanie. Mam nadzieję, że pomoże moim rzęsom się ogarnąć ;)




E S S I E, G O L D E N  R O S E

Lakierowo poszczęściło mi się też u KAROTKI i trafiły do mnie dwa lakiery Essie - kobalt bouncer, it's me i fiolet dj play that song, do których potrzebowałam białej bazy. W końcu zdecydowałam się na Golden Rose i serię Color Expert nr 02, z której mam już kilka lakierów i bardzo je lubię (35 47&50 76). Pierwsze malowanie jeszcze przede mną, jestem bardzo ciekawa efektu.




KSIĄŻKOWE MARZENIA SPEŁNIONE!

Dwa prezenty urodzinowe, z których cieszę się ogromnie - dziękuję dziewczyny! Książki Marty Dymek chyba nikomu nie trzeba przedstawiać, a jeśli jeszcze jej nie znacie - zapraszam na blog JADŁONOMIA. Zdjęcia cudowne, więc czas zabrać się za gotowanie! Drugą książką, wokół której chodziłam już bardzo długo jest prozdrowotna pozycja dra Colina Campbella 'Nowoczesne zasady odżywiania'. Czytam i wiem, że najwyższy czas na zmiany. A na górze tego książkowego stosiku znalazł się przepiękny notes, który dostałam od mojej dziewczyny na nadchodzący Dzień Dziecka. Tak, obchodzimy! 25 lat na karku o niczym nie świdczy :P


Mój zapas pielęgnacyjnych kosmetyków do twarzy przeczy wszelkim zasadom minimalizmu, który staram się wsprowadzać... WIEM. Dlatego sprężam się, zużywam i mam nadzieję, że moja skóra znajdzie dla siebie odpowiednią pielęgnacyjną drogę, bo ostatnio mocno się buntuje. 

A jak Wam zakupowo minął maj? Konta i portfele przewietrzone? :D

pozdrawiam
Adrianna 





Nie pytajcie, bo sama do końca nie wiem jak to się stało, ale nazbierało mi się nowości na kolejny post :) Publikując poprzedni z kwietniowymi zakupami nie pomyślałam, że następnego dnia do drzwi zapuka kurier z paczką ambasadorską La Petit Marseillais, mijając się przy okazji z dostawcą JOY Boxa. No i tym sposobem powstał wcale nie taki krótki, drugi post z kosmetycznymi nowościami kwietnia. Mam nadzieję, że nie będziecie mieli mi tego za złe, a ja postaram się nie rozwijać szalenie na temat każdej rzeczy. Jesteście gotowi? Zapraszam!


JOY BOX, pierwsza edycja specjalna 
WIOSNA TRENDY (59zł)




Pudełka z kosmetykami Joy Box kusiły mnie już od jakiegoś czasu swoją formułą. Część kosmetyków jest nam znana, kolejne dobieramy sami. Dużo lepsza forma niż w przypadku niespodziankowych pudełem, przynajmniej dla mnie. Minusem jest ich rozchodzenie się z prędkością światła i tak też było w wypadku tego boxa :) 

Sprawcą zamieszania okazał się tusz Mac In Extreme Dimension 3D Black Lash. Wiadomo jaką opinię mają kosmetyki MAC, powszechnie znana jest również ich cena i słaba dostępność. Nie ukrywam, że i mnie obecność pełnowymiarowej maskary zmotywowała do zamówienia. 

Demakijaż z produktami GLOV kusił mnie już od dawna, ale przyznaję bez bicia - nie do końca w to wierzyłam. Dlatego znaleziona w pudełku mini-rękawica, a raczej 'napalcownik' GLOV Hydro Demaquillage Quick Treat to super okazja do sprawdzenia swich przekonań. 

W pudełku znalazł się również lakier do paznokci Eclair nr 47 w kolorze przyjemnej, kremowaej dyni oraz malutki krem BB z SPF 20 marki Embryolisse o pojemności 5ml.




Marka Stenders wypełniła zapachem całą paczkę! Pierwsze w oczy rzuciło mi się mydełko żurawionowe, które wygląda bardzo smakowicie. Drugim kosmetykiem tej marki jest musująca kula do kąpiel 'sex' zapewniająca zmysłową kąpiel. Zabrakło dla mnie masełek do skórek, więc ten kosmetyk dołączony został w ramach zadośćuczynienia. Bardzo udana zamiana :) Do tego próbka kremu na noc.

Dawno już nie miałam okazji używać kosmetyków marki Timotei. Odżywka Drogocenne Olejki z organicznym olejkiem arganowym, olejkiem migdałowym i ekstraktem z jaśminiu pachnie bardzo intensywnie i mam nadzieję, że nie będzie tak mocno wyczuwalna na włosach. Producent mowi o niej bardzo ciekawie.

Bardzo ucieszyła mnie również możliwość wypróbowania nawilżającego mleczka łagodzącego marki Tołpa. Aktualnie używam modelującego balsamu ujędrniającego (jeszcze ze starej serii Planet of Nature) i jestem z niego zadowolona. Mleczko pachnie przepięknie! Delikatnie, świeżo, a jednak kobieco i naturalnie. 





W pudełku nie zabrakło również pielęgnacji twarzy, którą reprezentują maska odbudowująco-nawilżająca z kolagenem i aloesem Etre Belle (w płacie) oraz krem matujący intensywnie nawilżający do cery mieszanej i normalnej AA hydro algi błękitne. Przeznaczony jest on do skóry wrażliwej i skłonnej do alergii. Nie wiem czy krem ze mną zostanie, bo nie jestem przekonana do drogeryjnych kremów, ale maski jestem bardzo ciekawa. Dodatkowa porcja nawilżenia zawsze się przyda :) 


Paczka ambasadorska LA PETIT MARSEILLAIS





Na pewno znacie już dobrze zawartość paczek ambasadorskich w tej edycji akcji LPM, więc szybko przypomnę. W bardzo ładnym pudełku znalazłam masę próbek mleczka nawilżającego do ciała oraz żelu pod prysznic o zapachu kwiatu pomarańczy - część z nich już trafiła do moich bliskich. W wielkich butlach ukryło się kąpielowe wydanie cytrusów, czyli delikatny żel pod prysznic i do kąpieli z pomarańczą i grejpfrutem oraz delikatny żel pod prysznic z werbeną i cytryną. Grejpfrut jest MEGA! Na pewno taka dawka owocowej przyjemności starczy mi aż do lata.


Maybelline i wygrana u Saurii





Niesamowicie ucieszyła mnie ta paczka od marki Maybelline! Po pierwsze znalazłam w niej tusz, który miałam zamiar kupić, czyli Lash Sensational (jeśli jeszcze nie chwyciłyście go na rossmannowych promocjach, polecam nadrobić zaległości!). Oprócz tuszu znalazły się dwa kosmetyki do brwi: stylizujący żel BROWdrama, który mam w kolorze medium brown, oraz bardzo ciekawa kredka wraz z cieniem BROWsatin w kolorze dark blond. Kolory mogłam dobrać sama i trafiłam idealnie :) Dobre wrażenie zrobiła na mnie również czarna kredka the Colossal Kajal. Kredek nie używam, bo moje zdolności w malowaniu kresek są minimalne, ale zagęściłam nią linię rzęs i ten efekt bardzo mi sie podobał. Liner masterGRAPHIC to zupełnie nie moja bajka, więc ucieszy kogoś innego. Super nagroda, prawda? 

Do mojej kosmetyczki trafiły też jakies pojedyncze rzeczy, które na pewno pojawią się tutaj.


Nawet nie pytam co o tym sądzicie, bo ja taką ilością nowości czuję się lekko przytłoczona :) 
Ale będę dzielnie zużywać, testować i informować Was o tym, czy moje kwietniowe nowości okazały się hitem czy kosmetycznym kitem. 

pozdrawiam
Adrianna 



Obsługiwane przez usługę Blogger.