Od maja na blogu nie było denkowego posta, a torba z pustakami pęka w szwach. Czas najwyższy, żeby w kilku słowach opowiedzieć Wam o tym, co ostatnio w mojej kosmetyczce miało swoje pięć minut. Żeby nie zanudzać za bardzo podzieliłam swoje zużycia na 3 grupy - kosmetyki do twarzy, do włosów i do ciała. Dziś zapraszam na włosowe podboje, a w nich między innymi mój topowy szampon z mocznikiem Isana, odżywka Timotei z wiosennego pudełka JoyBOX (tutaj zobaczycie zawartość) oraz mniej udane spotkanie z Petal Fresh. Zapraszam! 




Isana Med, szampon do włosów z mocznikiem

Szampon, którego nie wiem już sama którą butelkę zużyłam. Śmiało mogę stwierdzić, że to jedyny ratunek dla mojego skalpu, który mocno ostatnio kaprysi - o sprawcy niebawem. Kosmetyk dobrze myje, chociaż do zmywania oleju wolę używać coś lżejszego. W moim wypadku szampon Isana z serii MED idealnie uspokaja i nawilża przesuszony skalp, nie obciąża włosów (jeśli nie używam go co mycie przez dłuższy okres czasu) i pozostawia włosy miękkie, czyste i bez kołtunów. Odżywki oczywiście używam, ale nawet jeśli ją pominę nie rwę włosów z głowy :) Producent twierdzi, że zawartość 5% mocznika pielęgnuje włosy, a formuła z prowitaminą B5 dodatkowo je wzmacnia. Kosmetyk polecany jest do wrażliwej i delikatnej skóry głowy, z czym się zgadzam. W prostej butelce z zatrzaskiem znajdziecie 200ml delikatnie pachnącego szamponu w perłowym kolorze. Jego wydajność oceniam dobrze, ale nie spodziewajcie się kłębów piany. Dodam tylko, że warto czekać na promocje w Rossmannie, ponieważ kosztuje wtedy całe 2,99zł! Dla mnie to włosowy top już od wielu miesiecy. 




Garnier Ultra Doux, szampon z oliwą z oliwek i cytryną do włosów suchych i matowych

Od czasu do czasu wracam do szamponów i odżywek Garnier z serii Ultra Doux, chociaż nie są to z pewnością moje ulubione kosmetyki do włosów. Kiedyś służyły mi lepiej (szczególnie odżywki), teraz staram się wybierać bardziej naturalne składy. W szamponie oliwkowo-cytrynowym dałam się złapać na zapach, który był idealnie orzeźwiający i owocowy. Nie mogę przyczepić się do niczego, bo kosmetyk dobrze domywał włosy (nawet z olejem), trochę je dociążał (niech będzie, że od oliwy) i nie powodował kołtunów, chociaż radził sobie w tym temacie troszkę gorzej niż Isana. Wielkim plusem jest to, że w żaden sposób nie zaszkodził skórze mojej głowy! Wrócić nie wrócę, ale będę wspominać ciepło, bo był to zwyczajny, dobry szampon. 


Petal Fresh, odmładzający szampon do włosów z wyciągiem z pestek winogron i oliwek

I dotarliśmy do szamponu, który uprzykrzył mi wakacje. Po pierwsze i najgorsze - powodował łupież, czego zupełnie się nie spodziewałam. Winogronowa odżywka Petal Fresh z tej serii spisywała się idealnie, więc licząc na podobne efekty kupiłam szampon. Po pierwszych kilku myciach było nawet nieźle, chociaż włosy zamiast odmłodzenia uzyskały raczej szorstką strukturę (podobnie było z szamponem cytrynowym, szczególnie pod koniec opakowania). Niestety im dalej w las, tym gorzej. Najpierw swędzenie skaplu, a potem prawdziwa apokalipsa - łupież, przesuszone na wiór miejsca, łuszcząca się płatami skóra skalpu. Pomógł mi dopiero przeciwłupieżowy szampon Balea z bambusem i mięta, który porzuciłam przed pakowaniem manatek do Polski (i żałuję, bo świetnie odświeżał skórę głowy). Technicznie szampon Petal Fresh z wyciągiem z pestek winogron jest w porządku - dobrze się rozprowadza, nieźle pieni, dość przyjemnie-roślinnie pachnie, ale to trochę za mało. To było moje drugie nieudane podejście do szamponów tej marki i na kolejne nie mam ochoty. Może spróbuję jeszcze odżywek, ale póki co czuję się zniechęcona. 




Timotei. odżywka Drogocenne Olejki z organicznym olejkiem arganowym

Na początku byłam tą odżywką zachwycona - włosy po umyciu były miękkie, gładkie i pachnące, a przede wszystkim nawilżone! Jakie było moje zdziwienie kiedy po 2 tygodniach zauważyłam, że to tylko dobre wrażenie. Efekt 'drogocennych olejków' zniknął wraz z pominięciem nałożenia tego kosmetyju. Spodziewałam się raczej, że moje włosy dostają coś więcej niż tylko złudzenie pielęgnacji.


Marion, olejki orientalne kokos i tamanu

Jak widzicie na zdjęciu widnieje nowy olejek mojej mamy, bo pusta buteleczka byłaby ciężka do zidentyfikowania :) Miałam już w tym momencie wszystkie marionowe olejki orientalne, ale to zielony najbardziej mi odpowiadał. Aktualnie mam żółty z jojobą i słonecznikiem, ale zapachowo bardziej pasował mi kokos. Jeśli jeszcze nie miałyście okazji spróbować, a szukacie czegoś do zabezpieczenia końcówek czy delikatnego przygładzenia włosów na długości - serdecznie polecam :) Olejek robi to, co ma robić i można kupić już za 4-5zł w Naturze. 


Patrzę na długość posta i cieszę się, że zdecydowałam się na podział denka na 3 części - bez tego to byłby prawdziwy ślimak... Znacie powyższe kosmetyki? Jakie macie zdanie o moim topowym szamponie mocznikowym?

pozdrawiam
Adrianna 





Bardzo lubię posty z aktualizacją Waszej pielęgnacji i czytam je z zaciekawieniem. W końcu zmobilizowałam się i do własnej produkcji :) Nie będą to recenzje poszczególnych kosmetyków - chciałam Wam przede wszystkim pokazać jak aktualnie pielęgnuję swoje marne włosy. Staram się używać minimalnej ilości kosmetyków i zauważyłam, że to działa. Zapraszam na włosowy post!




Podstawą pielęgnacji włosów dla mnie jest szampon, odżywka i kosmetyk zabezpieczający końcówki. I to by było na tyle :) Nie stosuję masek, okładów i innych szamaństw. Jedynym skokiem w bok jest olejowanie, ale o tym za chwilę. 
Staram się wybierać naturalną pielęgnację, więc obecność marki Petal Fresh w Rossmannie bardzo mnie ucieszyła. To moje dwie pierwsze i z pewnością nie ostatnie butle, czyli nawilżający szampon do włosów z wyciągiem z aloesu i cytryny oraz odmładzająca odżywka z wyciągiem z pestek winogron i oliwek.

Szampon cytrusowy świetnie nadaje się do codziennego mycia włosów (ze zmywaniem oleju radzi sobie na dwa razy). Pięknie pachnie cytrusami - troszkę jak cytrynowa mamba :) Nie robi krzywdy, nie plącze jakoś wybitnie włosów, no ale bez odżywki go nie używam. Nadal mam problem ze skórą głowy, która jest albo przetłuszczona, albo wysuszona. Na szczęście system olejowania skaplu na 2-3 godziny co drugie mycie i nawilżający szampon dają radę. 

Winogronowa odżywka oprócz przyjemnego, roślinnego zapachu daje to, czego od tego typu kosmetyków oczekuję - wygładza włosy, które po umyciu są sypkie i delikatnie pachnące. Nie powoduje ochlapu, ale też moje kłaki nie mają objętości z natury, więc lekki spaniel gwarantowany. Włosy wyglądają na odżywione i zdrowe. A co z końcówkami?

Marion OLEJKI ORIENTALNE wzmocnienie włosów, wersja kokos i tamanu. To już moja druga lub trzecia buteleczka tego olejku i będą kolejne. Kosztuje poniżej 10zł i starcza na długo. nie obciąża, zabepiecza końcówki, wygładza włosy na długości i przyjemnie pachnie. Niczego więcej nie oczekuję :)

Było już kilka słów o tym, że do pielęgnacji włączam również olej, a jest to:



Indyjski olejek stymulujący wzrost włosów i powstrzymujący wypadanie Khadi. Nie mam niestety oryginalnej buteleczki, dlatego posłużę się zdjęciem z interentu (źródło i więcej informacji o olejku po kliknięciu w zdjęcie). Główny cel olejku to zahamowanie wypadania włosów i stymulacja wzrostu, z czym mogę się zgodzić. Systematyczne używanie naprawdę pomaga walczyć z tym problemem. Aktualnie moje olejowanie to 2-3 godziny trzymania kosmetyku na skalpie i długości włosów. Nakładam go na suche kłaki, czasami delikatnie je zwilżam. Staram się taki zabieg przeprowadzać co drugie-trzecie mycie. Taka częstotliwość jest idealna zarówno dla włosów na długości, jak i dla skóry głowy. Jestem bardzo zadowolona i za jakiś czas pojawi się recenzja, bo jestem już na dobrej drodze do denka :)




Osprzęt włosowy wygląda następująco!

Szczotki Tangle Teezer w wersji kompaktowej i klasycznej są ze mną już dość długo i powrotów do zwykłych szczot nie będzie :) Na co dzień wygodniej jest mi używać wersji klasycznej, która jest już nieco zdarta, więc pewnie w okolicach mikołaja pojawi się nowa. Wersja kompaktowa z barankiem Shaunem idealnie sprawdza się w torebce jak i w podróży, ale to z pewnością wiecie. Obie świetnie rozczesują włosy, nie elektryzują ich i nie wyrywają. Serdecznie polecam.

Drewniany grzebień The Body Shop niestety nie sprawdził się u mnie w ogóle. Dlatego znajduje miejsce tylko w czasie rozczesywania włosów po nałożeniu maski/odżywki. Wtedy nie ciągnie i nie wyrywa.

Dzika szczotka z dzika marki Gorgol to szczota do zadań specjalnych, jeśli macie problem z wiecznym roztrzepotaniem włosów. Rozczesywanie szczotką z dzika rozprowadza sebum na długości włosów, co jest naturalną odżywką. Jeśli jednak macie skłonności do szybkiego przetłuszczania, początki mogą być naprawdę trudne. 


I to by było na tyle. Dodać jeszcze mogę, że nie używam za często suszarki, a prostownica raczej się kurzy. Moje włosy wyglądają nieźle, końcówki się nie rozdwajają i tylko nad objętością przydałoby się popracować. Znacie powyższe kosmetyki? Jesteście z nich zadowolone?


pozdrawiam
Adrianna 




Dlaczego pierwsze? Bo mam wrażenie, że nie wszystko co ma do zaoferowania olejek marula, miałam okazję odczuć na własnej skórze. Nie będzie to więc recenzja, na to poczekam do podejścia drugiego. Chciałam Wam opowiedzieć o moich odczuciach względem kosmetyku marki Mincer, który czystym olejem niestety nie jest i ma to pewnie wpływ na nie do końca pozytywne działanie (dziękuję za uświadomienie dziewczyny!). Olejek wzbudził zainteresowanie w poście z przeglądem denka, więc dziś zapraszam na kilka słów więcej :)

Olej marula ma korzenie afrykańskie - pozyskuje się go z pestek owoców 'drzewa słoni'. Jego działanie porównuje się do działania oleju arganowego, Wskazania? Bardzo wszechstronne. Można go używać zarówno do pielęgnacji skóry jak i włosów. Olej marula wykazuje działanie antyoksydacyjne, zwalcza wolne rodniki i działa przeciwzmarszczkowo. Wbudowuje się w struktury skóry i wzmacnia jej barierę lipidową, poprawia stopień nawilżenia oraz elastyczność. Skóra problematyczna szczególnie powinna być zainteresowania jego działaniem antybakteryjnym, gojącym i regenerującym. Nadaje włosom miękkość i jedwabistość i połysk, eliminuje suchość skóry głowy. Brzmi świetnie, prawda?

Nie wiem jednak jakie ma to odniesienie do olejku, który ma dodatki i emolienty w składzie (skład olejku marki Mincer: Sclerocaryna Birrea Seed Oil, Caprylic/Capric Triglyceride, Coco-Caprylate/Caprate). Nie znam się niestety na składach, więc nie będę go analizować, wybaczcie. Mogę Wam za to powiedzieć, jak sprawdził się na mojej skórze :)


Próbowałam używać olejku solo, mieszając kilka kropli z kremem lub dodając do maseczek glinkowych. W każdym wypadku olejek powodował rozszerzanie porów, a używany samodzielnie wzmagał przetłuszczanie mojej cery. Stosowany regularnie powodował za to wysyp podskórnych, bolących krost na linii rzuchwy - właśnie tam najczęściej skupia się u mnie złe działanie danego kosmetyku. Widziałam jednak, że olejek próbował coś z moją skórą zrobić i dlatego chciałabym dać mu jeszcze jedną szansę. Z pozytywnych doświadczeń mogłam zauważyć, że cera po użyciu była jakby bardziej napięta i gładka, widziałam też różnicę w nakładaniu podkładu. Następnym razem zdecyduję się na czysty olej marula (dostępny np. w Biochemii Urody) i sprawdzę czy faktycznie tak dobrze wpływa na skórę tłustą i skłonną do trądziku. Mam nadzieję, że efekt będzie lepszy i docenię naturalną pielęgnację olejkami :) Chciałabym go również wypróbować na skalpie, bo bardzo często mam problemy z jego nawilżeniem. 


Dziewczyny, skoro ten post jest właściwie postem życzeniowym, jestem bardzo ciekawa jakich olejkow używacie. Jakie są Wasze pielęgnacyjne rytuały z nimi związane? Wiem, że każda skóra ma inne potrzeby, ale chętnie poznam Wasze typy :)

pozdrawiam, A



Mam duże zaległości na blogu, a część z tych zaległości stanowią recenzje zużytych kosmetyków. Z pomocą przychodzi mi nowy post - przegląd denka. Postaram się po każdych zużyciach zamieszczać post, w którym opowiem Wam o ciekawszych produktach, które mialam okazję używać w minionym miesiącu. Mam nadzieję, że pomysł się przyjmnie, a ja nadrobię nieco zaległości. Czas zupełnie mi ostatnio nie sprzyja. A teraz zapraszam Was na moją pierwszą siódemkę :) 


Mincer, olejek marula
Tyle się o nim naczytałam, że byłam prawie pewna sukcesu. Świetnie działa, szczególnie przy cerze tłustej/trądzikowej. I co? A no guzik. Tak samo jak inne olejki przetłuszczał moją skórę, do tego rozdziawiając najmniejsze nawet pory... Nie takiego efektu się spodziewałam :( Dodając do tego fakt, że od czasu do czasu coś mi po nim wyskoczyło i dużo lepiej sprawdzał się stosowany jako dodatek do glinek - powrotu nie będzie. Ale nie zrażam się jeszcze do olejków i nadal mam ochotę na serum z Bielendy. 
.
Balea, olejek pod prysznic
Do ciała używam od czasu do czasu, bo zapach mocno zniechęca, ale... znalazł u mnie nieco inne zastosowanie, w którym spełnia się idealnie :) Używam go zamiast żelu/pianki do golenia. Nogi są gładkie, nie zacinam się, a przede wszystkim nie mam suchych krostek po wszystkim. Ekstra. Kolejny do przetestowania jest olejek Nivea, mam nadzieję, że o nieco przyjemniejszym zapachu.

The Body Shop, masełko do ciała glazed apple
Jedno słowo powinno opisać wiele - TĘSKNIŁAM! Od kiedy zlikwidowali TBS w Bydgoszczy tęsknię za masłami do ciała, zapachami i w ogóle sklepem. Masełko świąteczne o przyjemnym zapachu karmelizowanego jabłka przypadło mi do gustu zarówno stopniem nawilżenia, jak i ogromną przyjemnością płynącą z używania. Może latem skuszę się na cytrynowy balsam - to był mój pierwszy kosmetyk TBS (N. pamiętasz?) i mam do niego mały sentyment.


Gosh, tusz do rzęs 'kocie oczy'
UWIELBIAM! Coś jeszcze trzeba dodać? Pięknie rozczesuje rzęsy, delikatnie je pogrubia i wydłuża. Do tego trzyma się cały dzień, nie kruszy i nie daje efektu pandy. Gdyby jeszcze cena chciała być odrobinę niższa, byłoby idealnie (cena regularna to ok. 50zł, dostępność też nie powala). Aktualnie w lichym zastępstwie używam tuszu Eveline Volumix Fiberlast. Według producenta jest to maskara pogrubiająca, rozdzielająca i podkręcająca rzęsy. Pierwsze użycia zmotywowały mnie do próby 'podsuszenia' kosmetyku, który już jest nieco lepszy. Ale do Gosha niestety dużo mu brakuje... Przede wszystkim nie trzyma podkręcenia, nie jest tak bezproblemowy w obsłudze i lubi skleić rzęsy. Może z czasem się wyrobi, ale póki co tęsknię za kocim okiem :) A najlepsze jest to, że nie mam zdjęć... Zniknęły razem z końcem żywota mojej karty do aparatu... 

Blistex, balsam do ust classic
Zasługuje na miano naustnego wybawcy :) Świetnie nawilża i pielęgnuje, a przede wszystkim chroni nasze usta przed niesprzyjającą pogodą. Jako uzupełnienie domowej pielęgnacji miodkiem Nuxe spisywał się świetnie. Z pewnością jeszcze wrócę do wersji klasycznej, bo żadna dotąd testowana nie dawała mi tak dobrych efektów. Teraz używam naprzemiennie nowości od Maybelline czyli Baby Lips z serii Dr Rescue (mam wersję z mentolem) oraz mikołajowej pomadki ochronnej Caudalie. Obie są przyjemne, z przewagą dla tej drugiej.


Seboradin, FitoCell szampon i maska z komórkami macierzystymi
FitoCell to kuracja z roślinnymi komórkami macierzystymi, które stymulują odrost włosów. Przeznaczona jest do każdego rodzaju włosów, szczególnie słabych, cienkich, skłonnych do wypadania i  przerzedzonych. Tyle od producenta. U mnie ta seria sprawdziła się naprawdę świetnie, chętnie kiedyś powtórzyłabym kurację, gdyby koszt szamponu i maski nie wynosił 40zł za butelkę. Tym bardziej jestem wdzięczna Kasi za możliwość wypróbowania :) Ogromnym plusem używania tego zestawu był fakt, że skóra mojej głowy naprawdę się uspokoiła - nie było ani łupieżu, ani przetłuszczania. Skóra była poprostu normalna. A włosy? Oj, z włosami było jeszcze lepiej! Masowe wypadanie widocznie zmalało, a przede wszystkim zauważyłam wysyp nowych włosków oraz ich szybszy wzrost. Włosy po użyciu szamponu były nieco splątane i szorstkie, ale maska (bardziej konsystencji odżywki) działała cuda. Wygładzała włosy nie obciążając ich - były miękkie, gładkie, delikatne, wyglądały zdrowo. Efekty utrzymują się do dnia dzisiejszego. Jeżeli macie problemy z wypadającymi włosami, warto spróbować. O szamponie i masce więcej przeczytacie tutaj i tutaj. 

Isana Med, szampon przeciwłupieżowy
Od czasu do czasu, kiedy wysuszą moją skórę szampony podobne do rewitalizującego od Agafii (zapach kostki do wc i jeszcze podrażnia skalp), pojawia się na mojej głowie łupież. Jeśli jest beznadziejnie sięgam po Nizoral, ale jeśli sytuacja jest do opanowania, wybieram coś z drogeryjnej półki. Do szamponu Isana przekonała mnie cena (2,99zł w promocji) i dobre wspomnienia związane z wersją mocznikową. Nie zawiodłam się - szampon oczyścił moją skórę z białej łuski i zrównoważył pracę gruczołów. Jeśli będę miała taką potrzebę, na pewno do niego wrócę, zanim sięgnę po coś mocniejszego.

Gdybym miała wybrać topową trójkę, zaliczyłabym do niej tusz Gosh, zestaw Seboradin i balsam Blistex. A Wy znacie moich zużytków? Miałyście okazję ich używać? 

pozdrawiam, A



Denko sierpniowe w okrojonej formie za nami (klik!), więc czas najwyższy na denkowy top miesiąca. Tym razem zestaw włosowo-twarzowo-paznokciowy :) Nie są to kosmetyki oszałamiająco fantastyczne, ale z przyjemnością ich używałam. Zaczynamy!


Coraz śmielej poznaję kosmetyki Planeta Organica. Po marokańskim szamponie oczyszczającym i tybetańskim balsamie do włosów (o którym napiszę za jakiś czas), przyszedł czas na szampon z olejkiem makadamia. Przeznaczony jest do włosów przetłuszczających się i jego głównym zadaniem jest przywrócenie równowagi i pielęgnowanie naszych włosów, dzięki zawartości 10% organicznego olejku. Producent obiecuje wzmocnienie i regenerację włosów, poprawienie gęstości i jedwabisty blask. W części mogę się z tym zgodzić, bo szampon faktycznie pozytywnie wpływał na skórę mojej głowy - przestałam mieć problem z przeuszeniem i przetłuszczeniem na zmianę. Do tego włosy po użyciu były miękkie, gładkie i odżywione, od czasu do czasu mogłam sie pokusić o brak odżywki :) W kwestii zmywania olejów radził sobie naprawdę dobrze, ale co za dużo to niezdrowo - wolałam go używać na co dzień. Z chęcią jeszcze do niego wrócę. Jeśli nie zachęciłam Was do spróbowania, to musicie wiedzieć, że szampon pachnie słodkim karmelem! Cena: ok. 13zł/250ml.

Drugim kosmetykiem do włosów, który polecam z jednej strony, a z drugiej nie, jest olejek łopianowy ze skrzypem polnym do włosów Green Pharmacy. Wersja ze skrzypem polnym ma za zadanie powstrzymać nasze lecące z głowy włosy. Producent obiecuje wzmocnienie włosów, zakotwiczenie cebulek(?) i pobudzenie wzrostu włosów. Odnieść się do tego w żaden sposób niestety nie mogę, bo olejek wywoływał na mojej skórze jedynie... łupież, swędzenie i krosty. Biorąc pod uwagę, że olejek przeznaczony jest do włosów ze skłonnością do łupieżu, należy mu się dyskwalifikacja, ale... Świetnie sprawdził się na długości włosów :) Nie obciążał, za to nawilżał i dodawał blasku. Po zmyciu włosy były przyjemne w dotyku, gładkie i dobrze się układały. Szybko do niego nie wrócę, bo aktualnie czeka na wypróbowanie olej lniany, ale kto wie. Może w gorszych portfelowych czasach skuszę się na inną wersję. Cena: ok. 6zł za 100ml.

Przechodzimy do paznokciowego ulubieńca i tym razem będzie krótko - miałam Seche Vite, miałam Poshe, ale Essie good to go ponownie poproszę! Pięknie nabłyszcza, przyspiesza wysychanie, nie gęstnieje tak szybko jak wyżej wymienione produkty, nie ściąga drastycznie lakieru. Cena: ok. 35zł/13,5 ml.

Z kremami pod oczy mam ten problem, że większość powoduje u mnie podrażnienia. Dlatego z otwartymi ramionami przyjęłam nawilżający krem rozświetlający pod oczy z amarantusem, seria Tołpa botanic. Nie poradził sobie niestety z cieniami pod oczami, ale świetnie nawilżył skórę wokół oczu i co ważne - przywrócił równowagę skórze powiek :) Będzie idealnym kremem dla młodych osób, które nie mają problemów z pierwszymi zmarszczkami, czy zasinieniem. Ja już do niego nie wrócę, ale z pewnością wybiorę inny krem tego producenta, ponieważ delikatność, z jaką traktował moje oczy zachęca do dalszych testów :) Cena: ok. 20zł/10ml. 

Jak widzicie mimo ostatniego totalnego braku ulubieńców, kilka kosmetyków będę miło wspominać :) A co Was ostatnio kosmetycznie pozytywnie zaskoczyło? 

pozdrawiam, A



Na blogu do tej pory nie pojawił się jeszcze post o moich włosach. Dlaczego? Bo specjalistą w tym temacie nie jestem :) Od dłuższego czasu opieram się na stałym schemacie pielęgnacji: delikatny szampon, odżywka lub maska, olejowanie co drugie mycie na noc lub na kilka godzin przed myciem. Do skóry głowy najczęściej wybieram oleje wzmacniające (Sesa, Hesh Bhringraj). Na długości różnie - olej kokosowy, wcześniej olejek Alverde z paczulą, a na swoją kolej czeka już olejek arganowy. Dziś chciałam Wam powiedzieć kilka słów o migdałowo-arganowym olejku do włosów Alverde.


Olejek zamknięty jest w bardzo wygodnej, plastikowej buteleczce z dozownikiem - na pewno przelewać będę do niej inne olejki :) Za 50ml kosmetyku zapłacimy w drogerii DM około 3 euro, czyli cena za tak bogaty skład jest moim zdaniem bardzo dobra. Na allegro można go znaleźć za ok. 20zł. 

Konsystencja jest typowa dla olejków, więc wybaczcie brak zdjęcia. Wydajność oceniam bardzo dobrze - wszystko zależy od tego ile produktu nakładacie i jaką długość mają Wasze włosy. Używanie uprzyjemnia delikatny zapach cytrusów, który był dla mnie sporym zaskoczeniem. Po zmyciu nie jest on jednak wyczuwalny. 

Przechodząc do działania chciałam Wam jeszcze powiedzieć, że włosy myję co dwa dni ze względu na fakt, że dość szybko się przetłuszczają i łatwo można je obciążyć. 
Olejek Alverde stosowany na skalp zupełnie się nie sprawdził - włosy były ciężkie, oklapnięte, skóra obciążona i już po jednym dniu nieświeża. Używałam go tylko w chwili, kiedy podrażniłam skórę jakimś wysuszającym szamponem. Na długości spisywał się dużo lepiej - włosy były nawilżone, miękkie i delikatne. Do tego widoczny był ich naturalny skręt :) Przy dłuższym stosowaniu zauważyłam, że włosy ładnie się błyszczą i efekt utrzymuje się dłużej niż "od użycia do użycia". Nie miałam problemu ze zmyciem olejku - dawał sobie z tym radę każdy delikatny szampon (włosy myję dwa razy). Czasami zdarzało mi się używać olejku do nawilżenia dłoni i przede wszystkim skórek. W tej roli kosmetyk działał równie dobrze. 



Olejek oceniam bardzo pozytywnie, bo faktycznie poprawił kondycję moich włosów. Jeśli nie przesadzałam z jego ilością, nie miałam problemów z obciążeniem. Nie wzmocnił co prawda moich włosów, ale też nie oczekiwałam od niego takiego działania. Na razie jestem nim znudzona, ale nie wykluczam, że kiedyś sięgnę po kolejne opakowanie. Czy u Was migdałowo-arganowy cudak Alverde spisał się równie dobrze? Czekam na komentarze :)

PS. Aktualnie chciałabym się skupić na wzmocnieniu włosów i jak tylko skończę olejek Hesh wrócę do Sesy lub Khadi na skalp - miałyście okazję ich używać?

pozdrawiam, A


Obsługiwane przez usługę Blogger.