Czy macie czasami tak, że jakaś myśl, idea Was oczaruje? Utkwi głęboko w głowie i wewnętrzny głos mówi do Was - tak! Ty też tak możesz! A potem patrzycie na swój miesięczny przypływ kosmetyczny i... no właśnie. I z modnego ostatnio minimalizmu zostaje jedynie obietnica poprawy w przyszłym miesiącu :) Więc i ja obiecuję - jeszcze będzie przepięknie. A teraz zapraszam na pogrążający nieco moje 'przekonania' zakupowo-podarunkowy przegląd listopadowy :)

Włosy i twarz.


Wypadanie włosów mogę uznać za opanowane, choć nie przestaję szukać szamponu, który delikatnie i naturalnie umyje moje włosy. Tym razem postawiłam na rewitalizujący szampon do włosów suchych i zniszczonych Babuszki Agafii i muszę przyznać, że jeszcze żaden z rosyjskich szamponów nie dawał tak po nosie kostką wc... Mam nadzieję, że działanie będzie mniej zapierające dech w piersiach (Sekret Urody, ok. 12zł). Idealnym balansem dla przesuszonej i podrażnionej skóry głowy, był za to szampon Isana z 5% mocznikiem (Rossmann, ok. 5zł?). Nie używałam go ciągle, bo jest nieco za ciężki dla moich 3 włosów na krzyż, ale co 2-3 mycie sięgam z przyjemnością. Oczyszczający żel do cery tłustej i wrażliwej Effaclar to poprostu kolejna butelka, którą przelałam do 400ml (zużytego właśnie) opakowania z pompką (Super Pharm, 20zł z kodami LifeStyle). Doceniłam stosunkowo niedawno, ale to idealny żel do oczyszczania mojej skóry. W ostatnich zużyciach, na liście zakupowem zapisałam krem nawilżający do twarzy, a że nie miałam nic konkretnego na oku, to w zestawie z drażetkami Merz Spezial kupiłam krem, a właściwie kremowy mus/piankę do twarzy o potrójnym działaniu (Apteki DOZ, 37zł za zestaw). Krem ma odbudować nawilżenie skóry, wzmocnić równowagę wodno-lipidową oraz chronić przed utratą nawilżenia. Brzmi świetnie, zobaczymy jak przyjmie go moja skóra - pierwsze użycia były obiecujące :) 

Ciało.


Tutaj niespodzianka od taty, czyli kilka nowych (przynajmniej dla mnie) kosmetyków z DMu. Limitowane żele pod prysznic Balea o zapachu białych kwiatów i jagód acai właśnie znalazły swoje miejsce pod prysznicem, i to mój ulubieniec tej limitowanej serii :) Wanilia z pomarańczą była przyjemna, ale to nie mój zapach - znajdzie się w denku listopadowym. Na użycie czeka za to olejek pod prysznic Balea, z którym tata trafił idealnie - o ile z wypadaniem włosów jest lepiej, tak z przesuszeniem skóry walczę nadal. Sama do tej małej, niemieckiej rodzinki, dorzuciłam peeling Ziaja liście zielonej oliwki (stoisko firmowe, 9,90zł). Kolejny skok w bok i powrót do ostrej gąbki z podkulonym ogonem. Niezły, ale za słaby... Zapach dużo ciekawszy w opakowaniu niż na skórze. Mogę też wspomnieć przy okazji, że całkiem 'świeże' w ofercie Ziaji żelowe mydło do rąk tamaryndowiec z zieloną pomarańczą (ok. 6zł) to kicha. O ile zapach był świetny, tak działanie już mniej. Mydło wysuszało ręce mocniej niż Isana, która jest u mnie praktycznie cały czas. Na pewno nie kupię ponownie.



Ciała ciąg dalszy, czyli dwa nawilżacza z DMu od taty. Masło Alverde z masłem shea i olejem makadamia już miałam (tutaj kilka słów o nim), za to nowością dla mnie jest krem do ciała Balea z masłem shea. Dobrze wspominam wersję z kokosem, więc chętnie przetestuję i ten wariant. Na liście zakupowej na listopad znalazł się rónież krem do biustu i wybrałam modelujące serum z efektem powiększenia i podnoszenia biustu (sratatata) marki Bielenda (Rossman, ok 20zł). Ładnie napina skórę i dobrze ją nawilża. Jesień jak widać należy do cielesnych przyjemności :)

Makijaż.


Oklepana już chyba przez wszystkich promocja rossmannowa przyniosła mi w tym roku trzy kosmetyki. Pierwszym jest krem CC Bourjois z 3 pigmentami  w kolorze 31 ivory (Rossmann, cena regularna 45zł). Używam i lubię nawet bardziej niż kupiony niedawno podkład Nearly Naked z Revlonu. Kolejnym kosmetykiem, nad którym zastanawiałam się naprawde długo był balm stain z Revlonu, czyli sławna kredka Just Bitten Kissable (Rossmann, cena regularna ok. 50zł), w kolorze 001 honey douce. Jest to bardzo naturalny, dzienny odcień moich ust, który po czasie nieco ciemnieje. Dodatkowo zapach miętowych czekoladek tylko zachęca do używania. Trzecim promocyjnym zakupem był równie długo 'przemyśliwany' korektor rozświetlający pod oczy L'Oreal Lumi Magique w kolorze 1 light (Rossmann, cena regularna 55zł). Na pewno nie kupiłabym go w cenie regularnej, bo do korektorów chyba nigdy się nie przekonam. Używam, ale jeszcze się zastanowię, czy ze mną zostanie. 

Na zdjęciu widzicie również szminkę MAC w kolorze Syrup, którą dostałam w prezencie od mojej przyjaciółki Natalii :* Cieszę się bardzo, bardzo, bardzo mocno, bo ten kolor jest poprostu idealny! Kolor, wykończenie i jakość, oraz niewysuszająca formuła. Wkrótce Wam ją pokażę, ale dajcie mi się nią nacieszyć ;)

Jak widzicie, z powyższą gromadką do minimalizmu mi naprawdę daleko... 
Powiedzcie mi, że Wam zakazy zakupowe idą lepiej - łaknę motywacji! :D

pozdrawiam, A



Nie wiem co się stało, ale chyba mi się coś w głowie pomieszało. Jeszcze 2-3 lata temu mogłam o sobie powiedzieć śmiało - żadnemu lakierowi nie popuszczę, wszystkich potrzebuję! A teraz? Z początkowej liczby ok. 300 buteleczek zeszłam powoli do 30 sztuk... I sama jeszcze w to nie wierzę :) Czy mi z tym dobrze? Zaskakująco. Ale ciekawszym wydaje się być fakt, że w tej, powiedzmy trzydziestce, znajdują się lakiery które lubię, których używam z przyjemnością i które są (w większości) dobrej jakości. IDEALNIE. 

Z tego ociekającego słodyczą wstępu chciałabym płynnie przejść do tematu, który poruszyć miałam już jakiś czas temu, ale zebranie się zajęło mi trochę czasu. Mam jednak nadzieję, że moja jesienno-zimowa kolekcja lakierów jeszcze Wam się spodoba. Zapraszam.

Granat i fiolet.


Na samym początku musicie wiedzieć, że uwielbiam ciemne lakiery. W swoim pudełku zdecydowana większość buteleczek nie ma nic wspólnego z pastelami, podobnie z resztą jak powyższa dwójka. Granat Essie w kolorze school boy blazer to idealnie wyważona granica między czernią, a kolorem właściwym. Świetnie się nakłada, przy dwóch warstwach kryje idealnie, a efekt jaki zostawia na paznokciach możecie zobaczyć tutaj (ps. już zapomniałam jak to jest mieć tak długie paznokcie i oglądany obrazek wcale mi się nie podoba...). Poniżej granatu znajdziecie lakier, który niestety nie pojawił się na blogu i naprawię to w najbliższym czasie. Nie wiem jak to się stało, wybaczcie, kajam się. China Glaze w kolorze let's groove to przepiękny, głęboki, figlujący fiolet w bardzo jesiennym wydaniu. Dlaczego figlujący? Bo w zależności od światła daje się poznać raz z ciemniejszej, raz z jaśniejszej strony. Ta wielowymiarowość pociąga mnie przy każdym malowaniu. Niestety, lakier jest już dość stary i szukam godnego zastępcy. Macie jakieś typy?

Czerwień.


Szeroko rozumiana czerwień. W ciemniejszym wydaniu zdecydowanie wygrywa vampowy burgund Orly w kolorze smolder. Cudwony, głęboki i połyskujący milionem drobinek lakier, który wygląda na paznokciach jak milion dolarów. Milion, który pokażę Wam za jakiś czas, bo z niezrozumiałych zupełnie powodów jeszcze tu nie zagościł :) Dlatego więcej ochów i achów na jego temat przeczytacie za czas jakiś. 
Kolejny lakier już po bożemu pokazałam i jest to najmłodsze dziecko mojej lakierowej gromadki, które znajdziecie tutaj. Essie w kolorze fishnet stockings to jesienna, kremowa czerwień, której nie mogłam się oprzeć. Nie zawiodła mnie i z miejsca zapisała się na listę ulubieńców. 

Szarość, aż po czerń.


Jesienią szarość dopada nas z każdej strony - wygląda z szafy, wita za oknem, spogląda z buteleczek lakierów... Z moich spogląda w cieplejszym wydaniu pod postacią lakieru Ados nr 02 z serii Texture (tutaj w towarzystwie zieleni) oraz zimnego, drobinkowego Essie w kolorze cashmere bathrobe (i znowu długi pazur). Z szarością jest tak, że albo się ją lubi, albo nie, więc jeśli ją lubicie macie wielkie szczęście. Obecnie gama tego koloru jest tak szeroka, że z pewnością każdy w niej znajdzie coś dla siebie :) Wystarczy dobrze poszukać. Ja już znalazłam i taki zestaw w pełni mnie zadowala. 
Lakierem zamykającym stawkę jest oczywiście czerń. Kolor według mnie idealny w każdym wymiarze - cudowny, łączący w sobie wszystko. Orly black out ustąpi już niedługo miejsca Essie w kolorze licorice, ale póki jeszcze jest czym malować - maluję z wielką przyjemnością (m.in. tutaj).

Tymi kolorami maluję paznokcie chętnie, ale nie czuję się w żaden sposób ograniczona. Jeśli w środku zimy pojawi się ochota na pastelowy fiolet - pewnie zastanowię się dwa razy i po niego sięgnę :) Ale póki co królują u mnie ciemne lakiery. A jak jest u Was?

W najbliższych lakierowych postach postaram się pokazać Orly i China Glaze, o których pisałam wyżej. 
Mam nadzieję, że Was nie rozczarują :)

pozdrawiam, A



Już prawie zapomniałam o tej serii postów, ale po ostatnim denku należy się powrót na blogowe salony :) Formuła jest bardzo prosta - z minionych zużyć wybieram 3 kosmetyki, które w szkolnej skali oceniania (1-6) zasługują na soczystą tróję. Ani nie są dobre, ani fatalne, krótko mówiąc przecietniaki. Mam do takich w ostatnim czasie niemałe szczęście niestety... Zapraszam na post!



Anida, odżywczy krem do rąk z woskiem pszczelim i olejem makadamia 
Gdybym miała wrócić do któregoś z produktów, byłby to ten krem. Przyjemnie pachniał, nieźle się wchłaniał i dawał suchym dłoniom uczucie ulgi. Co w takim razie było z nim nie tak? A no intensywność tego uczucia... Wraz z niższymi temperaturami skóra moich dłoni zaczęła się mocniej przesuszać, a krem działał coraz słabiej. Wniosek jest prosty - na niewymagające warunku atmosferyczne krem jest w sam raz, jesienią i zimą trzeba szukać czegoś lepszego :) Cena ok. 3-4zł.

Perfecta Slim Fit, modelujące serum do biustu
Miałam już kilka drogeryjnych kremów do biustu i z większości byłam zadowolona. Nie dawały one w większości cudownego efektu push-up opisywanego na opakowaniu, ale ujędrniały skórę biustu i idealnie ją nawilżały. Przy regularnym stosowaniu biust wyglądał bez porównania lepiej, niż przy używaniu zwykłego balsamu - można nawet się pokusić o stwierdzenie, że wydawał się pełniejszy (ale przypisuję to przede wszystkim poprawie elastyczności). Co w takim razie robiło serum Perfecty? A NO NIC! Pachniało przecietnie, wchłaniało się całkiem nieźle i słabo nawilżało skórę, dodatkowo przy regularnym stosowaniu ją zapychając. W promocji SuperPharm zapłaciłam 9zł i kolejny raz przekonałam się, że kosmetyki do ciała tej firmy nie są dla mnie.

Eva Natura z serii Herbal Garden, czyki krem pod oczy i na powieki z ekstraktem z ziela świetlika (dzień i noc)
Próbowałam przekonać moje oczy do ziela świetlika, niestety bezskutecznie. Kolejny raz zareagowały podrażnieniem i wysuszeniem skóry pod oczami, oraz podrażnieniem samych oczu. Poddaję się. Cena to ok. 3-5zł w zależności od sklepu. 

Żeby zakończenie było trochę bardziej optymistyczne powiem tylko, że wszystkie marniaki mają już swoich zastępców, którzy spisują się o niebo lepiej. Jestem w pełni świadoma, że kosmetyki które się u mnie nie sprawdziły, mogą być Waszymi ulubieńcami, więc... Nie skreślajcie ich od razu :)

Miałyście okazję spotkać się z moją trójką klasową? 

pozdrawiam, A


Obsługiwane przez usługę Blogger.